VII
Gryf ma na sobie jedwabną rubaszkę w kolorze szkarłatu. Jak policzki, zmarznięte na mrozie. Otrzepał buty, wkroczył do izby.
W piecu wesoło trzaskają sosnowe polana. Za oknem zacina lodowaty deszcz ze śniegiem. Wyje wichura. Wczesny zmierzch kryje tajgę.
– Macie tu kajety. Mówię od razu: za wypracowanie „Gdybym była carycą” każda dostała ocenę bardzo dobrą.
Dziewczyny rzucają się ku niemu, pomagają ściągnąć kompletnie przemoczony płaszcz. Wszystkie naraz. Każda chce pomóc, choćby przez moment być blisko, móc strzepnąć pyłek kurzu z rubaszki.
– Dobra już, dzięki. Siadajcie tu, bliżej paleniska. Opowiem wam teraz, dziewczyny, coś superciekawego.
VIII
Na placu dworcowym niesamowity tłok i ścisk. Co rusz zajeżdżają tramwaje, zgrzytają na zakrętach, dudnią, piszczą hamulcami, rzucają spod kół snopy iskier, brzęczą dzwonkami jak oszalałe. W każdym wagonie ludzie sprasowani jak szprotki w puszkach – w oleju, w sosie pomidorowym i w sosie własnym. Wisi lud moskiewski na wszystkich stopniach jak kiście winogron. Tory splątane w jeden wielki kłąb, suną przez nie w poprzek samochody i zwarty tłum ludzi.
Pasażerowie przyjeżdżają i odjeżdżają. Tragarze bluźnią, targając w każdej ręce po trzy walizki i po dwa worki przerzucone na każdym ramieniu. Knajacy rżną na harmoniach. Dzieci płaczą. Zwalista handlara w brudnym podartym fartuchu zachwala gumowe paszteciki. Dworcowy kot kręci wąsem, zachwycony tym rozgardiaszem. Kolejowe prostytutki rozwijają szyk, jak flotylla wielorybników w Cieśninie Beringa. Krążą kieszonkowcy.
Inżynier w okularach. Z teczką. Przybył wygłosić referat o tym, jak Rajczichłag przekracza normy produkcyjne. Komsomolcy z ochotniczych hufców pracy jadą w tajgę na brygadzistów w zonie. Razem z nimi tłum nieuków-entuzjastów z komsomolskimi skierowaniami wali objąć zaszczytne funkcje lagrowych nadzorców lub strażników na Bajkalsko-Amurskiej Magistrali. Brzęczą gitary, na peronie pląsają dziewczyny w chustkach na głowach.
Idź, Nastiu, do milicjanta, poproś żeby ci dał pistolet.
Nastia poszła.
– Daj pistolet!
IX
Towarzyszu Stalin, wszystkie próby systemu SA zostały pomyślnie zakończone.
– Doskonale. Jesteście pewni, że kiedy z czterech kilometrów gruchniemy wrogowi w głowę, to świadkowie nie zorientują się, co się stało?
– Nikt się nie zorientuje.
– A jeżeli w pobliżu będą się znajdować profesjonaliści wysokiej klasy?
– Też nie.
– Musimy to sprawdzić. Wykonajcie jeszcze jedną próbę.
X
Milicjant nadyma policzki, dmucha bez przerwy w gwizdek, wymachuje lizakiem. Tramwaje opływają go stalowymi strumieniami szerokimi na dziesięć rzędów, jak czołgi podczas defilady na Placu Czerwonym. Z tą tylko różnicą, że czołgi suną w jednym kierunku, a tu każdy pędzi w swoją stronę, nikt nikomu nie ustępuje drogi i każdy chce wymusić pierwszeństwo. I tabuny samochodów. A o ludziskach szkoda w ogóle gadać, wszyscy włażą sobie na głowy. Wystarczy, że milicjant na moment się zawaha – i nastąpi kompletny chaos. Dlatego dyryguje ruchem bez chwili wytchnienia.
Raptem, jak spod ziemi, wyrasta przed nim jakaś nachalna panienka. Zbliża się bez wahania, zero respektu dla władzy. Podchodzi i mówi:
– Daj pistolet!
Co za tupet…
Milicjant odwraca się ku niej z twardym postanowieniem, by ją skruszyć-spopielić-unicestwić.
Nic z tego. Natyka się na jej wzrok, który osadza go w miejscu.
Milicjant wyciąga z kabury najnowszy model pistoletu TT. Nie jest to proste, do rękojeści przytroczony jest mocny rzemyk, aby nie zgubić broni. Milicjant uśmiecha się, odpina rzemyk, podaje jej pistolet i wraca do zajęć: idź już, nie przeszkadzaj mi w pracy.
XI
Wkoło setki kilometrów głuchego boru. W lesie mokro, ciemno, zimno i straszno. Wyje burza, targa czubkami cedrów. Nawet zwierzyna skryła się po norach. Zbyt zimno jej w lesie i obrzydliwie.
A ludzie siedzą pod dachem. Jest im ciepło. I przytulnie.
Chołowanow przywiózł ze sobą poczęstunek: skrzynka wódki Poselskiej, beczułka piwa, pół wiaderka kawioru z jesiotra, pachnący moskiewski chleb. Przywiózł słoninę połtawską i dziesięć pęt kiełbasy krakowskiej. Nie tej z moskiewskich sklepów, ale prawdziwej, z samego Krakowa. A Polacy naprawdę mają pojęcie o kiełbasach.
Przywiózł jeszcze sporo innych smakołyków: no, moje panie, nakrywajcie do stołu!
Sześć gospodyń, a gość jeden. Wszystkie ruszyły do kuchni, obierać i smażyć kartofelki, a gość – do łaźni. Niech pogrzeje kości, potem będziemy ucztować. Odprowadziły Gryfa chichocząc i dowcipkując: żyjemy tu jak w klasztorze, na sto wiorst nie ma jednego mężczyzny, dlatego wybacz, Gryfie, że nie ma ci kto rozmasować kości ani wychłostać rózgami.
XII
Dyslokacja agenturalna to operacja, podczas której nasz człowiek ma wprost ze stolicy światowego proletariatu wskoczyć do jaskini wroga.
Brzmi to prosto, ale z jednym zastrzeżeniem: w jaskini lwa trzeba wylądować w taki sposób, żeby już w pierwszej chwili nikt nie złapał naszego kolesia za ogon i nie skuł mu płetw za plecami.
Po dyslokacji agenturalnej następuje legalizacja i stworzenie bazy werbunkowej. Do wpadki może dojść na każdym z tych etapów, ale najczęściej zdarza się w momencie nawiązywania kontaktów. W wywiadzie agenturalnym wyróżniamy kontakty osobowe i bezosobowe. Jedne i drugie grożą wpadką. Statystyki światowe są bezlitosne – 93% wpadek ma bezpośredni związek z kontaktami agenturalnymi.
– Czarodzieju, skąd ty to wszystko wiesz?
– Zawsze pasjonowały mnie sprawy zakryte. Dlatego uczęszczałem na zajęcia w najlepszych na świecie szkołach i akademiach wywiadowczych.
– Fajnie masz, czarodzieju: wpadasz sobie, gdzie chcesz, robisz wszystkim wodę z mózgu, a potem siedzisz i słuchasz, o czym gadają.
– Bzdura. Nie musisz nikogo hipnotyzować. Nikogo, prócz samej siebie. To siebie musisz przekonać, że jesteś najlepsza, że każde zadanie wykonasz na medal. Siebie przekonaj, że twoje życie jest jednym pasmem triumfów. Los daje każdemu z nas dokładnie tyle, ile się od niego wymaga. Sukces wymaga tylko jednej rzeczy: woli. Zamknij oczy i powiedz sobie: „Ja chcę!”.
XIII
Przyjęcie udało się znakomicie. Pierwszy toast za towarzysza Stalina, za jego troskę o wywiadowców. Wódka Poselska roztopiła tę niewidoczną przegrodę, która oddziela szefa od podwładnych.
– Domyśliłyście się, dziewczyny, do jakich zadań jesteście szkolone?
– Jasne, ale mimo to byłoby fajnie, Sasza, gdybyś nam powiedział.
Nie wypada takiego odpowiedzialnego towarzysza nazywać Sasza. Należy zwracać się per „towarzyszu Chołowanow”, albo stosować agenturalny kryptonim Gryf… Ale wszystkim zrobiło się jakoś cieplej, kiedy Żmijka-arogantka nazwała Gryfa tak po domowemu. Jej figlarne oczy aż pociemniały i wieloznaczny uśmiech pojawił się w kącikach warg.
Naraz wszyscy poczuli się jakoś tak zwyczajnie i radośnie. Gryfowi też się to spodobało. Widać to po nim.
– A więc, dziewczyny, otrzymacie bardzo zaszczytne zadania. Podczas wojny każda z was stanie na czele samodzielnej grupy agenturalno-terrorystycznej. Ceclass="underline" eliminować wysoko postawione osobistości.
– Domyślałyśmy się.
– Tak, ale to nie wszystko. Zajmiecie miejsca wyeliminowanych osobników i przejmiecie stery władzy. Każda z was pokieruje ogromną prowincją Hiszpanii: Andaluzją, Katalonią, Walencją, Nawarrą, Granadą, Kastylią…