Выбрать главу

Boże, błogosław Amerykę.

Rozdział 22

Sprzedajesz się, ot co. Mów, co chcesz, owijaj to w bawełnę, jasne, nowe perspektywy i poszerzanie horyzontów, ale obaj wiemy, że się poddajesz i tyle.

Skeet i Dallie siedzieli w taksówce, w korku na Piątej Alei.

– Jestem realistą. – Dallie się zirytował. – Gdybyś nie był tak uparty, zrozumiałbyś, że taka okazja nie zdarza się dwukrotnie. – Dallie zawsze się złościł, gdy nie on siedział za kierownicą, ale jeśli na dodatek samochodem jest taksówka w sercu Manhattanu, a kierowca prawie nie mówi po angielsku, to groziło wybuchem.

Przed chwilą wyszli ze Skeetem z bardzo eleganckiej restauracji, gdzie szefowie stacji telewizyjnej przez dwie godziny nakłaniali go, by został ich komentatorem golfowym.

W zeszłym roku komentował kilka turniejów, gdy nie grał z powodu złamanego nadgarstka, i entuzjastyczna reakcja widzów podsunęła stacji pomysł, by zatrudnić go na stałe.

Dallie poświęcił się i z tej okazji wbił w elegancki garnitur. Skeet nie był tak wielkoduszny – wystąpił w sztruksowej marynarce z supermarketu i krawacie z 1973 roku, który wygrał w rzutki.

– Sprzedajesz się – powtarzał Skeet uparcie.

Dallie odwrócił się gniewnie w jego stronę.

– Straszny z ciebie hipokryta! Odkąd pamiętam, nasyłasz na mnie agentów z Hollywood i namawiasz, żebym pozował do zdjęć w samych majtkach, za to kiedy oferują mi godną pracę, pieprzysz, że się sprzedaję.

Tamte oferty nie przeszkadzałyby ci grać w golfa. Do cholery, Dallie, nic by się nie stało, gdybyś gościnnie wystąpił w jednym czy drugim serialu, ale tu chodzi o co innego. Cały sezon. Masz przez cały sezon siedzieć na tyłku i wypowiadać idiotyczne uwagi o różowych koszulkach Grega Normana, tymczasem Norman przejdzie do historii golfa. To koniec twojej kariery! Nie przypominam sobie, żeby ci goście ze stacji mówili, żebyś komentował czasami, kiedy się nie zakwalifikujesz, jak Nicklaus. Nie, chcą cię na stałe.

Dallie nie pamiętał, by Skeet kiedykolwiek wygłosił równie długą mowę, i to sprawiło, że na chwilę się uspokoił. Wtedy jednak Skeet dodał coś pod nosem i Dallie wkurzył się na nowo. Nie nawrzeszczał na niego tylko dlatego, że wiedział, że Skeet bardzo przeżywał ostatnie sezony.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, gdy wyszedł z baru po kilku piwach i omal nie zabił dzieciaka na rowerze. Na szczęście nic się nie stało, dzieciak wyszedł z tego ze złamanym żebrem, a gliniarze potraktowali Dalliego o wiele łagodniej, niż na to zasłużył, ale wtedy przejrzał na oczy. Dobra, niech alkohol psuje mu golfa, ale nie chciał przecież nikogo zabić. Postanowił przestać pić. Nie było łatwo, co świadczyło, że wbrew temu, co twierdził, miał poważny problem z alkoholem, ale się udało.

Ku jego zdumieniu niemal od razu zaczął lepiej grać. Miesiąc później zajął trzecie miejsce w turnieju Bob Hope. Skeet miał łzy w oczach. Dallie słyszał, jak mówi do Holly Grace przez telefon:

– Wiedziałem, że tak będzie! Poczekaj tylko, Holly Grace. Zostanie jednym z wielkich. Nasz chłopak wreszcie pokazał, co potrafi.

Ale tak się nie stało, nie do końca. Co sezon zajmował drugie, trzecie, czwarte miejsce w jednym z ważnych turniejów, ale w końcu wszyscy zrozumieli, że teraz, w wieku trzydziestu siedmiu lat, zbliża się do końca kariery i nigdy nie wygra wielkiego turnieju.

– Masz odpowiednie umiejętności – mówił Skeet, wpatrzony w ponure miasto za oknem taksówki. – I masz talent, ale coś ci nie pozwala wygrać. Szkoda, że nie wiem, co to jest.

Dallie wiedział, ale milczał.

– Posłuchaj mnie, Skeet. Wiadomo, że golf w telewizji jest nudny jak flaki z olejem. Proponują mi niezłe pieniądze, żebym nieco ożywił transmisje. Nie rozumiem, co widzisz złego w przyjęciu ich oferty.

– A od kiedy tak się przejmujesz pieniędzmi? – zdziwił się Skeet.

– Odkąd spojrzałem w kalendarz i zobaczyłem, że mam trzydzieści siedem lat, od wtedy – burknął Dallie i zastukał w szybę dzielącą pasażerów do taksówkarza. – Ej, tu mnie wypuść!.

– A ty dokąd?

– Do Holly Grace. Sam.

– I tak usłyszysz od niej to samo, co ode mnie.

Dallie wysiadł. Taksówka odjechała. Zrobił jeden krok i wlazł w psiąkupę. Bomba. Dobrze mu tak, skoro zjadł lunch wart więcej niż budżet niejednego kraju w Trzecim Świecie.

Nie zwracał uwagi na spojrzenia mijających go kobiet, energicznie czyścił podeszwę o krawężnik. I wtedy dopadł go Niedźwiedź, tu w środku Nowego Jorku.

Podpisz, póki cię chcą, szeptał. Ile jeszcze będziesz się łudził?

– Nie łudzę się! -Dallie szedł Piatą Alejąw stronę mieszkania Holly Grace.

Niedźwiedź ruszył za nim. Z niesmakiem potrząsnął głową. Myślałeś, że jak przestaniesz chlać, to wszystko się ułoży, co, mały? Myślałeś, że to takie proste. Czemu nie powiesz Skeetowi prawdy? Czemu nie powiesz, że nie masz jaj i boisz się wygrywać?

Dallie przyspieszył kroku. Może Niedźwiedź go nie dogoni? Ale Niedźwiedź był z nim od dawna i nie tak łatwo się go pozbędzie.

Holly Grace mieszkała w luksusowym apartamentowcu wznoszącym się nad Muzeum Sztuki Współczesnej. Mawiała, że sypia na najsłynniejszych malarzach świata. Portier rozpoznał Dalliego i wpuścił go do jej mieszkania.

Nie było w jego stylu – zdecydowanie za białe i za nowoczesne. Ściągnął marynarkę, krawat, włączył magnetofon i usiadł w niewygodnym fotelu, za małym, jak dla kogoś jego wzrostu. Nagle jego wzrok zatrzymał się na kilku fotografiach w srebrnych ramkach na pianinie. On, Holly Grace i jej mama, kilka wspólnych zdjęć… i Danny, latem 1969 roku.

Podniósł ją ze ściśniętym sercem. Danny, roześmiany, pogodny, z kropelką śliny na zawsze zastygłą w kąciku ust. Gdyby żył, miałby osiemnaście lat. Dallie sobie tego nie wyobrażał. Nie wyobrażał sobie syna, wysokiego jak on, jasnowłosego, smukłego, pięknego jak matka. Dla niego Danny na zawsze pozostanie brzdącem na krzywych nóżkach.

Nie chciał o nim myśleć. Ból zawsze mu towarzyszył. Już nie tak dotkliwy, ale zawsze obecny. Spojrzał na inne zdjęcie – Francesca. Przysiadła na wielkim głazie, roześmiana, i posadziła sobie na kolanach tłustego bobasa. Dobrze wspominał tamte chwile z nią.

Kto by pomyślał, że zrobi taką karierę? I to sama! Bez niczyjej pomocy wychowywała dziecko i pracowała zawodowo. Fakt, zawsze była odważna, chciała brać się z życiem za bary, nie zważając na konsekwencje. Nagle przemknęło mu przez głowę, że Francesca już dobiega do mety, podczas gdy on nadal nie wyruszył z bloków startowych.

Nie spodobała mu się ta myśl. Poszedł do kuchni. Holly Grace zawsze miała dla niego lemoniadę w lodówce. Znowu wrócił myślami do Franceski. Zawsze ją podziwiał za szczerość. Przecież bez wysiłku mogłaby mu wmówić, że mały to jego dziecko. Ale nie, wolała radzić sobie sama.

Wrócił do saloniku. Przypomniał sobie, że we wszystkich wywiadach Francesca twierdziła, że jej synek jest owocem krótkiego, nieudanego małżeństwa, tak nieudanego, że nie chciała zdradzić nazwiska ojca i mały nazywał się Day. Chyba tylko Holly Grace, on i Skeet wiedzieli, że żadnego męża nie było, ale szanowali Francescę na tyle, by trzymać język za zębami.

Jej przyjaźń z Holly Grace zastanawiała go od dawna i wielokrotnie prosił byłą żonę, że chciałby na własne oczy zobaczyć, jak to wygląda.

– Moim zdaniem ty gadasz o sporcie, a ona o butach – zakończył.

– Nie jest taka – sprzeciwiła się Holly Grace. – To znaczy, tak, gada o butach, ale nie tylko.

– Co za ironia losu, że akurat ona sama wychowuje chłopca – zauważył. – Na pewno wyrośnie na dziwaka.