Выбрать главу

Pod kołdrą widać było bezkształtne zgrubienie. Różowe światło układało się w połączone zwoje pomiędzy cieniami w fałdach koca.

Powoli odgarnęłam koce i usłyszałam stłumiony okrzyk Luisa.

W łóżku znajdowały się tylko wypchana poducha i szmaciana lalka, której włosy z czarnej przędzy leżały na poduszce. Położyłam rękę w miejscu, gdzie wcześniej leżała Isabel.

– Zimne – stwierdziłam. – Nie ma jej od dawna.

Być może nie było jej już wtedy, gdy zaglądała do niej Veronica. Przysiadłam na piętach, przyglądając się starannie łóżeczku. Nie widać było żadnych oznak szamotaniny, niczego nie porozwalano. Żadnego eterycznego śladu agresji.

Isabel nie stało się nic złego.

W każdym razie nie tutaj.

Przyprawiające mnie o szaleństwo widmo śladu umykało mi. Wyczuwałam je już wcześniej, ale nie mogłam zmusić pamięci, by objawiło się wyraźniej. Unosiło się jak mgła na krawędzi świadomości, ale nigdy nie na tyle blisko, by ukazać się w pełnym świetle.

Trzymałam rękę w łóżku Isabel, tam, gdzie dziewczynka wcześniej spała. Wyczuwałam każde pojedyncze włókno chłodnej bawełnianej pościeli. Czułam słodki zapach włosów na poduszce.

Znikła.

Luis podszedł do szafy i metodycznie przeszukiwał pokój, wołając Isabel po imieniu cichym głosem, który stopniowo stawał się coraz głośniejszy i coraz mniej spokojny, gdy kolejne kryjówki okazywały się puste.

Ręce mu się trzęsły. Nie tylko drżały, ale trzęsły się jak u człowieka zmarzniętego na kość.

Zajrzał pod łóżko, a potem spojrzał na mnie ponad nim.

– Nie ma jej tutaj, Luis – powiedziałam. Poczerwieniał, a potem zbladł.

– Musi być, tylko się schowała. Isabel! – Tym razem wrzasnął, zerwał się na równe nogi i wypadł z pokoik Słyszałam jego kroki, nawoływania, odgłos drzwi otwieranych i zamykanych. Gniewne pytanie Sylvii o to, co on wyczynia. Nieco cichsze protesty Veroniki.

I krzyki, kiedy Luis w końcu oznajmił, że dziewczynka znikła.

Stałam bez ruchu, milcząc, wpatrywałam się w brudną szmacianą lalkę. Tę samą, którą Isabel trzymała, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy na frontowym podwórku. Lalce brakowało jednego oka z czarnego paciorka, a szew pod prawym ramieniem był rozpruty. Wychodził z niego wypłowiały, miękki wypełniacz.

Isabel przepadła.

Ktoś ją porwał. To nie był gang Norteño; znałam teraz ich zapach i wiedziałam, że nie zawracaliby sobie głowy uprowadzaniem dziecka, nie oczekując okupu albo nie spodziewając się zemsty. Lolly nie zachowywał się jak człowiek, który zleciłby coś podobnego, chociaż pewnie mógłby, gdyby został zmuszony. Nie posunąłby się aż tak daleko, nie w takiej sytuacji.

Zrobił to ktoś inny. Ktoś czerpiący z mocy. Strażnik. A może dżinn. Ktoś, z kim prawdopodobnie się zetknęłam, komu może nawet ufałam.

Nasi wrogowie popełnili właśnie straszliwy, przerażający błąd w wyborze ofiar. Ja sama w szoku i napadzie szału zabiłam w odwecie za śmierć Manny'ego i Angeli. Tym razem, zrobiłabym to w sposób zimny i wyrachowany, aby odzyskać dziecko.

Z drugiego pokoju dobiegł mnie głos Sylvii dzwoniącej na policję. Usłyszałam, jak Luis osuwa się po ścianie na podłogę pod wpływem rozpaczy, ale jego żal różnił się od mojego. Mój był czymś zimnym i obcym.

Wyprostowałam się i wyszłam na korytarz, gdzie Luis siedział jak kukła. Przykucnęłam, by spojrzeć mu w oczy.

– Nie ma jej – powiedziałam – ale chyba wiem, dokąd trzeba się wybrać.

– Śladem gangu Norteño…

– Nie. Oni potrafią ostrzelać dom, ale nie są tak głupi, żeby ściągać na siebie śledztwo policji w sprawie porwania dziecka. To by ich zniszczyło.

Ręce Luisa wciąż gwałtownie się trzęsły. – W takim razie to jakiś porywacz. Jakiś inny cholerny bandzior.

– Nie – odparłam powoli. – Nie wydaje mi się. Myślę że to ma coś wspólnego z nami.

– Z nami? – Obezwładniający lęk znikł z oczu Luisa.

– Co masz na myśli?

– Ktoś chce nas powstrzymać; mamy na to sporo dowodów. Razem i osobno wzięto nas na celownik. Jaki lepszy sposób od odebrania nam dziecka mógł ktoś wymyślić, żeby nas przystopować, wiedząc, że obojgu nam zależy na bezpieczeństwie Ibby? – Chciałam, by mnie zrozumiał. Gdy nie byłam pewna, czy to do niego dotarło, wyciągnęłam ręce i objęłam jego zimne dłonie. – Luis. W tym pokoju jest ślad mocy. Strażnika lub dżinna, trudno mi stwierdzić, ale musimy się tego dowiedzieć. Wypytać Ma'ata, który miał strzec Isabel. Może kogoś tu przekupiono albo obezwładniono. Musimy się dowiedzieć, co się stało.

Wykręcił palce i chwycił mnie mocno za nadgarstki.

Odepchnął mnie. Zakołysałam się do tyłu, ale nie jest łatwo przewrócić dżinna, nawet tak niewysokiego jak ja. Moja zwinność zdawała się jeszcze bardziej wprawiać go w złość.

– To twoja wina. – Niemal plunął mi tym w twarz. – To się zaczęło od ciebie, zjawiasz się tutaj i wywołujesz kłopoty. Jeśli coś stanie się Isabel…

– Jeśli coś stanie się Isabel – wpadłam mu w słowo – wtedy winni przypłacą to krwią i bólem. A potem możesz się na mnie odegrać. Nie będę z tobą walczyć. Już dostatecznie dużo namieszałam.

Oczywiście, miał rację. To wszystko zaczęło się od mojego pojawienia się w Albuquerque. Nieumyślnie wywołałam te wypadki, ale faktycznie je wywołałam. Byłam winna Luisowi Rosze przysługę, za którą nie mogłam się odwdzięczyć, nawet jeszcze przed uprowadzeniem jego bratanicy.

Ktoś uderzał we mnie i niszczył wszystkich obok mnie.

Tego nie mogłam darować.

Jako dżinn nie wybaczyłabym tego nigdy.

Luis nie był w stanie złapać tego z Ma'atów, który miał pilnować Isabel. Ja nie mogłam odnaleźć go w sferze eterycznej.

To był bardzo zły znak.

– Nie dał się przekupić – stwierdził Luis. – Nie Jim. To niemożliwe, do licha. Był moim kumplem i to dobrym.

A więc pewnie zginął. Nasi wrogowie zamordowali go po cichu, nie przyciągając niczyjej uwagi, a potem przyszli po dziewczynkę. Wszystko starannie zaplanowali i przeprowadzili.

Zastanawiałam się tylko, dlaczego nie zrobili tego samego z nami.

Zjawili się policjanci. Nie ci sami, którzy zajmowali się dochodzeniem w sprawie śmierci Manny'ego i Angeli, ale dostrzegli te same powiązania – dawną przynależność Luisa do gangu i śmierć obojga rodziców Isabel. Luisa zabrano na przesłuchanie, chociaż zarówno Sylwia, jak i ja twierdziłyśmy uparcie, że nigdy nie zniknął nam na tak długo z widoku, aby mógł porwać to dziecko.

Gdy przybyli detektywi – uświadomiłam sobie, że różnica w sposobie działania między wyższymi rangą zwykłymi policjantami była taka jak między dżinnami a Wyroczniami – pytania nabrały osobistego charakteru. Luis doprowadził do oczyszczenia mnie z podejrzeń w sprawie zniknięcia Scotta Sandsa, ale już po raz trzeci w ciągu zaledwie kilku dni znalazłam się pod lupą dochodzenia w sprawie o przestępstwo.

Wydało mi się naturalne, że uważają to za dziwne, ale też miałam wrażenie, że tracimy cenny czas, gdy policja skrupulatnie zbiera ślady, robi zdjęcia, przesłuchuje podejrzanych i przeprowadza dokładne oględziny w domu, na podwórzu i w sąsiedztwie.

Wciąż jest możliwe, że dziewczynka sama uciekła – powiedziała do mnie kobieta detektyw, kiedy stałam na ganku w blasku przenośnych reflektorów. Żółta taśma otaczała cały dom. Wozy z dziennikarzami parkowały teraz przy obu końcach ulicy, zatrzymane tam przez policyjne bariery, a sąsiedzi Sylvii przybyli tłumnie, by się gapić i szeptać między sobą. – Czy wydawała się zdenerwowana?

– Oczywiście, że tak – odparłam. – Przecież zginęli jej rodzicie. Nie sadzę jednak, żeby uciekła.