Выбрать главу

– Nadal masz zamiar się wyprowadzić? – zapytałam babcię.

– Jasne. Już powiedziałam o tym twojej matce. A Louise Greeber przychodzi dzisiaj po południu, żeby mi pomóc. Nie musisz się niczym przejmować. To miło z twojej strony, że zgodziłaś się, żebym z tobą mieszkała. Doceniam to, ale muszę czasem trochę się zdrzemnąć. Nie wiem, jak ty w ogóle funkcjonujesz, śpiąc tak mało.

– No dobrze – powiedziałam. – Widzę, że już się zdecydowałaś. – Może ja też zapalę świeczkę.

Bob przywitał nas, kiedy weszłyśmy do domu.

– Zdaje się, że Bob chce zrobić… no wiesz co – zauważyła babcia.

Zeszłam więc z Bobem na parking. Mitchell i Habib siedzieli w samochodzie, cierpliwie czekając, aż doprowadzę ich do Komandosa, a teraz dołączyła do nich również Joyce. Odwróciłam się, weszłam z powrotem do budynku i wyszłam frontowymi drzwiami. Ruszyłam z Bobem wzdłuż ulicy i zawróciliśmy do dzielnicy małych domków jednorodzinnych, która znajdowała się w sąsiedztwie. Bob zrobił no wiecie co jakieś czterdzieści lub pięćdziesiąt razy w ciągu pięciu minut i znów poszliśmy w kierunku domu.

Nagle jakieś dwa domy przede mną wyjechał zza rogu czarny mercedes i serce mi załomotało. Mercedes podjechał bliżej i teraz serce zamarło mi w piersiach. Były tylko dwie możliwości: handlarz narkotykami lub Komandos. Samochód zatrzymał się koło mnie i Komandos lekko kiwnął głową, co miało oznaczać: „Wsiadaj".

Wpakowałam Boba na tylne siedzenie i wślizgnęłam się na miejsce koło Komandosa.

– Na moim parkingu czeka troje ludzi, którzy chcieliby się ciebie pozbyć – oznajmiłam. Co cię tutaj sprowadza?

– Chcę z tobą pogadać.

Umiejętność włamywania się do mieszkań to jedno, ale zdolność przewidywania, co robię w danym momencie dnia, to już całkiem inna historia. – Skąd wiedziałeś, że jestem na spacerze z Bobem? Co, masz jakieś kontakty z siłami nadprzyrodzonymi?

– Nic nadzwyczajnego. Zadzwoniłem i twoja babcia zdradziła mi, że wyszłaś z psem na spacer.

– O rany, co za rozczarowanie. Za chwilę powiesz mi, że nie jesteś Supermanem. Komandos uśmiechnął się.

– Chciałabyś, żebym był Supermanem? Spędź ze mną noc.

– Peszysz mnie – powiedziałam.

– Sprytne – rzekł z uznaniem Komandos.

– O czym chciałeś ze mną pogadać?

– Chciałbym zakończyć naszą współpracę.

Moje zmieszanie zniknęło i zastąpił je zalążek jakiegoś negatywnego uczucia, które usadowiło się na dnie mojego żołądka.

– Dobiliście targu z Morellim, prawda?

– Osiągnęliśmy porozumienie.

Zostałam wykluczona ze sprawy, odepchnięta na bok, wyrzucona za burtę jak niepotrzebny balast. Albo nawet gorzej, jak źródło kłopotów. W ciągu trzech sekund moje uczucia przegalopowały od zwątpienia do totalnej furii.

– To był pomysł Morellego?

– To mój pomysł. Hannibal cię widział. Alexander cię widział. A teraz połowa policjantów w Trenton wie, że włamałaś się do domu Hannibala i znalazłaś w garażu młodego Macaroniego.

– Morelli ci o tym powiedział?

– Wszyscy o tym mówią. Na mojej sekretarce nie ma już miejsca. Dalsze uczestniczenie w tej sprawie jest dla ciebie zbyt niebezpieczne. Obawiam się, że Hannibal połączy fakty i przyjdzie po ciebie.

– Można się załamać.

– Naprawdę posadziłaś faceta na krześle ogrodowym?

– Owszem. A tak przy okazji, zabiłeś go?

– Nie. Kiedy tam byłem, w garażu nie było porsche. Ani Macaroniego.

– Jak pokonałeś system alarmowy?

– Tak samo jak ty. Alarm był wyłączony. – Popatrzył na zegarek. – Czas na mnie.

Otworzyłam drzwi i zaczęłam wysiadać. Komandos chwycił mnie za nadgarstek.

– Nie jesteś zbyt dobra w wykonywaniu rozkazów, ale tym razem mnie posłuchasz, prawda? Odejdziesz. I będziesz ostrożna.

Westchnęłam, wysiadłam z samochodu i wyciągnęłam Boba z tylnego siedzenia.

– Tylko upewnij się, że Joyce cię nie złapie. To zamieniłoby dzisiejszy dzień w całkowitą ruinę.

Zostawiłam Boba w mieszkaniu, zabrałam kluczyki i torebkę i zeszłam na dół schodami. Jechałam gdzieś. Gdziekolwiek. Znalazłam się w takim dołku, że nie mogłam usiedzieć w domu. Naprawdę moja depresja nie była spowodowana wyłącznie tym, że mnie wykluczyli ze sprawy. Nie mogłam znieść, że wykluczyli mnie z niej za głupotę. Spadłam z drzewa, na miłość boską. A potem posadziłam Macaroniego na krześle. Chodzi o to, do jakich głupstw człowiek jest zdolny.

Muszę coś zjeść, pomyślałam. Lody. Polanę gorącym karmelem. I bitą śmietaną. W centrum handlowym jest lodziarnia, w której robią porcję czterosobową. Tego właśnie mi trzeba. Megalodów.

Wsiadłam do Wielkiego Błękitu, a Mitchell za mną.

– Przepraszam? – powiedziałam. – Czy to ma być randka?

– Chciałabyś – odparł Mitchell. – Pan Stolle chce z tobą pogadać.

– Wiesz co? Nie jestem w nastroju do rozmów z panem Stolle'em. Nie jestem w nastroju do rozmów z nikim, włącznie z tobą. Mam nadzieję, że nie potraktujesz tego osobiście, ale wynoś się z mojego samochodu.

Mitchell wyciągnął broń.

– Musisz zmienić nastrój.

– Strzeliłbyś do mnie?

– Nie traktuj tego osobiście – powiedział Mitchell.Sklep z dywanami „Art's" znajduje się w dzielnicy Ha-milton, która ma charakter typowo handlowy, przy trasie 33, niedaleko Five Points, i nie różni się niczym od innych firm na tej samej ulicy, z wyjątkiem błyszczącego szyldu w jaskrawozielonym kolorze; można go dostrzec nawet z Rhode Island. To jednopiętrowy budynek z dużymi witrynami, obwieszczającymi doroczną wyprzedaż. Byłam w tym sklepie wiele razy, podobnie jak każdy mężczyzna, kobieta czy dziecko w New Jersey. Nigdy niczego nie kupiłam, ale kusiło mnie. Oferowano tu korzystne ceny.

Zaparkowałam buicka przed sklepem. Habib postawił lincolna tuż obok. A Joyce zaparkowała koło lin-colna.

– Czego chce Stolle? – zapytałam. – Chyba nie ma zamiaru mnie zabić?

– Pan Stolle nikogo nie zabija. Wynajmuje ludzi do tej roboty. On chce tylko porozmawiać. To wszystko, co mi powiedział.

W sklepie były dwie klientki. Wyglądały na matkę i córkę. Sprzedawca skakał koło nich. Weszliśmy do środka z Mitchellem, który zaprowadził mnie, klucząc pośród stert dywanów i ekspozycji kilimów, do biura na tyłach sklepu.

Stolle liczył koło czterdziestu pięciu lat i był dobrze zbudowany. Miał klatę jak szafa i szeroką szczękę. Na sobie – tandetny sweter i spodnie od dresu. Wyciągnął rękę i na jego twarzy pojawił się uśmiech kupca.

– Będę na zewnątrz – powiedział Mitchell i zamknął drzwi, zostawiając mnie sam na sam ze Stolle'em.

– Podobno jesteś dość sprytną dziewczyną – zaczął Stolle. – Słyszałem o tobie coś niecoś.

– Mhm.

– Więc jak to się dzieje, że nie masz szczęścia w przypadku Manosa?

– Nie jestem aż tak sprytna. A Komandos nie zbliży się do mnie, dopóki w pobliżu będą Mitchell i Habib. Stolle uśmiechnął się.

– Szczerze mówiąc, nigdy nie Uczyłem na to, że wydasz nam Manosa. Ale, u diabła, kto nie gra, ten nie wygrywa, prawda?

Nie odpowiedziałam.

– Skoro, niestety, nie udało nam się tego zrobić najprostszym sposobem, będziemy musieli spróbować inaczej. Wyślemy wiadomość twojemu przyjacielowi. Nie chce ze mną rozmawiać? Dobra. Chce być nieuchwytny? W porządku. A wiesz dlaczego? Bo mamy ciebie. Kiedy całkiem stracę cierpliwość, a mało mi już brakuje, zrobimy krzywdę tobie. A Manoso będzie wiedział, że mógł temu zapobiec.

Całkowicie mnie zatkało. Takiego rozwiązania nie brałam pod uwagę.

– On nie jest moim przyjacielem – sprostowałam. -Przeceniasz to, ile dla niego znaczę.