Выбрать главу

– Jachim.

Podniósł głowę.

–  Co?

–  Idę.

–  Gdzie?

– Zostań. Wrócę, to ci powiem. Może już… – Tak?

–  Nic. – Witschko strzepnął do wnętrza dłoni popiół z papierosa. Uśmiechnął się krzywo.

Smithowi mocniej zabiło serce.

–  On?

– Siedź.

–  On? Powiedz. Czy…

–  Siedź, do cholery. Cóżeś taki zrywny? Gdzie ci się tak śpieszy, do piachu?

Został sam i wtedy zauważył ludzi. Stracił dystans: nagle, bez ostrzeżenia, bez stanów pośrednich. Trzask: zalała go fala empatii. Jadł jabłko: stare, zasuszone, zapewne robaczywe. Podeszła dziewczynka i poprosiła o kawałek. Wyjął scyzoryk, odciął. Aż mimowolnie otworzyła ze zdumienia usta, nie liczyła na spełnienie prośby. Przyjęła poczęstunek spoglądając na Smitha z zaciekawieniem. Na oko nie miała więcej jak dziewięć lat, ale najprawdopodobniej była starsza: tutaj dzieci nie rozwijały się całkiem prawidłowo – może z winy ziemi i powietrza przeżartych skażeniem z wojny bolszewickiej, może z winy aktualnej wojny.

–  Ma pan jeszcze?

–  Nie.

–  Mama by kupiła.

–  Nie mam.

–  Aha.

Przyjrzał się jej ubiorowi. Charakterystyczne: każda rzecz z innej parafii. Połatane szarogranatowe spodnie od jakiegoś kombinezu, cokolwiek za duże; ubłocone tenisówki, z długimi, czarnymi sznurowadłami, na modłę sandałowych rzemieni rzymskich legionistów oplatającymi ciasno nogi powyżej kostek; prujący się różowy sweterek, za mały, też niezbyt czysty; na nim górna część dresu o obciętych rękawach; na lewej dłoni wełniana rękawiczka, dziurawa, w kolorze jednolitego brudu. Dziewczynka miała jasne włosy, przewiązane jakąś spłowiałą chustą – jasne włosy i ciemne oczy, ciemną twarz, całą jakby w starych smugach olejnego smaru.

– Głodna?

– Bo co?

–  Nic – zreflektował się. Nie mógł zacząć tak po prostu rozdawać jedzenia, natychmiast zwróciłby na siebie uwagę. Ta zima była ciężka, lecz wędrując ze Ślązakiem przez kraj, jakoś nie widział konających z głodu; ale głód ma wiele twarzy, a on, urodzony i wychowany w świecie sytości, znał jedynie komiksowe wersje Jeźdźców Apokalipsy, myślał ekstremami, szokującymi ujęciami kamery. A nikt by nie otrzymał nagrody za sfotografowanie tej dziewczynki: ani nie była kościście chuda, ani śmiertelnie ranna, ani też sama nie zabijała i nie zadawała okrutnych ran, nie zaliczała się również do owych niezmiernie fotogenicznych nieletnich ofiar choroby popromiennej -a jednak to w jej oczach, na jej twarzy zalegał ciężki cień nadchodzącego Armageddonu.

–  Jak masz na imię?

–  Wiera. – Odgryzła kolejny kęs jabłka. – Dokąd pan idzie?

–  A tak, robotę jakąś znaleźć.

–  Do Niemców?

–  Ano. Na Śląsk.

–  Ma pan pieniądze?

–  Podobno czasami puszczają darmo. Skrzywiła się.

–  Pan w to wierzy? Wszyscy biorą.

–  Się zobaczy.

Bez przekonania skinęła głową. Splunęła pestką i usiadła obok Smitha, opierając się o beton i podciągając kolana pod brodę.

–  Mama mówi, że teraz to już koniec. Nie zrozumiał.

–  Koniec?

–  Noo, wezmą się za łby, a potem przyjdą Chińczyki. – A Ruskie?

–  Co Ruskie? – prychnęła. – Dadzą im wódkę i będzie spokój.

Smith chichotał w duchu, słuchając tej analizy politologicznej.

–  A tata? – spytał.

–  Co?

–  Noo, co on na ten temat sądzi?

–  Ee, panie, mojego tatę to już trzy lata temu zabrali.

–  Zabrali?

– Nie żyje, nie żyje. – Przyłożyła dłoń z palcami ułożonymi w pistolet do swojej skroni. – Puf! Wie pan, jak wtedy mózg wylatuje? Taki szary budyń na ścianie. Ale czasami kula ugrzęźnie w środku i wtedy nic nie widać. Ale z włoda to serią i wtedy głowy w ogóle nie ma. Bum-bum-bum! A ja kiedyś strzelałam… wie pan, jak to kopie? Mało mi z ręki nie wyskoczył. Strzelał pan kiedyś? Brat mówi, że najlepsze są te snajperskie. Człowiek idzie sobie pustą ulicą, a tu nagle nie wiadomo skąd… i załatwiony! Fajne, nie? Ale jeszcze lepsze są granaty. Znaleźliśmy kiedyś z bratem… O rany, mama mnie woła, muszę lecieć. -Poderwała się i odbiegła.

Nie patrzył za nią. Czuł się winny, że w ogóle z nią rozmawiał. Miał zamęt w głowie, nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Przebywał tu już wystarczająco długo, by nie posługiwać się kategoriami urazów psychicznych i traum dziecinnych; lecz na ich miejsce nie znalazł żadnych innych narzędzi. W efekcie po prostu brakowało mu słów i świat rozpadał się na kawałki, nieopisywalny. Ludzie, przedmioty, idee – wszystko się rozmywało. Ta dziewczynka – mój Boże, ta dziewczynka… przecież ona w żadnym razie nie jest chora, to dla niej całkowicie naturalne.

I tak na cokolwiek by nie spojrzał. Normalność nienormalności. Potrzeba nowych słów, nowych myśli. Ale miał tylko stare.

Patrzył i słuchał już bez wyimaginowanego kołpaka na głowie. Dom Partii kubaturą odpowiadał średniowiecznym katedrom i mniej więcej tyle samo słońca do środka wpuszczał. Kłębiło się tu, w zimnym półmroku, ponad tysiąc osób. Tych bardziej odległych widział już tylko cieniami. W kątach, przy nie doburzonych ścianach, poustawiano niskie i wąskie łóżka, coś jakby prycze, na których leżeli chorzy. Od świeżego cmentarza, w jaki przemienił się miejski park, dzieliło ich nie więcej, jak kilkadziesiąt metrów; nie była to dobra wróżba. Przy chorych żadnych lekarzy; tylko rodzina, a i to nie zawsze. Niewykluczone, że ktoś tam właśnie kona w samotności, a tuż obok bawią się dzieci. Przy filarze kilku starców rżnie w karty – oczywiście na pieniądze i oczywiście są to niemieckie marki, bo przecież nie ruble, zżerane przez hiperinflację z prędkością ponaddźwiękową. W cienistym wnętrzu unosi się szum przyciszonych rozmów: rozmawia się tak, by nie zwracać uwagi, niemal szeptem, nawet matki wołające dzieci, bo już pora spać, nawet one czynią to jakimś zduszonym głosem, jakby w obawie poniesienia srogiej kary za podniesienie poziomu dźwięków, choć wszak nie ma tu żadnych strażników, żadnych żołnierzy, żadnych oficjeli, tu sami uchodźcy. A mimo to rozmawia się po rosyjsku. Z perspektywy Nowego Jorku wydawało mu się to kolejnym sztucznym przymusem, powszechnie omijanym -wszak od śmierci Stalina nie groził już stryczek za użycie języka polskiego – tymczasem okazało się zmianą bodaj najtrwalszą. Są takie dzieci, mówił Ślązak z jakimś gorzkim niesmakiem, są takie dzieci, co to już w ogóle: tylko ruski. Z perspektywy Nowego Jorku wydawało się to zgoła niemożliwe. Trzy czwarte wieku – czy to aż tak wiele? Czy to naprawdę tak wiele? A przecież wystarczy się chwilę zastanowić, by pojąć, iż z ludzi, którzy polskiego nauczyli się w dzieciństwie jako języka, jeśli nie ojczystego, to w każdym razie rodzinnego, dziś już żyją jedynie ostatnie niedobitki; że pokoleniem dzisiaj dominującym jest pokolenie ludzi śniących po nocach krwawe koszmary, iż w miejscu publicznym wymknęło im się choć pół zdania po polsku. Można potępiać okrucieństwo takich metod, lecz przecież nikt nie neguje ich skuteczności.