Wzięłam Gazzarę na bok.
· Muszę z tobą pogadać o Komandosie.
· Allen Barnes szuka go od dłuższego czasu – rzekł Eddie.
· Czy Barnes ma jakieś dowody przeciwko Komandosowi, oprócz tej kasety wideo?
· Nie mam pojęcia. Nie jestem dopuszczony do śledztwa. Brak jakichkolwiek przecieków. Nie chcą popełnić żadnego błędu w tej sprawie.
· Czy Bames bierze pod uwagę innych podejrzanych?
· W każdym razie ja nic na ten temat nie słyszałem. Ale, jak mówiłem, nie jestem dopuszczony do sprawy. Wóz policyjny zatrzymał się na środku ulicy i weszło dwóch mundurowych.
· Słyszałem, że wyprzedajecie towar – powiedział jeden z nich. – Macie tutaj jakieś tostery?
Wyjęłam z pudła dwie buteleczki perfum i dałam Dou-giemu dziesiątaka.
· Co masz zamiar teraz robić?
· Nie wiem. Czuję się przegrany – oświadczył Dougie. – Nic mi się nie udaje. Niektórzy faceci po prostu nie mają szczęścia.
· Głowa do góry, facet – powiedział Księżyc. – Coś się znajdzie. Musisz robić tak, jak ja. Płynąć z prądem.
· Pójdę do więzienia! – zajęczał Dougie. – Wpakują mnie do więzienia!
· Słyszysz, co do ciebie mówię? – ciągnął Księżyc. -Coś się znajdzie. Pójdziesz do więzienia, to nie będziesz musiał się o nic martwić. Nie będzie trzeba płacić czynszu. Ani przejmować się rachunkami za jedzenie. Opieka dentystyczna za darmo. To ma swoją wartość, facet. Chyba nie będziesz kręcił nosem na darmowego dentystę.
Wszyscy przez chwilę wpatrywali się w Księżyca, podziwiając rozwagę jego wypowiedzi.
Przeszłam przez dom i zajrzałam na podwórze, ale nie zauważyłam ani babci, ani Louise Greeber. Pożegnałam się z Gazzara i zaczęłam się przeciskać przez tłum w stronę drzwi.
· Miło z twojej strony, że wsparłaś Dougstera – powiedział Księżyc, kiedy wychodziłam. – To było cholernie luzackie z twojej strony, facetka.
· Po prostu chciałam mieć Dolce Vita – wyjaśniłam.
Cadillac już odjechał. Latający dywan sterczał na rogu. Wsiadłam do buicka i popsikałam się perfumami, żeby zrekompensować sobie pryszcz na policzku i te beznadziejne dziurawe dżinsy. Doszłam do wniosku, że perfumy nie wystarczą, więc pociągnęłam rzęsy tuszem i spięłam włosy. Lepiej wyglądać jak dziwka z pryszczem niż jak ćwok z pryszczem.
Pojechałam do centrum, do biura mojego byłego męża, które znajdowało się w Shuman Building. Ri-chard Orr, adwokat z urzędu i skurczybyk, który lata za spódniczkami. Był młodszym wspólnikiem w spółce prawniczej Rabinowitz, Rabinowitz, Zeller i Skurczybyk. Wjechałam windą na drugie piętro i poszukałam drzwi z jego nazwiskiem wygrawerowanym złotymi literami. Nie byłam tutaj częstym gościem. Nasz rozwód nie odbył się w przyjaznej atmosferze i nie wysyłaliśmy do siebie kartek świątecznych. Raz na jakiś czas nasze drogi zawodowe krzyżowały się.
Cynthia Lotte siedziała przy biurku i wyglądała w tym swoim popielatym kostiumie i białej bluzce jak żywa reklama Ann Taylor.
Kiedy weszłam, popatrzyła na mnie z popłochem w oczach, prawdopodobnie pamiętając mnie z ostatniej wizyty, kiedy to trochę się posprzeczaliśmy z Dickiem.
· Nie ma go w biurze – powiedziała. Bóg naprawdę istnieje.
· A kiedy będzie?
· Trudno powiedzieć. Dzisiaj jest w sądzie.
Nie miała obrączki na palcu. I nie wyglądała na głęboko zasmuconą. Mało tego, wyglądała na w pełni szczęśliwą, może z małym wyjątkiem: że zwariowana eksżona Dicka jest właśnie w jej biurze.
Spojrzałam z udawanym podziwem na część recepcyjną biura.
· Jak tu miło. Praca w takim miejscu musi być wspaniała.
· Przeważnie.
Odebrałam to jako „prawie zawsze, z wyjątkiem tej chwili”.
· Sądzę, że to bardzo dobre miejsce pracy dla niezamężnych kobiet. Pewnie masz okazję spotykać wielu mężczyzn?
· Do czego zmierzasz?
· No cóż, właśnie myślałam o Homerze Ramosie. Wiesz, zastanawiałam się, czy poznałaś go tutaj.
Na chwilę zapadła głucha cisza i mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak wali jej serce. Nie odezwała się ani słowem. Nie wiedziałam, co dzieje się w jej umyśle, ale łamałam sobie nad tym głowę. Pytanie o Homera Ramosa zabrzmiało trochę bardziej obraźliwie, niż planowałam, i czułam się jakoś niezręcznie. Zwykle bywam grubiańska jedynie w myślach.
Cynthia Lotte pozbierała się i spojrzała mi prosto w oczy. Miała poważny wyraz twarzy i opanowany głos.
· Nie chcę zmieniać tematu – powiedziała – ale czy nie próbowałaś zatuszować tego pryszcza korektorem? Wzięłam głębszy oddech.
· Nie. Nie sądziłam…
· Musisz uważać, bo jak pryszcz robi się taki duży, czerwony i jest wypełniony ropą, to może po nim zostać blizna.
Ręce powędrowały w kierunku twarzy, zanim zdołałam je zatrzymać. Ludzie, ona ma rację! Pryszcz był ogromny. Powiększał się. Niech to diabli! Uruchomił mi się alarm krytycznych sytuacji i do mózgu została wysłana wiadomość następującej treści: „Wiać! Kryć się!”.
· Muszę już iść – oświadczyłam, wycofując się. – Powiedz Dickowi, że nie miałam nic pilnego. Po prostu byłam w okolicy i chciałam się przywitać.
Wyszłam, dotarłam do schodów i pognałam przez hol do drzwi wyjściowych. Wpadłam do buicka i nachyliłam się do lusterka, żeby obejrzeć pryszcz.
Obrzydliwe!
Oparłam się o siedzenie i zamknęłam oczy. Nie dość, że miałam ohydny wyprysk, to jeszcze Cynthia Lotte spuściła mnie po brzytwie. Nie dowiedziałam się niczego dla Komandosa. Wiedziałam na temat Cynthii jedynie to, że nieźle wygląda w popielatym i że nadepnęła mi na odcisk. Wystarczyła jedna wzmianka o moim syfku i już byłam za drzwiami.
Popatrzyłam za siebie, na Shuman Building, zastanawiając się, czy Ramos prowadził jakieś interesy z firmą Dicka. I co to były za interesy? Wtedy wydawałoby się prawdopodobne, że Lotte poznała Ramosa w biurze. Oczywiście, mogła równie dobrze spotkać go na ulicy. Budynek, w którym mieściło się biuro Ramosa, stał o jeden dom dalej.
Włączyłam silnik i przejechałam powoli obok budynku Ramosa. Usunięto już taśmę policyjną, a w holu było widać pracowników. Podjazd zastawiono samochodami firm remontowych.
Przejechałam z powrotem przez miasto i zatrzymałam się przy Radio Shack na Trzeciej.
· Potrzebuję jakiegoś alarmu – zwróciłam się do dzieciaka w recepcji. – Nic nadzwyczajnego. Po prostu chodzi o coś, co da mi znać, kiedy ktoś będzie otwierał drzwi do mego mieszkania. I przestań się gapić na mój policzek!
· Nie gapiłem się na pani policzek. Słowo! Nawet nie zauważyłem tego wielkiego pryszcza.
Pół godziny później jechałam do biura, żeby odebrać Boba. Na tylnym siedzeniu, schowany w małej torebce, leżał mały wykrywacz ruchu, przeznaczony do moich drzwi wejściowych. Powiedziałam sobie, że potrzebuję go dla poczucia bezpieczeństwa, ale prawda była taka, że kupiłam go tylko w jednym celu: żeby ostrzegał mnie zawsze, gdy Komandos włamuje się do mojego mieszkania. Ale do czego był mi potrzebny ten alarm? Czy się bałam? Nie. Chociaż Komandos czasami bywał przerażający. A może chodziło o brak zaufania? Nie. Ufałam Komandosowi. Tak naprawdę kupiłam ten alarm, ponieważ chociaż raz chciałam mieć przewagę. Fakt, że Komandos wchodzi do mojego mieszkania, nawet mnie nie budząc, doprowadzał mnie do szału.
Zatrzymałam się przy barze i kupiłam pudełko skrzydełek z kurczaka na lunch. Pomyślałam sobie, że to będzie najlepsze dla Boba. Żadnych większych kości, po których mógłby zwymiotować.
Wszystkie twarze rozpromieniły się, kiedy pojawiłam się w drzwiach z pudełkiem skrzydełek z kurczaka.
· Właśnie mieliśmy z Bobem ochotę na kurczaka -oświadczyła Lula. – Czytasz w naszych myślach.