Выбрать главу

· Hej – powitałam Komandosa. – Kantujesz!

Ale to nie Komandos wszedł przez otwarte drzwi. To był Morris Munson. Wyrwał alarm z klamki i wbił w niego nożyce. Alarm wydał ostatni pisk i ucichł. Babcia nadal chrapała. Bob wciąż leżał rozwalony koło kanapy. A Rex stał z natężoną uwagą, odgrywając rolę niedźwiedzia grizzly.

· Niespodzianka – powiedział Munson, zamykając drzwi i wchodząc do przedpokoju.

Mój paralizator, sprej, oślepiająca latarka i pilnik do paznokci były w torebce, która wisiała na wieszaku za Munsonem i znajdowała się poza moim zasięgiem. Rewolwer tkwił gdzieś w kanapie, ale naprawdę nie chciałam zrobić z niego użytku. Rewolwery cholernie mnie przerażają… i zabijają ludzi. Zabijanie nie zajmuje wysokiej pozycji na liście zajęć, które lubię najbardziej.

Zapewne powinnam była się ucieszyć, że widzę Mun-sona. Chcę przez to powiedzieć, że przecież i tak miałam go znaleźć, prawda? I oto on włamuje się do mojego mieszkania.

· Nie ruszaj się z miejsca – powiedziałam. – Łamiesz zasady wyjścia za kaucją, jesteś aresztowany.

· Zrujnowałaś mi życie – odparł. – Zrobiłem dla ciebie wszystko, a ty zrujnowałaś mi życie. Zabrałaś dom, samochód, meble…

· To twoja była żona, matole! Czy ja wyglądam jak twoja była żona?

· Trochę.

· Ani trochę! – Zwłaszcza że jego eksżona była trupem ze śladami kół na plecach. – Jak mnie znalazłeś?

· Kiedyś pojechałem za tobą do domu. Trudno cię nie zauważyć w tym buicku.

· Tak naprawdę nie myślisz, że jestem twoją żoną, prawda?

Jego usta zastygły w obłąkańczym grymasie.

· Nie, ale jak pomyślą, że naprawdę szajba mi odbiła, będę mógł udowodnić, że jestem wariatem. Biedny, oszalały z żalu mąż stracił nad sobą kontrolę. W tobie moja jedyna szansa. Teraz muszę tylko poderżnąć ci gardło, podpalić cię i będę w domu, wolny.

· Jesteś szalony!

· Popatrz, to już działa.

· No cóż, nie uda ci się, ponieważ jestem zawodowcem wyszkolonym w samoobronie.

· Spójrz prawdzie w oczy. Zasięgnąłem o tobie języka. Nie jesteś w niczym wyszkolona. Sprzedawałaś damskie figi, dopóki cię nie wyrzucili.

· Nie wyrzucili mnie. Zostałam zwolniona.

· Wszystko jedno. – Otworzył dłoń, chcąc mi pokazać, że ma w niej nóż sprężynowy. Nacisnął przycisk i wyskoczyło ostrze. – Jeśli zgodzisz się współpracować, nie będzie tak źle. Nie chcę cię zabić. Pomyślałem sobie, że zadam ci kilka ran kłutych, żeby dobrze wyglądało. Może odetnę ci sutek.

· Nie ma mowy!

· Posłuchaj, damulko, daj mi trochę luzu, dobra? Zmagam się z oskarżeniem o zabójstwo.

· To jest głupie. To nigdy nie wypali! Rozmawiałeś o tym z prawnikiem?

· Nie stać mnie na prawnika! Moja pochlastana żona wyczyściła mnie ze wszystkiego.

W trakcie naszej rozmowy cofałam się krok po kroku w stronę kanapy. Teraz, kiedy dowiedziałam się, że ma zamiar obciąć mi sutek, użycie broni nie wydawało mi się takim głupim pomysłem.- Tylko spokojnie – ostrzegj. – Chyba nie chcesz, żebym cię gonił po całym mieszkaniu?

· Chcę po prostu usiąść. Nie czuję się zbyt dobrze. -I nie było to dalekie od prawdy. Serce trzepotało mi w piersiach i czułam, jak włosy zaczynają stawać dęba. Klapnęłam na sofę i włożyłam rękę między poduszki. Broni nie było. Włożyłam rękę pod poduszkę obok. Też nic.

· Co robisz? – zapytał.

· Szukam papierosa – powiedziałam. – Muszę zapalić ostatniego papierosa, żeby się uspokoić.

· Zapomnij. Nadszedł czas. – Rzucił się na mnie z nożem, zrobiłam unik i nóż wbił się w poduszkę sofy.

Wrzasnęłam i zaczęłam grzebać rękami i nogami, szukając rewolweru. Znalazłam go pod środkową poduszką. Munson znowu mnie zaatakował, postrzeliłam go w stopę.

Bob otworzył jedno oko.

· Szmata! – krzyknął Munson, upuszczając nóż i trzymając się za stopę. – Szmata!

Cofnęłam się i wzięłam go na muszkę.

· Jesteś aresztowany.

· Jestem postrzelony. Jestem postrzelony. Umrę. Wykrwawię się na śmierć.

Oboje popatrzyliśmy na jego stopę. Nie chlustała z niej krew. Miał jedynie niedużą plamkę koło małego palca.

· Musiałam cię tylko drasnąć.

· Ludzie, co za kiepski strzał. Przecież prawie na mnie stałaś. Jak mogjaś nie trafić w moją stopę?

· Mam spróbować jeszcze raz?

· Wszystko na nic. Jak zawsze, zawaliłaś całą sprawę. Gdy tylko mam plan, ty go musisz zniszczyć. Wszystko sobie skalkulowałem. Miałem przyjść tutaj, odciąć ci sutek i podpalić cię. A teraz cały plan na nic. – Machnął rękami z obrzydzeniem – Kobiety! – Odwrócił się i zaczął kuśtykać w kierunku drzwi.

· Hej! – krzyknęłam. – Gdzie idziesz?

· Wychodzę. Palec u nogi wściekle mnie boli. Popatrz na mój but. Jest całkiem rozpruty. Myślisz, że buty rosną na drzewach? Widzisz, o tym właśnie mówiłem. Nie masz szacunku dla nikogo, z wyjątkiem siebie. Wy, kobiety, wszystkie jesteście takie same. Tylko brać, brać i brać. Daj mi, daj mi, daj mi.

· Nie martw się butami. Państwo na pewno sprawi ci nowe. – A także ładny pomarańczowy kombinezon i kajdanki.

· Zapomnij o tym. Nie wrócę do więzienia, dopóki wszyscy nie będą przekonani, że jestem obłąkany.

· Ja ci już nie uwierzę. Poza tym mam broń i strzelę znowu, jeśli mnie do tego zmusisz. Podniósł ręce do góry.

· Dalej, strzelaj.

Nie dość, że nie mogłam zmusić się do tego, żeby strzelić do nieuzbrojonego człowieka, to jeszcze zabrakło mi naboi. Były na mojej liście zakupów. Mleko, chleb, naboje.

Wyprzedziłam go, porwałam torebkę z wieszaka i wysypałam całą jej zawartość na podłogę, ponieważ był to najszybszy sposób znalezienia kajdanek i spreju na psy. Oboje rzuciliśmy się na porozrzucane szpargały, ale Munson wygrał. Porwał z podłogi sprej i odskoczył do drzwi.

· Jak pójdziesz za mną^ to nim prysnę – zagroził.

Obserwowałam, jak biegnie wzdłuż korytarza utykającym galopem, oszczędzając ranną stopę. Zatrzymał się przy drzwiach do windy i potrząsnął butelką ze sprejem w moim kierunku.

· Jeszcze tu wrócę – zapowiedział. – Potem wszedł do windy i zniknął.

Zamknęłam drzwi na zamek. Wspaniale… I po co mi to wszystko? Poszłam do kuchni, żeby znaleźć coś na pocieszenie. Tort zjedzony. Placek zjedzony. Nie ma żadnych ukrytych i zapomnianych batoników w ciemnych zakamarkach szafki. Alkoholu też nie ma. Ani kulek serowych. Słoik z masłem orzechowym jest pusty.

Zjedliśmy z Bobem kilka oliwek, ale w ogóle nie spełniły zadania.- Trzeba je zamrozić – powiedziałam do Boba.

Pozbierałam z podłogi w przedpokoju wszystkie szpargały i wrzuciłam z powrotem do torebki. Położyłam na ladzie zepsuty alarm, zgasiłam światło i wróciłam do łóżka. Leżałam w ciemnościach, a ostatnia groźba Munsona powracała w moich myślach jak bumerang. Nie miało znaczenia, czy naprawdę był szalony, czy tylko udawał; za kluczową sprawę uznałam to, że o mały włos nie zostałam bez sutka. Może nie powinnam kłaść się spać, dopóki nie założę zasuwy w drzwiach. Powiedział, że wróci, a ja nie wiedziałam, czy to będzie za godzinę, czy następnego dnia.

Problem polegał na tym, że nie byłam w stanie leżeć z otwartymi oczami. Próbowałam coś zaśpiewać, ale zasnęłam w połowie piosenki Dziewięćdziesiąt dziewięć butelek piwa na ścianie. Pamiętałam tylko, że zanim zasnęłam, byłam przy pięćdziesiątej butelce piwa, a potem nagle się obudziłam z uczuciem, że nie jestem w pokoju sama. Zamarłam w bezruchu, z bijącym sercem i wstrzymanym oddechem. Nie było słychać odgłosu kroków na dywanie. W powietrzu nie unosił się zapach ciała szaleńca. To tylko irracjonalne przeświadczenie, że ktoś jest na moim terenie.