· Mieszka pan gdzieś w okolicy? – zapytałam go.
· Tak, mieszkam w tym cholernym różowym paskudztwie. A co to ma do rzeczy? Podwieziesz mnie czynie?
O Boże! To Ramos.
· Nie mam zwyczaju wpuszczać obcych mężczyzn do samochodu.
· Przestań chrzanić! Potrzebuję papierosów. Na tylnym siedzeniu masz dużego psa i wyglądasz mi na kogoś, kto ciągle wozi obcych facetów. Myślisz, że urodziłem się wczoraj?
· Wczoraj to chyba nie.
Otworzył drzwi od strony pasażera i wsiadł do samochodu.
· Bardzo śmieszne. Muszę jeździć na łebka z dowcipnisiami.
· Nie znam drogi. Gdzie pan kupuje te papierosy?
· Skręć za tym rogiem. Sklep jest jakieś pięćset metrów stąd.
· Jeśli to tylko pięćset metrów, to dlaczego nie wybrał się pan na piechotę?
· Mam swoje powody.
· Nikt nie wie, że pan pali, co? Lepiej, żeby nikt nie widział, jak pan idzie do sklepu?
· Cholerni lekarze. Powinienem to sprzedać. Nigdy go nie lubiłem, od samego początku, ale właśnie się ożeniłem, a moja żona musiała mieć ten dom. Wszystko, co miała, było różowe. – Zastanawiał się przez chwilę. – Jak ona miała na imię? Trixie? Trudie? Jezu, nawet nie mogę sobie przypomnieć.
· Nie może pan sobie przypomnieć imienia swojej żony?
· Miałem wiele żon. Mnóstwo. Cztery. Nie, poczekaj… pięć.
· A teraz jest pan żonaty? Pokręcił głową.
· Skończyłem z małżeństwami. W zeszłym roku miałem operację prostaty. Było, minęło, kobiety wychodziły za mnie dla moich jaj i pieniędzy. Teraz poślubiłyby mnie tylko dla pieniędzy. – Znów pokręcił głową. – Dosyć tego. Trzeba mieć zasady, wiesz?
Zatrzymałam się przy sklepie, a Ramos wyskoczył z samochodu.
· Nie odjeżdżaj. Zaraz wracam.
Część mojego ja pragnęła opuścić scenę. Tchórzliwa część. A druga część chciała brnąć w to dalej. Juhuu! Głupia część.
Dwie minuty później siedział już w samochodzie, zapalając papierosa.
· Hej – powiedziałam. – Nie ma palenia w samochodzie.
· Dam ci jeszcze jednego dwudziestaka.
· Nie chcę nawet tego pierwszego. Odpowiedź brzmi „nie”. Nie ma palenia w samochodzie.
· Nie cierpię tego kraju. Nikt tutaj nie potrafi żyć. Każdy pije cholerne odtłuszczone mleko. – Wskazał na boczną ulicę. – Skręć tam i wjedź w Shoreline Avenue.
· Dokąd jedziemy?
· Jest tam taki bar.
Tego mi tylko było trzeba. Żeby Hannibal wyszedł na poszukiwanie ojca i zastał nas na kumpelskiej pogawędce w barze.
· Nie wiem, czy to dobry pomysł.
· Pozwolisz mi palić w samochodzie?
· Nie.
· Więc idziemy do Sala.
· W porządku, podwiozę pana do Sala, ale nie wejdę.
· Jasne, że wejdziesz.
· Ale mój pies…
· Pies też może iść z nami. Kupię mu piwo i kanapkę.
Bar „U Sala” był ciemną klitką. Przez całą długość pomieszczenia ciągnął się bar. Na jego końcu siedziało dwóch starszych panów, popijając w milczeniu i oglądając telewizję. Na prawo od drzwi stały ciasno stłoczone trzy puste stoliki. Ramos usiadł przy jednym z nich.
Kelner bez pytania przyniósł mu butelkę ouzo i dwie szklaneczki. Żaden z nich się nie odezwał. Ramos wypił jednego; potem zapalił papierosa i głęboko się zaciągnął.
· Ach – powiedział na wydechu.
Czasami zazdroszczę ludziom, którzy palą. Wyglądają na takich szczęśliwych, kiedy wciągają do płuc pierwszy haust dymu. Nie przychodzi mi do gjowy zbyt wiele rzeczy, które mogłyby mnie aż tak uszczęśliwić. No, może tort urodzinowy.
Ramos nalał sobie drugą kolejkę i popchnął butelkę w moim kierunku.
· Nie, dziękuję – odmówiłam. – Prowadzę. Pokiwał głową.
· Kraj mięczaków. – Odepchnął od siebie szklaneczkę. – Nie zrozum mnie źle. Niektóre rzeczy mi się podobają. Lubię duże amerykańskie samochody. Lubię amerykańską piłkę nożną. No i lubię amerykańskie kobiety z dużymi cyckami.
O nie.
· Często pan jeździ okazją? – zapytałam go.
· Jak tylko mogę.
· Nie sądzi pan, że to niebezpieczne? Przypuśćmy, że trafi pan na jakiegoś świra? Wyjął z kieszeni kaliber 22.
· Zastrzelę go. – Położył broń na stole, zamknął oczy i znowu się zaciągnął. – Mieszkasz w okolicy?
· Nie. Czasami przyjeżdżam tutaj z psem na spacer. Lubi chodzić po plaży.
· A co to za plaster na policzku?
· Zacięłam się przy goleniu. Rzucił dwudziestkę na stół i wstał.
· Zacinaj się przy goleniu. Podobasz mi się. Jesteś w porządku. A teraz możesz mnie odwieźć do domu.
Wysadziłam go przy rezydencji, która sąsiadowała z jego domem.
· Wróć tutaj jutro – powiedział. – O tej samej godzinie. Może wynajmę cię na osobistego kierowcę.
Kiedy weszliśmy do domu, babcia nakrywała do stołu. Księżyc siedział rozwalony na kanapie, oglądając telewizję.
· Hej – przywitał mnie. – Jak leci?
· Nie mogę narzekać – powiedziałam. – A co u ciebie?
· Nie wiem, facetka. Trudno uwierzyć, że już nie ma Dilera. Myślałem, że Diler jest wieczny. To znaczy, że zawsze będzie kręcił swój interes. Zawsze będzie Dile-rem. – Pokiwał głową. – To zburzyło mój świat, facetka.
· Potrzebuje jeszcze jednego piwka i trochę relaksu -orzekła babcia. – A potem będzie miła kolacja. Zawsze lubiłam towarzystwo przy posiłku. Zwłaszcza jeśli to był mężczyzna.
Nie byłam pewna, czy Księżyca można uznać za mężczyznę. Raczej za kogoś w rodzaju Piotrusia Pana. Księżyc spędzał mnóstwo czasu w krainie marzeń.
Bob wybiegł z kuchni i wetknął nos między nogi Księżyca.
· Hej, facet – powstrzymał go Księżyc. – Nie od razu na pierwszej randce, koleś.
· Kupiłam dzisiaj samochód – zawiadomiła mnie babcia. – I Księżyc przywiózł mi go pod dom. Czułam, że rozdziawiam usta.
· Ale przecież ty już masz samochód. Masz buicka wuja Sandora.
· To prawda. Nie zrozum mnie źle, ale myślę, że to syf, a nie samochód. Doszłam do wniosku, że nie pasuje do mojego nowego wizerunku. Pomyślałam, że powinnam mieć coś bardziej sportowego. Najlepsze jest to, jak do tego doszło. Louise wpadła, żeby mnie podwieźć na lekcję jazdy, i powiedziała mi, że DUer likwiduje interes. No i oczywiście natychmiast pojechałyśmy, żeby zdążyć na wyprzedaż przy Metamucil. No i kupiłyśmy tam samochód.
· Kupiłaś samochód od Dougiego?
· Chcesz się założyć? Prawdziwe cacko.
Spojrzałam groźnie na Księżyca, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Skala jego emocji kończyła się na stanie otumanienia.
· Czekaj no, aż zobaczysz brykę babci – powiedział. -To wspaniały wózek.
· Bryczka dla lasek – uściśliła babcia. – Wyglądam w niej całkiem jak Christie Brinkley.
Zapewne chodziło babci o Davida Brinkleya. Christie była jedynie wytworem jej wyobraźni. Ale jeśli dzięki temu babcia czuła się szczęśliwa, mnie to nie przeszkadzało.
· Co to za wóz?
· Corvetta – oznajmiła babcia. – Czerwona.
rozdział 8
Tak więc babcia miała czerwoną corvettę, a ja bui-cka rocznik 1953 i wielki pryszcz na policzku. Do licha, mogło być gorzej, powiedziałam sobie. Co mi tam pryszcz.
· Zresztą – oświadczyła babcia – wiem, jak lubisz bui-cka. Nie chciałam ci go zabierać.
Kiwnęłam głową, usiłując zaimprowizować coś na kształt uśmiechu.
· Przepraszam – powiedziałam. – Idę umyć ręce przed obiadem.
Poszłam spokojnie do łazienki, zamknęłam drzwi na klucz, popatrzyłam w lustro nad umywalką i pociągnęłam nosem. Łza poleciała mi z lewego oka. Weź się w garść, nakazałam sobie. To tylko syfek. Zniknie. Tak, ale co z buickiem? – zadałam sobie pytanie. Buick to prawdziwe utrapienie. Nie było żadnych widoków na to, żeby zniknął. Poleciała mi druga łza. Jesteś zbyt uczuciowa, powiedziałam do postaci w lustrze. Robisz z igły widły. Zapewne to chwilowe zachwianie równowagi hormonalnej, spowodowane brakiem snu.