Выбрать главу

Wydawał się wyczerpany. Delikatnie położyłam dłoń na jego ramieniu, uważając, by nie odebrać mu resztki sił.

– A więc oni żyją? – spytałam. Tamci się nie ruszali.

– Śpią. Przebudzą się w ciągu najbliższych minut. A kiedy się zbudzą, nie będą za dużo pamiętali. Lolly… to ten bezczelny sukinsyn, herszt Norteño tych tutaj… zapamięta tylko tyle, że wyrównaliśmy swoje porachunki. Życie za życie. – Luis drżącą ręką otarł pot z czoła. – I poczuje się winny. Za śmierć Manny'ego i Angeli.

– Potrafisz do tego doprowadzić?

– Oficjalnie nie. – Poruszył dłonią i pomogłam mu się wyprostować. – Wynośmy się stąd.

Spojrzałam za siebie, zamykając drzwi. Młody przywódca szajki, Lolly, zwlókł się na czworakach. Obawiałam się przez chwilę, że odwróci się, zobaczy mnie i wszystko sobie przypomni, ale on wydawał się porażony widokiem trumien stojących zaledwie o metr od niego.

Wstał i podszedł do Angeli i dostrzegłam, jak zaciska ręce na drewnianej krawędzi trumny. Jego ramiona zaczęły się trząść. Pewnie po raz pierwszy od bardzo dawna ronił łzy za tych, co zginęli.

Musiał z tego powodu cierpieć.

Uradowało mnie to.

11

To, co Luis właśnie zrobił, było poważnym pogwałceniem zasad Strażników i wiedziałam dlaczego; Strażnicy Ziemi – ci naprawdę potężni – potrafili manipulować pamięcią. Gdy robili to odpowiednio dyskretnie, ofiara mogła w ogóle nie podejrzewać, że coś zaszło.

Była to moc, której przerażająco łatwo można było nadużywać i trudno wykryć. Wydaje mi się, że Luis nigdy by się nią nie posłużył w normalnych okolicznościach, ale teraz, kiedy Strażnicy zajmowali się własnymi sprawami czy też potencjalnymi zagrożeniami, nie mógł liczyć na ich pomoc.

Ani na mnie.

– Dlaczego ich nie zabiłeś? – zapytałam Luisa. Znajdowaliśmy się na tyle daleko od Sylvii i kierownika zakładu pogrzebowego, stojących obok drzwi, że nas nie słyszeli. Luis pokręcił głową. Poruszał się bardzo powoli, koncentrując się na miarowym ruchu swoich stóp, jak gdyby była to w tym momencie najtrudniejsza rzecz na świecie.

– To sprawa honoru. Zabijesz jakiegoś Norteño, to ukatrupią ciebie albo i kogoś z twoich bliskich. Nie ma końca, kiedy się to zacznie. Może się ciągnąć przez lata. Doprowadzić do wybicia całych rodzin.

Krwawe waśnie rodowe. Ta niezdolność do przebaczania lub puszczania czegoś w niepamięć stanowiła jedno z największych zagrożeń dla ludzkiej kultury. Było to coś wspólnego dla ludzi i dżinnów. Kiedy usłyszałam wcześniej, jak tamten chłopak mówił o skrzywdzeniu Isabel, omal go nie zabiłam. Nie zawahałabym się, gdyby Luisa tam nie było. Po prostu spełniłabym swoją groźbę bez względu na konsekwencje. Bez poczucia winy wyszłabym cało z wojny, jaka by się rozpętała.

Musiałam przyznać przed sobą, że metoda Luisa była prawdopodobnie lepsza.

Kierownik zakładu pogrzebowego zastąpił nam drogę i rzekł niskim, łagodnym głosem:

– Czy wszystko w porządku, panie Rocha?

– Tak – odparł Luis zachrypniętym głosem. – Moich przyjaciół trochę poniosło z rozpaczy. Zapłacę za szkody.

Kierownik wytrzeszczył oczy i ruszył korytarzem z pośpiechem, który mógł się wydać niestosowny. Luis popatrzył za nim.

– Kolejny powód, żeby nie zabijać – stwierdził. – Zwłaszcza że sala jest zarezerwowana na moje nazwisko.

Sylvia stała przy wyjściu, przygnębiona i zła. Mięła nerwowo chusteczkę w rękach, a gdy podeszliśmy, spojrzała nieprzychylnie na Luisa.

Starałam się pamiętać, że straciła dziecko, ale w tamtej chwili było to trudne.

– Ty i twoi przyjaciele – powiedziała niskim, zjadliwym głosem – lepiej nie pokazujcie się na pogrzebie mojej córki. Niech Bóg ma cię w opiece, jeśli to zrobisz.

– Sylvio…

Jej oczy błysnęły, ale łzy w nich bardziej wydawały się zbroją niż wyrazem żalu.

– Ściągnąłeś gang Norteño tutaj? I potem pozwoliłeś im odejść? Co z ciebie za mężczyzna, skoro nie potrafisz bronić swego?

Otworzyła z hukiem drzwi i wyszła sztywnym krokiem. Luis pospieszył za nią – tak prędko, jak zdołał w tej chwili – i otworzył drzwi furgonetki od strony pasażera. Musiał pomóc Sylvii wejść na stopień.

Nie wyglądała na wdzięczną.

Droga do domu przebiegała w ciszy i drętwej atmosferze, a Sylvia siedziała sztywno między nami. W blasku świateł przejeżdżających samochodów nadal wydawała się wyniosła i wściekła. W końcu odłożyła chusteczkę i wyciągnęła sznur czarnych błyszczących koralików. Pocałowała srebrny, zwisający z nich krucyfiks i zaczęła przesuwać paciorki w palcach, poruszając cicho wargami. Paciorki różańca. Byłam zdziwiona, że ten zwyczaj nie zmienił się od tak dawna.

Wydawało się, że Luis nie ma problemów z kierowaniem wozem, ale wyczuwałam jego zmęczenie. Ziewnął rozdzierająco, parkując dużą czarną furgonetkę przed domem Sylvii, który roztaczał wokół siebie ciepły blask. Luis otworzył drzwi od strony kierowcy i wysiadł.

Wyskoczyłam z wozu i wyciągnęłam ręce do starszej kobiety. Spojrzała na mnie z dezaprobatą, po czym najwyraźniej doszła do wniosku, że w danej chwili jestem jej mniej niemiła niż Luis.

Podniosłam ją z łatwością i postawiłam na betonowym chodniku. Zrobiła krok do tyłu, chwilowo zbyt zaskoczona, by się gniewać, a Luis okrążył samochód. Spoglądał to na mnie, to na Sylvię i westchnął.

– Dzięki – rzekł do mnie. Ale nie tak, jakby naprawdę był mi wdzięczny. – Sylvio, chciałbym powiedzieć Isabel dobranoc. Jeśli nie masz nic przeciwko temu.

Nie odpowiadało mu takie pytanie o pozwolenie, ale chyba zrozumiał, że naleganie wywoła jedynie w tej kobiecie większy opór.

Sylvia posłała nam kolejne nieufne spojrzenie i skinęła niechętnie.

– Nie obudź jej, jeśli śpi – powiedziała. – To wszystko było dla niej bardzo trudne, no i jeszcze te jej złe sny.

Siostra Sylvii, Veronica, siedziała w saloniku i robiła na drutach w świetle cicho grającego telewizora. Wstała, by uściskać Sylvię, a następnie, już bardziej powściągliwe, Luisa. Ta duża, niemłoda kobieta o twarzy bardziej życzliwej od oblicza swojej siostry nie objęła mnie, lecz skinęła mi głową i się uśmiechnęła.

Mała była bardzo spokojna – powiedziała. – W ogóle się nie budziła.

Luis ruszył korytarzem, pozostawiając Sylvię szepczącą z Veronicą, a kiedy doszedł do drzwi pokoju Isabel, coś mnie tknęło.

– Zatrzymaj się – szepnęłam. Luis przystanął z ręką zawieszoną w powietrzu; kilka centymetrów od klamki.

– Co się stało?

Nie wiedziałam. To było jakieś przeczucie – czegoś złego. Nic, co potrafiłabym rozpoznać, czy to w świecie ludzkim, czy w sferze eterycznej. Tak jakby ktoś tutaj był i zniknął, pozostawiając jedynie swój drażniący, gorzki eteryczny zapach.

– Czy jakiś Strażnik pilnował domu?

– Ma'at, mówiłem ci. Oczywiście, że tak.

Odsunęłam Luisa i sama otworzyłam drzwi do pokoju.

Początkowo nie dostrzegłam nic przerażającego; pokój wyglądał tak, jak wtedy, gdy go opuściliśmy, tylko było w nim ciemniej. Połyskująca nocna lampka migotała delikatnym światłem na odległej ścianie, rzucając różowy blask na róg pokoju i łóżeczko.

Aura była tutaj mocniejsza. Nie przestrasz dziecka, powiedziałam do siebie i zmusiłam się, by podejść powoli i cicho.