Zaraz potem, bez żadnego ostrzeżenia, poczułam, jak czyjeś palce zacisnęły się na moim nadgarstku, i zostałam pobudzona do czynu. Poziom adrenaliny w moim organizmie wzrósł i rzuciłam się z kanapy na intruza. Przez chwilę leżałam przyduszona przez niego, co nie było specjalnie niemiłym doświadczeniem, ponieważ stwierdziłam, że to Komandos.
Leżeliśmy pierś przy piersi, udo przy udzie, z jego dłońmi zaciśniętymi na moich nadgarstkach. Przez chwilę tylko oddychaliśmy.
· Niezła akcja, laleczko – powiedział. I pocałował mnie.
Tym razem nie miałam wątpliwości co do jego intencji. To nie był sposób, w który całuje się na przykład kuzynkę. Był to raczej sposób, w który mężczyzna całuje kobietę, kiedy chce zedrzeć z niej ubranie i sprawić, żeby zaśpiewała swój hymn.
Pocałował mnie jeszcze mocniej, a jego dłonie powędrowały pod mój podkoszulek i zaczęły błądzić po brzuchu. Dzięki Bogu, że jeszcze miałam obydwa sutki! Elektryzujący powiew gorąca sprawił, że nabrzmiały.
Drzwi od sypialni otwarły się z hukiem i wyjrzała z nich babcia.
· Hej tam, wszystko w porządku? Wspaniale! Teraz akurat się obudziła!
· Tak. Wszystko gra – powiedziałam.
· Czy to Komandos leży na tobie?
· Pokazywał mi właśnie jeden z chwytów samoobrony.
· Nie miałabym nic przeciwko nauce samoobrony -oświadczyła babcia.
· Właśnie skończyliśmy.
Komandos stoczył się ze mnie i położył się na plecach.
· Gdyby nie była twoją babcią, tobym ją zastrzelił.
· Kurza twarz – zaklęła babcia. – Zawsze najlepsze kawałki przechodzą mi koło nosa. Wstałam i poprawiłam koszulkę.
· Nie straciłaś wiele. Miałam właśnie zamiar zrobić czekoladę na gorąco. Chcesz filiżankę?
· Jasne – powiedziała babcia. – Pójdę włożyć szlafrok.
Komandos spojrzał na mnie. W pokoju panował mrok, tylko wąska strużka światła padała z otwartych drzwi do sypialni. Jednak było na tyle jasno, że dostrzegłam uśmiech na jego ustach i groźny wzrok.
· Ocalona przez babcię.
· Napijesz się gorącej czekolady? Poszedł za mną do kuchni.
· Dalej.
Dałam mu kartkę z rysunkiem.
· Szkic, który chciałeś.
· Chcesz mi powiedzieć o czymś jeszcze? Wiedział o Alexandrze Ramosie.- Skąd wiesz?
· Obserwowałem dom przy plaży. Widziałem, jak Ra-mos wsiadał do twojego samochodu.
Nalałam mleka do dwóch kubków i wstawiłam je do mikrofali.
· O co w tym wszystkim chodzi? Zatrzymał mnie, żeby wyłudzić papierosa.
Komandos uśmiechnął się.
· Czy kiedykolwiek próbowałaś rzucić palenie? Pokręciłam głową.
· To nie zrozumiesz tego.
· Paliłeś?
· Robiłem wszystko. – Wziął z lady wykrywacz ruchu i obrócił go w dłoni. – Zauważyłem zerwany łańcuch przy drzwiach.
· Dzisiaj w nocy nie jesteś moim jedynym gościem.
· Co się stało?
· Taki jeden, który się nie stawił, włamał się do mojego mieszkania. Postrzeliłam go w stopę i poszedł sobie.
· Zdaje się, że nie czytałaś Podręcznika dla łowców nagród. Naszym zadaniem jest łapać dych kolesiów i pakować ich z powrotem do więzienia.
Wsypałam czekoladę do gorącego mleka.
· Ramos chce, żebym dzisiaj znowu tam była. Zaoferował mi posadę osobistego przemytnika papierosów.
· To nie jest praca dla ciebie. Alexander potrafi zachowywać się gwałtownie, dziwacznie i paranoidalnie. Ma zapisane leki, ale nie zawsze je bierze. Hannibal wynajął ochroniarzy, żeby mieli go na oku, ale on robi facetów w konia. Wymyka się spod ich kontroli, kiedy tylko nadarza się okazja. Między Hannibalem a Alexandrem trwa próba sił, a ty przecież nie chcesz dostać się w krzyżowy ogień.
· Czyż to nie jest miłe? – zachwyciła się babcia, człapiąc do kuchni i porywając kubek czekolady. – Mieszkanie z tobą jest prawdziwą frajdą. Kiedy mieszkałam z twoją matką, w środku nocy nigdy nie odwiedzali nas mężczyźni.
Komandos odłożył alarm na ladę.
· Muszę iść. Miłego picia czekolady. Odprowadziłam go do drzwi.
· Czy mam coś jeszcze dla ciebie zrobić? Sprawdzić pocztę? Podlać kwiatki?
· Pocztę przekazują mojemu prawnikowi. A kwiatki podlewam sam.
· Więc czujesz się dobrze w swojej jaskini Batmana?
W kącikach jego ust pojawił się cień uśmiechu. Pochylił się do przodu i pocałował mnie w kark, tuż nad wycięciem podkoszulka.
· Słodkich snów.
Zanim wyszedł, pożegnał się z babcią, która była jeszcze w kuchni.
· Cóż za miły i uprzejmy młody człowiek – orzekła babcia. – No i nieźle przypakowany.
Zajrzałam do szafy babci, znalazłam butelkę alkoholu i dolałam trochę do mojej czekolady.
Nazajutrz rano obie z babcią miałyśmy kaca.
· Nie mogę pić czekolady tak późno w nocy – powiedziała babcia. – Czuję się tak, jakby za chwilę miały mi eksplodować oczy. Może powinnam zrobić sobie badania na jaskrę.
· A może raczej powinnaś sprawdzić poziom alkoholu we krwi?
Połknęłam kilka tabletek aspiryny i powlokłam się na parking. Byli tam już Habib i Mitchell, którzy czekali na mnie w minivanie z dwoma fotelikami dla dzieci na tylnym siedzeniu, ale bez dzieci.
· Niezły samochód zwiadowczy – powiedziałam. -Świetnie się nadaje.
· Nie zaczynaj – ostrzegł Mitchell. – Nie jestem w nastroju.
Spojrzał na mnie złowrogo.
· Ułatwię wam życie, żebyście się nie zgubili, i powiem, że najpierw jadę do biura.- Nienawidzę tego miejsca – powiedział Habib. – Jest przeklęte! To dzieło diabła!
Pojechałam do biura i zaparkowałam przed wejściem. Habib zatrzymał się kawałek dalej i nie wyłączył silnika.
· Cześć, przyjaciółko – powitała mnie Lula. – A gdzie Bob?
· Został z babcią. Śpią.
· Wydaje mi się, że ty też powinnaś się przespać. Wyglądasz potwornie. Jeśli reszta twojej twarzy byłaby tak czarna, jak twoje cienie pod oczami, to mogłabyś zamieszkać w moim sąsiedztwie. Oczywiście dobra wiadomość jest taka, że dzięki tym czarnym cieniom i przekrwionym oczom prawie nie widać tego wielkiego, paskudnego pryszcza.
A naprawdę dobrą wiadomością było to, że dzisiaj jeszcze nie zwróciłam na ten pryszcz uwagi. To zabawne, że taka drobnostka, jak groźba utraty życia, może zmniejszyć znaczenie pryszcza. Dzisiaj najbardziej zależało mi na schwytaniu Munsona. Nie chciałam zaliczyć kolejnej bezsennej nocy ze strachu, że stanę w płomieniach.
· Mam przeczucie, że Morris Munson wrócił dzisiaj rano do swojego domu – powiedziałam do Luli. – Jadę tam i mam zamiar go zdeptać.
· Jadę z tobą. Nie mam nic przeciwko temu, żeby kogoś dzisiaj zdeptać. Jestem dzisiaj naprawdę w nastroju do deptania.
Wyjęłam broń z torebki.
· Wygląda na to, że nie mam naboi – powiedziałam do Connie. – Masz gdzieś zapasowe? Yinnie wyjrzał z gabinetu.
· Wkładasz naboje do rewolweru? Czy ja dobrze słyszałem? A cóż to za okazja?
· Często miewam naładowany rewolwer – oświadczyłam, mrużąc oczy, i wkurzyłam się. – Właśnie ostatniej nocy kogoś postrzeliłam.
Wszystkim zaparło dech.
· Kogo postrzeliłaś? – zapytała Lula.
· Morrisa Munsona. Włamał się do mojego mieszkania.