Kątem oka widzę, że jelenie Rama zaczynają się ruszać, i Joriego też idą. Jak myśleć na sposób jeleni?
Ojej, dostałam obraz, to one go wysyłają, jelenie! A przynajmniej jeden z nich, bo inaczej pewnie powstałby chaos. „Kłusownik z kuszą? Nie, nikt taki nawet się do was nie zbliży, wszyscy są dobrzy. Będziecie miały światło i ciepło, a wasze dzieci, przepraszam, cielęta, będą bezpieczne i nigdy nie będziecie musiały się o nie bać. I jeszcze jedno, do Królestwa Światła będą mogły przejść wszystkie olbrzymie jelenie z Ciemności. Podróż może okazać się nieco uciążliwa, ale potem wszystko już będzie dobrze. Mieszkam w pięknym mieście wraz z…”
Zwierzęta znów zaczęły się wahać, najwidoczniej Berengaria powiedziała za dużo.
„Ale musicie się pospieszyć, zanim będzie za późno, musicie pójść już teraz, wiele jeleni już się zebrało…”
Na miłość boską, idą w moją stronę, podchodzą do mnie, chyba umrę, a nie wolno mi okazywać strachu ani nawet rezerwy! Ach, gdzie się podziały wszystkie szlachetne cechy, życzliwość, miłość, wyrozumiałość i troskliwość? „Jestem dobra, dobra, chodźcie, krówki”. Nie, nie mogę zwracać się do nich jak do krów, to absurdalne, Ram, na pomoc!
Ale mężczyźni zajęci byli swoimi zadaniami. Berengaria z sercem w gardle odwróciła się plecami do dwóch kolosów i ruszyła w umówionym kierunku.
Suną za mną, słyszę ich kroki, bo ziemia aż dudni.
Dzięki Bogu, Ram i Jori również już idą, zaraz się spotkamy i będziemy mieć ze sobą wszystkie zwierzęta. Tak mi się przynajmniej wydaje, boję się odwrócić.
– Jori, ty pójdziesz z tyłu – prędko zdecydował Ram. – Na samym końcu, tak żeby żaden nam nie zniknął. Dobra robota, Berengario, świetnie sobie poradziłaś.
Ha, gdyby tylko wiedział!
Jori także otrzymał pochwałę i wszyscy ciepło pomyśleli o Madragach. Bez ich aparacików do telepatii ten eksperyment nigdy by się nie powiódł.
Jelenie szły grupą. Niekiedy któreś przestraszone zwierzę próbowało zboczyć, ale prędko się uspokajało. Ram wkrótce się zorientował, który z samców przewodzi stadu, i zaraz wszystko okazało się znacznie łatwiejsze. Przemawiał do zwierzęcia łagodnie, a gdy przewodnik się nie denerwował, również pozostałe jelenie ich słuchały.
W pewnej chwili skontaktował się z nimi Gondagil, powiadomił o zniknięciu ciężarnej łani. Ram zastanawiał się chwilę, porozumiał z Tellem, aż wreszcie obie grupy zmieniły wytyczone uprzednio szlaki, by pospieszyć na pomoc grupie Gondagila.
– Dla nas to akurat dobrze – oświadczył Ram Berengarii i Joriemu. – Nie będziemy musieli ponownie się przeprawiać przez tę nowo wybudowaną wioskę. Chodźcie, trzeba się spieszyć!
Wyjaśnił przewodnikowi jeleni, dokąd idą i dlaczego. Stado ruszyło za nimi bez żadnych oporów.
Choć mijali chaty w pewnej odległości, nagle wśród jeleni zapanował ogromny niepokój, z wielkim trudem zdołali nad nimi zapanować i utrzymać w grupie. Ale po przebyciu kilkuset metrów lęk przestał dręczyć zwierzęta i posłusznie ruszyły za ludźmi.
– Co, na miłość boską, może to znaczyć? – zastanawiał się Ram.
Jori z nieco zakłopotaną miną postanowił coś wyznać:
– Nie chciałem, żebyście się przestraszyli, ale wydawało mi się, że coś słyszę.
– Ja także – oświadczyła Berengaria. – Tylko nie potrafiłam tego określić, to było takie szybkie.
– Ja słyszałem więcej – Jori najwyraźniej czuł się nieswojo. – Ale wmówiłem sobie, że to niemożliwe, że to wszystko przez tę historię z Mirandą, i postanowiłem niczym się nie przejmować, dopóki jelenie tak się nie spłoszyły.
– No dobrze, ale co słyszałeś? – spytał Ram.
– Nie wiem – odparł Jori niepewnie – ale miałem wrażenie, że to zabrzmiało jak głębokie, gardłowe warknięcie, bardzo krótkie i niewyraźne, lecz…
– Po prostu nas straszysz! – prychnęła Berengaria.
– Nie miałem takiego zamiaru. Myślę, że to było tylko złudzenie. Wilkołaki… To może pobudzić wyobraźnię.
– Oczywiście – zgodził się z nim Ram, lecz podświadomie popędzili nieco zwierzęta, a one najwyraźniej nie miały nic przeciwko przyspieszeniu tempa.
Grupka Tella jeszcze się nie stawiła, gdy Berengaria i jej towarzysze dotarli do największego stada jeleni w pobliżu niemieckiej osady. Przyjaciele pozdrowili ich serdecznie, a czekająca tam gromadka megacerosów życzliwie przyjęła pobratymców.
– To szczęście, że przyszliście tak prędko – powiedział Gondagil. – Móri i Jaskari wyprawili się na poszukiwanie łani, my czekaliśmy na was. Czy Tell przybędzie?
– Jego grupa już wkrótce powinna tu być – odparł Ram i zaczął rachować. – Mamy tu dwadzieścia zwierząt i jeszcze trzy, które są bezpieczne w Juggernaucie. Wobec tego brakuje tylko dziesięciu.
– Albo jedenastu, jelonek mógł się już urodzić.
Ram westchnął.
– Tak, przydałby nam się teraz któryś z duchów Móriego, może szybciej doprowadziłby nas do łani My, zwykli śmiertelnicy, jesteśmy tacy bezradni.
– Z Tellem przyjdzie Sol – rzekł z namysłem Gondagil. – Ale nie wiem, czy ona potrafi wskazać nam, gdzie należy szukać.
– No tak, to specjalność Nidhogga. On stanowi jakby jedność z ziemią, z tym, co znajduje się na niej i pod nią, być może przede wszystkim pod nią. Nie wiem, co potrafią inne duchy, ale Oko Nocy też umie chyba tropić? Że też wcześniej o tym nie pomyśleliśmy! Eleno, a jak ty się miewasz? – ciągnął Ram życzliwie. – Pomimo kurtki Jaskariego wyglądasz na trochę zziębniętą.
„Zziębnięta” to łagodnie powiedziane. Ram nigdy jeszcze nie widział dziewczyny takiej rozczochranej, wycieńczonej i sinej z zimna. Ale nie chciał tego mówić głośno, Elena i tak nie potrafiła poradzić sobie z kompleksem niższości.
– Wszystko w porządku – uśmiechnęła się zesztywniałymi wargami. – Dobrze, że przyszliście, bo chyba nigdy nie poradziłabym sobie z przypisaną mi grupką jeleni i cały ciężar przeprawy spadłby na Gondagila.
W oczekiwaniu na Tella przysiedli na ziemi. Akurat w tym miejscu mogli czuć się bezpiecznie. Olbrzymie jelenie spokojnie pasły się na trawie, pilnowane przez Joriego, który siedział plecy w plecy z Eleną. Las tutaj jakby się cofnął, ustępując miejsca łące, ale nikt nie wiedział, co kryje się za granicą drzew. Nie bardzo też mieli ochotę to sprawdzać.
To las zła, pomyślała Elena ponuro.
Ram opowiedział o opuszczonej wiosce, a Gondagil na te wieści zmarszczył czoło.
– Nigdy o niej nie słyszałem, musiała się pojawić już po moim odejściu, nie było mnie tu przecież przez siedem lat, chociaż może się to wydawać szaleństwem, i w tym czasie wiele pewnie się wydarzyło. Ale nie podobają mi się te dźwięki, które słyszeliście.
– Nam też nie – potwierdził Jori.
Wszyscy się z nim zgodzili.
Berengaria wcale się nie odzywała. Nie mogła się doczekać grupy Tella, bo tam był przecież Oko Nocy. Leciutko uśmiechnęła się do siebie.
12
Grupa Indry wyruszyła spod Juggernauta ostatnia.
Czekając, aż Tell skończy dyskusję z laborantem, Indra przyglądała się bladym drzewom rosnącym wokół ukrytej doliny. Cienkie, zmęczone życiem pochylały się ku nagiej skalnej ścianie w tym irytującym wiecznym półmroku.
– Moi biedni przyjaciele – szepnęła. – Już niedługo dostaniecie Słońce, obiecuję! – Roześmiała się. – Coraz bardziej upodabniam się do swojej siostry. I ja zaczynam rozmawiać z drzewami. Niesamowite!