Pomyślałam, że to nie tylko dogodna kryjówka… To także twierdza dla tych, którzy chcieli odciąć się od świata.
Zdmuchnęłam świecę i potrząsnęłam Luisem, aby go obudzić. Zamachał rękami, usiłując się wyswobodzić z kokonu, jaki wcześniej uwił sobie z narzuty, aż za dobrze świadom tego, że następny atak może nastąpić w każdej chwili.
– Chyba już wiem, dokąd jechać – powiedziałam mu. – Szykuj się. Daleka droga przed nami.
– Chwileczkę. – Potarł dłonią twarz. Wyglądał na bardzo strudzonego. – Najpierw mi wszystko wyjaśnij.
I wysłuchał mnie, w ciszy poprzedzającej świt, w domu swojego brata, gdzie kiedyś toczyło się rodzinne życie. Kiedy skończyłam, zaoponował:
– Nie.
– Nie? – Zaskoczyło mnie to, mówiąc łagodnie. Sądziłam, że zrozumiał, jaka to pilna sprawa.
– Nie możemy pojechać do Kolorado i wrócić na czas, żeby zdążyć na pogrzeb – stwierdził. – No i tym razem nie pozostawię Ibby. Nie zostawię jej tu, bez radnej, podczas kiedy my będziemy uganiać się za wid mami.
O tym nie pomyślałam. Teraz, po zastanowieniu, poczułam, że problem ten utkwił mi boleśnie w żołądku niby odłamek szkła.
– Musisz chronić nas oboje – powiedział Luis – póki nie załatwimy Ibby jakiejś bezpiecznej kryjówki.
Nie wiedziałam, co maluje się na mojej twarzy, ale jeśli było to coś w rodzaju frustracji, która opanowała mnie całą, to nic dziwnego, że Luis się najeżył.
– Ludzie – sapnęłam. Czułam, jak rozpiera mnie energia, a przez chwilę, zetknąwszy się z wyrazem nie chęci, ponownie poczułam się prawdziwym dżinnem.
Ale wiedziałam też, że on ma rację.
10
Uszkodzenia, jakich doznała ciężarówka Luisa, okazały się stosunkowo niewielkie, biorąc pod uwagę, przez co przeszła – wystarczyło lakierowanie, wymiana szyb, wyklepanie wgnieceń. Warsztatem kierował gość, który na pierwszy rzut oka wydał mi się dżinnem, ale w końcu musiałam przyznać, że to człowiek. Miał oczy koloru jasnego bursztynu, skórę ciemniejszą od cery Luisa i bardzo niepokojąco się uśmiechał.
– Elvis? – odezwał się Luis, kiedy zapytałam go o tamtego faceta. – On jest w porządku. Magik, jeśli chodzi o samochody, ale nie czarodziej w prawdziwym sensie.
Dziwne. Pomimo zapewnień Luisa tamten człowiek nadal nie wzbudzał we mnie zaufania. Czekałam przy swoim motocyklu, kiedy Luis płacił tajemniczemu Elvisowi i wyprowadzał ciężarówkę zza kwadratowego zaniedbanego budynku. Wóz wyglądał efektownie, tak jak dawniej, z nowymi lśniącymi szybami i świeżą warstwą lakieru. Wyglądało na to, że Elvis dodał nawet nieco błysku żółtej barwie centralnych fragmentów płomieni zdobiących boki ciężarówki.
Luis sprawiał wrażenie zadowolonego.
Wyjechaliśmy z warsztatu naprawczego; Luis podążał przodem, a ja jechałam za nim motocyklem po krętych uliczkach starej dzielnicy, aż zatrzymał się na podjeździe przed prostym, kwadratowym domem, którego jasnoróżowa elewacja bardzo mi się spodobała. Kiedy Luis zaparkował, a ja zsiadłam z motoru, frontowe drzwi otworzyły się z hukiem i pomknęła ku nam mała rakieta.
Isabel.
Skoczyła z ziemi niczym kot wprost w ramiona Luisa, a on aż się zatoczył na ciężarówkę. Zareagował na jej widok z wyraźną przesadą, ale widać było, że zachwiał się naprawdę pod wpływem impetu, z jakim Isabel na niego wpadła.
Zanurzył twarz w jej długich włosach, usadowił ją wygodniej w swoich ramionach, a potem zwrócił się w moją stronę. Isabel także na mnie spojrzała, jej bladą twarz rozjaśnił błysk uśmiechu.
– Cassie! – powiedziała. Podeszłam do nich, a wtedy wyciągnęła rączki. Przejęłam ją od Luisa, niepewna, czy to coś naturalnego. Isabel zaciążyła mi na rękach, ale po chwili przywykłam już do jej ciężaru, odzyskując równowagę. Dziewczynka pachniała słodko – kwiatami, szamponem do włosów, syropem z naleśników, które zjadła. Lepiły jej się usta, którymi pocałowała mnie w policzek.
– Cieszę się, że wróciłaś.
– Ja też się z tego cieszę – zapewniłam. Tym razem jej nie poprawiłam, gdy źle wymówiła moje imię. Przyglądałam jej się z bliska. – Jak się czujesz, Isabel?
Nie odpowiadała; zrobiły to jej oczy – które przepełniły się smutkiem i nagłymi dziecięcymi łzami.
– Babcia Sylvia zrobiła mi naleśniki – poinformowała.
– Chcesz naleśników?
– Trochę na nie za późno, dziecko – wtrącił Luis, ode brał mi Isabel, przełożył ją sobie przez ramię i skierował się ku wejściu. – Sylvio? – Zapukał do drzwi, a wewnątrz domu poruszył się cień. Siwiejąca starsza kobieta otworzyła siatkową przesłonę na owady i obdarzyła go uśmiechem – drżąc cała, a w jej oczach czaił się straszliwy chłód. Wyglądała całkiem jak postarzała Angela i musiała wspiąć się na czubki palców, by pocałować Luisa w policzek. Spojrzała poza niego, na mnie, i oczy jej się rozszerzyły.
– To Cassie. – Isabel z dumą wskazała mnie palcem.
– Babciu Sylvio, to Cassie! Ona jest moją przyjaciółką. Opowiadałam ci o niej.
– Cassiel – poprawiłam, chcąc uniknąć nieporozumień. – Proszę mówić do mnie Cassiel.
Sylvia zawahała się, a potem odstąpiła na bok, by mnie wpuścić. Zrobiła mi dużo miejsca, jakby nie chcąc ryzykować otarcia się o mnie.
Czy wyglądałam tak odstraszająco? A może tylko dziwacznie?
Frontowy pokój był niewielkim, zakurzonym pomieszczeniem ze starymi meblami i czarno – białymi fotografiami. Jedna z nich stała samotnie na przystrojonym koronkowym obrusem stole – przedstawiała Angelę, gdy ta była dzieckiem, ledwie starszym od Isabel, w białej sukience, z kwiatami w rękach. Obok zdjęcia stały w wazonie świeże białe róże, a także ozdobny symbol religijny – krucyfiks.
– To moja córka – odezwała się Sylvia i skinęła głową w stronę stołu. – Angela.
– Wiem. Znałam ją – odrzekłam.
– Naprawdę? – Przypatrywała mi się uważnie, z miną wyrażającą głęboką nieufność. – Nigdy pani tu nie widziałam. Zapamiętałabym.
Zastanawiało mnie, ile ona wie o Strażnikach, o tym, czym zajmowali się Manny i Luis. Zastanawiałam się, czy wie o dżinnach, a jeśli tak, to czy zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stanowiliśmy.
W każdym razie wyraźnie wolała mi nie ufać.
– Cassiel współpracowała z Mannym, Sylvio – wyjaśnił Luis. Postawił Isabel na podłodze. Obejmowała go za nogi przez kilka chwil, a następnie popędziła do kuchni. Wydawało się niemożliwe, by stopki kogoś tak małego mogły aż tak dudnić. – Jest naszą znajomą.
Sylvia skinęła potakująco, ale nie wyglądało to wcale na gest akceptacji.
Luis poniechał więc dalszych prób w tym kierunku.
– Jak tam Ibby?
– Przespała całą noc – odpowiedziała Sylvia. – Ale sama nie wiem. Ona dokazuje tak jak teraz, a potem płacze całymi godzinami, wołając ciebie albo swoją matkę i ojca. Albo ją. – Posłała mi spojrzenie, które mogłam uznać tylko za wyraz niechęci. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym się tłumaczyć czy przepraszać, więc tego nie zrobiłam.
Luis odchrząknął.
– Sylvio, poczyniłem przygotowania do pogrzebu. Msza odbędzie się w czwartek o jedenastej, a zwłoki zostaną wystawione dziś wieczorem o szóstej. – Jego głos stał się chrapliwy, więc Luis urwał na chwilę, by ponownie odchrząknąć. – Czy myślisz, że Ibby powinna z nami pójść?
– Nie, lepiej, żeby tego nie widziała – stwierdziła Sylvia. – Jest jeszcze za mała. Ktoś powinien tu z nią zostać. – Nie spojrzała na mnie, mówiąc te słowa, ale zrobił to Luis, unosząc brwi.