Выбрать главу

Wprowadzono go do niedużego, mrocznego pokoju. Bielone ściany, proste meble z czarnego drzewa. Wielki krzyż naprzeciw drzwi. I jeszcze czarne listwy okalające posadzkę. Jakby zabrakło innych barw oprócz bieli i czerni. Siedzący w głębokim fotelu człowiek o zżółkłej, pooranej twarzy także odziany był na czarno, nawet zawieszony na jego szyi szkaplerz wykonany został z inkrustowanego srebrem czarnego drewna. Tylko szeroki, fioletowy pas odcinał się od sutanny.

Obok niego siedział na drewnianej ławie mężczyzna w ciemnoszarym, nieco sfatygowanym garniturze. Skronie przyprószyła mu siwizna, na twarzy zalęgły się pierwsze zmarszczki, ale wbity w Sayena badawczy wzrok nie był wzrokiem człowieka starego.

Na zdjęciach, które Sayen oglądał w kartotece Instytutu, człowiek ten miał jeszcze krótką, szczeciniastą brodę i kruczoczarną czuprynę. Ale zdjęcia pochodziły sprzed czterech lat, kiedy Ivar Horthy był jednym z doradców kierownictwa Roty. Obecnie jako działacz „opozycji moralnej” przeszedł pod kompetencje wydziału prewencji, a do ich akt Sayen nie miał dostępu.

Zatrzymał się kilka kroków przed nimi i zastygł w bezruchu, wyprostowany jak struna, z rękami splecionymi na piersi. Dopiero gdy wprowadzający go kleryk opuścił pokój, zamykając za sobą masywne drzwi, skłonił lekko głowę.

– Witam, Eminencjo. Cieszę się, że moja prośba została potraktowana poważnie. Przychodzę z bardzo ważnymi sprawami i nie liczę na nic więcej ponad to, że zostanę wysłuchany. Wierzę, iż Eminencja nie uzna tej rozmowy za marnowanie czasu.

– Każdy zostanie wysłuchany – głos kardynała był niski i miękki. Mówił powoli i cicho, ale wyraźnie, zrozumienie go nie sprawiało najmniejszych trudności. – Pan Horthy jest jednym z moich doradców. Nie mam przed nim tajemnic.

Sayen skinął tylko głową na znak, że zgadza się na jego obecność.

– A kim pan jest? – zapytał Horthy, wciąż wpatrując się w Sayena przenikliwym wzrokiem.

– Moje nazwisko jest już Eminencji znane. Mogę o sobie powiedzieć tyle, że jestem graczem. Postanowiłem włączyć się do rozgrywki o Tereę, w której ostatnią partię prowadzili przyjaciele i współpracownicy pana Horthy'ego. Niestety, przegrali. Starałem się nie powtarzać ich błędów. A jednym z takich błędów – opuścił ręce, zatykając kciuki za pas – okazało się niedocenienie perfekcji, do jakiej doprowadził Instytut inwigilację środowisk opozycyjnych. Bezpieczniacy dowiadują się błyskawicznie o każdym słowie, które tu pada. W swojej działalności oparłem się na bardzo wąskiej grupie stuprocentowo pewnych ludzi, nie powiązanych z Rotą ani moralistami, pozostających poza polem rutynowej obserwacji Instytutu. Nie mogłem skontaktować się z Eminencją wcześniej, Instytut nie powinien się o mnie dowiedzieć przed czasem. Wiem, że to, co mam do powiedzenia będzie zaskakujące i zabrzmi nieprawdopodobnie. Nie oczekuję natychmiastowej odpowiedzi. Że mówię prawdę i że można mnie traktować poważnie, dowiodą pewne fakty, o których dowiecie się w najbliższym czasie.

– Niech pan mówi – powiedział Horthy.

– Sytuacja na Terei dojrzewa do zasadniczych zmian. Katastrofa ekologiczna stała się faktem. Po raz kolejny pojawił się statek Federacji. Większość ludzi nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że za dwa, trzy tygodnie rozpocznie się głód. A głód to jedyne, co może poruszyć ludność kolonii. Człowiekowi można zabrać wolność, można odebrać mu głos i prawa, przyzwyczai się do tego. Ale kiedy zabierze mu się miskę, szybko przypomni sobie, że ma jeszcze pięści.

– Wiemy o tym od dawna. Staramy się ze wszystkich sił powstrzymać ludzi przed nierozsądnym działaniem. Bo chyba zgodzi się pan, że taki wybuch nie przyniesie nic poza nowymi ofiarami i zaostrzeniem sytuacji.

– Nie. Nie zgodzę się, panie Horthy. Przede wszystkim, nikt nie jest w stanie powstrzymać eksplozji. Próbując utrzymać spokój marnujecie czas i tracicie autorytet. A po drugie, katastrofa ekologiczna jest niepowtarzalną szansą. Trzeba zrobić wszystko, aby na przesileniu nie skorzystały dotychczasowe władze.

Sayen przerwał na chwilę. Machinalnie zaczął przechadzać się powoli po pokoju.

– Instytut wymodelował starannie rozwój wypadków. Zamierza sprowokować wybuch już teraz, zanim napięcie społeczne wzrośnie do stopnia uniemożliwiającego im zapanowanie nad sytuacją. Są w stanie to zrobić, i jeśli to właśnie Instytut uzyska decydujący wpływ na postępowanie władz w najbliższych tygodniach, stanie się, jak mówi pan Horthy. Ale na razie władza spoczywa w rękach speców i senatorów. Ci nie są zdolni do szybkiego i energicznego działania, do śmiałych decyzji. Będą do ostatniej chwili udawać, że jest tak, jak głosi oficjalna propaganda i będą liczyć na cud. Wtedy eksplozja może okazać się na tyle silna, że rozsadzi dotychczasowe struktury i naruszy fundamenty systemu. Wniosek jaki z tego wynika wydaje mi się oczywisty: trzeba uniemożliwić socjonikom przejęcie kontroli nad systemem. Spowodować zamieszanie na samym szczycie władzy, tak, aby w chwili, kiedy wszyscy lokalni aparatczycy będą się rozpaczliwie oglądać na polecenia z góry, zabrakło tam kogokolwiek, kto mógłby rozsądne polecenia wydać. Trzeba to zrobić za wszelką cenę. I właśnie to jest celem moim i moich ludzi.

– I uważa pan, że może czegoś takiego dokonać?

– Jak powiedziałem, nie będzie trzeba długo czekać na dowody. Sytuację poważnie ułatwia fakt, iż w aparacie władzy, na samych jego szczytach, istnieje narastający od lat konflikt między frakcją socjoników Bordena, a starą gwardią z czasów Milena. Linia podziału przechodzi także przez armię, a sam konflikt osiąga teraz najostrzejszą fazę. Każda ze stron zamierza wykorzystać katastrofę do swojej gry.

– To pozory. W przypadku rzeczywistego zagrożenia systemu wszelkie spory zostaną zarzucone. Spece i instytutowcy wiedzą dobrze, że są sobie nawzajem niezbędni. Dwanaście lat temu mieliśmy podobną sytuację.

– Wtedy akcja objęła tylko wąskie grupy ludności, teraz nastanie potężny głód. Poza tym dwanaście lat temu nie było nikogo takiego, jak ja. Mamy, z grubsza biorąc, dwie grupy: Bordena i Bloma. Blom jest mniej ciekawy, jego jedynym celem jest zniszczenie Bordena i zachowanie w pełni dotychczasowego porządku. Z Bordenem jest zupełnie inaczej.

Sayen zatrzymał się i przerwał na chwilę, dla nabrania oddechu. Kardynał siedział wciąż nieporuszony, a z jego kamiennej twarzy nie dało się niczego wyczytać.

– Borden jest politykiem przenikliwym i dalekowzrocznym. Potrafił dostrzec, że stworzony przez secesję system stał się zupełnie niewydolny. Ten system zbiurokratyzował się i skostniał, stracił zdolność szybkiej reakcji i uwzględniania realiów. Nie chcę się nad tym rozwodzić, pan Horthy i jego przyjaciele pisali o tym szeroko i przekonywająco. Szkoda, że ich głos mało gdzie dotarł, poza Instytutem… myślę zresztą, że w jakimś stopniu głos ów posłużył Bordenowi do opracowania jego planów. Przez ostatnie pięć lat senator zdołał znacznie usprawnić aparat Instytutu. Usunął z węzłowych stanowisk większość ideowych, ślepo posłusznych socjoników. Zastąpili ich jego wychowankowie. Dobrze wykształceni, przebiegli, pozbawieni jakichkolwiek skrupułów i zahamowań. Minęło dość czasu, żeby doszło do głosu drugie pokolenie władzy, urodzone i wychowane już po secesji. Borden umie to wykorzystać. Teraz, opierając się na socjonikach, zamierza w podobny sposób przeorganizować cały system. Decyzje już zapadły, w najbliższych dniach mają być ogłoszone. Czy są już Eminencji znane?

– Niech pan mówi – powiedział Horthy.

– W skrócie; Borden pragnie odzyskać wiarygodność społeczną. Wie, że tłum o niczym innym nie marzy. Zrealizuje niektóre z postulatów wszystkich dotychczasowych buntów. Zmieni dyrektywy wyznaniowe, nawiąże ponowne kontakty z Federacją, rozluźni przepisy majątkowe. Sporą część najgłośniej dotąd wybijanych haseł Milena wyrzuci na śmietnik wraz z ich gorliwymi głosicielami, na których przy okazji zwali całą odpowiedzialność za dotychczasowe zbrodnie i łgarstwa. Zaręczam, że to wystarczy aby uwierzono w jego szlachetne intencje.

– Jest pan tego pewien?

– Tak jakbym to osobiście od nich słyszał.

– To przecież po prostu rewolucja bez rewolucji… Jak przewidywaliśmy. Od lat. Władza nie może funkcjonować, kiedy posłuch jest wymuszony, a kłamstwo oczywiste. Rządzący i rządzeni jadą na jednym wózku. I w końcu muszą to sobie uświadomić. A to oznacza pierwszy krok do wolności.

– Pierwszy i ostatni.

– Kiedy tama zaczyna pękać, reszta jest już procesem nieodwracalnym. Dalsze zmiany będą musiały przyjść siłą rzeczy.