Выбрать главу

· Co?

· Coś się pali za waszym autem!

Mitchell i Habib wysiedli, żeby zobaczyć, co się dzieje, a my wszyscy wybiegliśmy przez drzwi i stanęliśmy obok.

· To jakieś śmieci – odezwał się Mitchell do Habiba. -Kopnij to na bok, bo samochód się zniszczy.

· To się pali – powiedział Habib. – Nie mam zamiaru dotykać butem płonącej torby.

· Tak to jest, kiedy się wynajmuje cholernego abdu-la – rzucił Mitchell. – Wy nie wiecie, co to jest etos pracy.

· To nieprawda. W Pakistanie ciężko pracuję. W mojej wiosce w Pakistanie jest fabryka kilimów, a moje zajęcie polega na tym, że biję nieposłuszne dzieci, które tam pracują. To bardzo dobry zawód.

· Uch – stęknął Mitchell. – Bijesz małe dzieci, które pracują w fabryce?

· Tak. Kijem. To jest posada wymagająca wysokich kwalifikacji. Trzeba dzieci bić ostrożnie, żeby nie połamać ich małych paluszków, bo inaczej nie będą w stanie wiązać pięknych supełków.

· Obrzydliwe – powiedziałam. – Ależ nie – odparł Habib. – Dzieci to lubią i zarabiają dużo pieniędzy dla swoich rodzin. – Obrócił się w stronę Mitchella i pogroził mu palcem. -1 ja bardzo ciężko pracuję, bijąc te małe dzieci, więc nie powinieneś mówić o mnie takich rzeczy.

· Przepraszam – rzekł Mitchell. – Chyba się pomyliłem co do ciebie.

Kopnął torbę. Torba pękła i parę kawałków gówna przykleiło mu się do buta.

· Co to jest, u diabła? – Mitchell potrząsnął stopą i płonące kawałki psiej kupy rozbryznęły się na wszystkie strony. Wielka pecyna wylądowała na reklamie dywanów; słychać było syk ognia i cały samochód stanął w płomieniach.

· Rany! – krzyknął Mitchell, chwycił Habiba i uciekli obaj do tyłu.

Płomienie trzaskały i strzelały w górę, a ogień ogarnął wnętrze samochodu. Nastąpił mały wybuch, kiedy zapalił się bak, a potem samochód zasłoniły czarny dym i płomienie.

· Zdaje się, że nie mieli dywanu odpornego na ogień -powiedziała Lula.

Habib i Mitchell stali przyklejeni do ściany budynku, z szeroko otwartymi ustami.

· Chyba możesz już jechać – zdecydowała Lula. – Nie sądzę, żeby ruszyli za tobą.

Kiedy nadjechała straż pożarna, z samochodu pozostały szczątki, a ogień zmniejszył się do rozmiarów grilla. Mój buick stał w odległości jakiś trzystu metrów od latającego dywanu, ale Wielki Błękit był nietknięty. Lakier buicka nie został nawet draśnięty. Jedyną zauważalną różnicą była cieplejsza niż zazwyczaj klamka u drzwi.

· Muszę lecieć – powiedziałam do Mitchella. – Przykra sprawa z tym samochodem. Na waszym miejscu nie martwiłabym się o brwi. Trochę się osmaliły, ale na pewno odrosną. Też mi się coś takiego przydarzyło, a potem wszystko wróciło do normy.

· Co… jak…? – wybełkotał Mitchell.

Zapakowałam Boba do buicka i odjechałam od krawężnika, torując sobie drogę między wozami policyjnymi i strażą pożarną.

Carl Costanza w mundurze stał i kierował ruchem.

· Wygląda na to, że jesteś na fali – powiedział. – To już drugi samochód, który spaliłaś w tym tygodniu.

· To nie była moja wina! To nawet nie był mój samochód!

· Słyszałem, że ktoś zrobił numer z torbą dwóm ludziom Artura Stolle’a.

· Żartujesz? Wiesz, kto go zrobił?

· Zabawne, ale właśnie miałem zapytać cię o to samo.

· Ja byłam pierwsza. Costanza lekko się skrzywił.

· Nie. Nie wiem, kto to zrobił.

· Ja też nie – powiedziałam.

· Jesteś szurnięta – orzekł. – Nie mogę uwierzyć, że dałaś się wrobić i wzięłaś psa Simona.

· Nawet go polubiłam.

· Tylko nie zostawiaj go samego w samochodzie.

· Chcesz powiedzieć, że to niezgodne z prawem?

· Nie. Chcę powiedzieć, że ten pies zjadł przednie siedzenie w samochodzie Simona. Zostawił tylko parę strzępów pianki i kilka sprężyn.

· Dziękuję, że zechciałeś się ze mną podzielić tą informacją.

Constanza uśmiechnął się szeroko.

· Sądziłem, że wolałabyś o tym wiedzieć.

Odjechałam, myśląc, że gdyby Bob zjadł siedzenie Wielkiego Błękitu, to ono na pewno by się odrodziło. Ryzykując, że upodobnię się do babci, zaczęłam myśleć z zadziwieniem o Wielkim Błękicie. Wyglądało na to, że ten cholerny samochód jest niezniszczalny. Miał prawie pięćdziesiąt lat, a lakier był w doskonałym stanie. Wszystkie inne samochody rdzewiały, zostawały spalone albo zmiażdżone jak naleśnik, ale Wielkiemu Błękitowi nigdy nic się nie przytrafiało. – Jest po prostu bezkonkurencyjny – powiedziałam do Boba.

Bob przykleił nos do szyby i nie wyglądał na zainteresowanego.

Jechałam dalej Hamilton Street, kiedy zadzwoniła komórka.

· Cześć, laleczko – odezwał się Komandos. – Co masz dla mnie?

· Tylko podstawowe dane Cynthii Lotte. Chcesz wiedzieć, gdzie mieszka?

· Dalej.

· Wygląda nieźle w popielatym.

· To zaledwie utrzyma mnie przy życiu.

· Hm. Czyżbyś był dzisiaj w kiepskim humorze?

· Niezupełnie. Chciałbym cię prosić o przysługę. Chcę, żebyś przyjrzała się rezydencji w Deal od tyłu. Każdy z moich ludzi byłby podejrzany, ale kobieta spacerująca po plaży z psem nie powinna wzbudzić obaw w ochroniarzach Ramosa. Chciałbym, żebyś sprawdziła, jaki jest rozkład domu. Policz okna i drzwi.

Plaża publiczna była oddalona od rezydencji Ramosa o czterysta metrów. Zaparkowałam przy drodze i przeszliśmy z Bobem przez wąski pas wydm. Niebo było zachmurzone, a powietrze chłodniejsze niż w Trenton. Bob wystawił nos na wiatr i wyglądał na ożywionego, a ja zapięłam kurtkę pod samą szyję i żałowałam, że nie zabrałam ze sobą nic cieplejszego do ubrania. Większość tych kosztownych domów, które stały na wydmach, była zaryglowana i nikt w nich nie mieszkał. Przed nami z hukiem uderzały spienione szare fale. Kilka mew podskakiwało na granicy wody i piasku, a poza tym nie było nikogo. Tylko ja, Bob i te mewy.

Na horyzoncie pojawił się duży różowy dom, który był lepiej widoczny od strony plaży niż z ulicy. Widać było jak na dłoni większą część parteru i całe pierwsze piętro. Wzdłuż domu ciągnęła się weranda. Do głównego korpusu budynku przylegały dwa skrzydła. W skrzydle północnym, na poziomie parteru, znajdowały się garaże, a nad nimi prawdopodobnie sypialnie. Skrzydło południowe miało dwie wyższe kondygnacje i wyglądało na to, że jest to w całości część mieszkalna.

Brnęłam dalej przez piasek, nie chcąc wyglądać na zbyt ciekawską, chociaż właśnie liczyłam okna i drzwi. Po prostu jakaś kobieta spacerująca z psem, której marznie tyłek. Miałam ze sobą lornetkę, ale obawiałam się z niej skorzystać. Nie chciałam wzbudzić jakichkolwiek podejrzeń. Nie wiedziałam, czy ktoś przypadkiem nie obserwuje mnie przez okno. Bob skakał wokół mnie, nie myśląc o niczym oprócz radości przebywania na świeżym powietrzu. Przeszłam jeszcze wzdłuż kilku sąsiednich domów, narysowałam na kartce szkic budynku, zawróciłam i doszłam do wejścia na plażę publiczną, gdzie stał Błękit. Misja spełniona.

Wskoczyliśmy z Bobem do Wielkiego Błękitu i ruszyliśmy z turkotem w górę ulicy, mijając po raz ostatni dom Ramosa. Kiedy zatrzymałam się na rogu, jakiś facet koło sześćdziesiątki zeskoczył z krawężnika w moim kierunku. Miał na sobie dres i buty do joggingu. I machał rękami.

· Zatrzymaj się! – zawołał. – Zatrzymaj się na sekundę!

Mogłabym przysiąc, że to Alexander Ramos. Nie, to byłoby absurdalne.

Podbiegł do samochodu od mojej strony i zapukał w szybę.

· Masz papierosy? – zapytał.

· Cholera… hm, nie. Rzucił mi dwudziestkę.

· Podwieź mnie na nadbrzeże po papierosy. To zajmie tylko chwilę.

Lekki akcent. Te same ostre rysy twarzy. Ten sam wzrost i budowa ciała. Naprawdę wyglądał jak Alexander Ramos.