Выбрать главу

I wtem, jakby w komentarzu do swych rozważań, posłyszał puszczoną z magnetofonu o trzeszczącym głośniku – polską piosenkę. Obdarzony wyjątkowo niskim głosem mężczyzna smętnie zawodził przy akompaniamencie rozstrojonej mandoliny; fatalnie było to nagrane. Smith nie znał tego kawałka, chociaż słyszał już wiele jemu podobnych kiczowatych pieśnideł ciągniętych na nutę ludowych przyśpiewek.

Czarnej Zośce czarne kwiaty,

Czarnej Zośce czarny bez,

Słodki całus piegowatej,

Zezowatej strumień łez.

Dobre słowa cichej żonie,

Cichej żonie tysiąc słów,

A kochankom, słowo o niej

I złą prawdę;

bowiem znów -Tak, to będzie długie lato:

Tego lata zadrży świat…

Obudził go Witschko, potrząsając za ramię. – C-co…?

–  Zbieraj się, idziemy.

Smith momentalnie oprzytomniał. Był wczesny ranek, a sądząc po kącie padania promieni słonecznych – ledwie świtało. Pozbierał swoje rzeczy, zarzucił na bark plecak. Ludzie pogrążeni byli we śnie, nikt nie patrzył. W drzwiach minęli się z rozespaną kobietą, wracającą od przycmentarnych dołów kloacznych.

Na werandzie Smith złapał przemytnika za rękę.

–  Tak – odparł Ślązak, zanim Amerykanin zadał pytanie.

Poszli.

Na rogatkach była zapora, stał tam transporter opancerzony, na nim wylegiwało się dwóch Ruskich, trzeci siedział w trawie obok i zajadał kiełbasę, popijając jakimś mętnym płynem z brudnej flaszki o wyszczerbionej szyjce. Przy nim rozłożyło się trzech młodych mężczyzn w cywilu, grali w karty i opowiadali sobie dowcipy, sołdat z kiełbasą częstował ich chlebem i cebulą. Czwarty z obsługi transportera, rozebrany do szarego podkoszulka, stał przy zaporze i palił papierosa. Przewieszony przez jego ramię włod kołysał się przy każdym zaciągnięciu, zatknięte za pas charakterystyczne kwadratowe magazynki puszczały w pobliski las ostre zajączki z odbitych promieni zbliżającego się do zenitu słońca. Słowem: sielanka wojenna.

Witschko podszedł do palacza i zamienił z nim kilka słów. Ten odwrócił się i zawołał w stronę karciarzy. Niechętnie się pozbierali, schowali karty, podnieśli plecaki; pożegnali się z żołnierzami i podeszli do Ślązaka.

Smith obserwował to wszystko zza pierwszych drzew lasu i kiedy potem spotkał się z grupą za zakrętem szosy, spytał o tych Ruskich.

–  Fajne chłopaki – powiedział ryży. Tymczasem Witschko zbierał się do odejścia.

–  Zobaczymy się jeszcze kiedyś? – zagadnął go Amerykanin.

Przemytnik po swojemu wzruszył ramionami.

–  Wątpię – mruknął, uścisnął mu rękę i odszedł. Trzech młodzieńców odprowadziło go spojrzeniami.

–  Stary skurwysyn – skrzeknął ostrzyżony na łyso. Smith poczuł, że czas przejąć kontrolę nad sytuacją.

–  Smith – rzekł, wyciągając dłoń.

Obawiał się, że z jakiegoś powodu zignorują ten gest, ale niepotrzebnie. Ryży zajął się przedstawianiem.

–  Jan, Michał, Andrzej. – On był Michał, Andrzej to ponury łysol, a Jan to ten trzeci, chudy brodacz z blizną nad okiem.

Smitha zaciekawiła wymowa imion, czysto polska; sam ich dobór też mu się z czymś niejasno kojarzył. Zaśmiali się, gdy zapytał.

–  Oczywiście, że co innego w papierach! Imienna ustawa, wiesz przecież. Ale to są nasze prawdziwe imiona.

Faktycznie, wiedział. W dwudziestym czwartym, równo z ustawą językową, weszła w życie ustawa imienna, nakazująca nadawanie dzieciom jedynie imion znajdujących się w oficjalnym sowieckim rejestrze, zmieniano nawet nazbyt polskie otczestwa. Tak więc ta trójka w bumagi wpisane miała zapewne jakichś Iwanów, Aleksiejów, Michaiłów. Od wybuchu powstania przez Republikę Nadwiślańską przewaliła się prawdziwa fala reimionizacji, zrobiła się z tego po prostu moda.

– A ja jestem Jachim Weltzmann – powiedział Smith. – Żyd repatriowany z Syberii.

Bardzo dobrze – skinął głową ryży Michał. – Bardzo dobrze. Sprzęt w plecaku?

– Aha.

–  To już gorzej. – Poskubał sobie brew. – No nic, coś wykombinuj emy.

–  Gdzie jest Wyżryn?

–  Powoli, powoli.

–  Mówią, że ruszył z Bałkanów.

–  Wiosna w końcu.

–  A słyszeliście, że Czerniszewski nie żyje?

–  Co, znowu? – skrzywił się Andrzej. – Ten Posmiertcow nie ma w ogóle wyczucia. Ile w końcu można? Istny kabaret z tego zrobił.

Posmiertcow był ministrem obrony Rosji. Michał spojrzał w niebo.

–  No to pójdziemy. Ładny dzionek. Co będziemy tu sterczeć jak stare dzięcioły.

Machnął na Andrzeja i ponurak ruszył naprzód, zapewne jako czujka. Smith z dwoma pozostałymi wkrótce stracili go z oczu, zresztą początkowo maszerowali bardzo powoli, pozwalając tamtemu wysforować się na odpowiednią odległość. Później jednak narzucili mordercze tempo.

–  Macie broń? – rzucił Smith w przerwie pomiędzy kolejnymi sapnięciami.

–  Daj spokój – poradził mu przez ramię Michał, który szedł kilka kroków z przodu.

Smith jednak nie dał spokoju i po chwili zagadnął milczącego dotąd Jana, towarzyszącego mu z prawej.

–  Daleko to? Ile dni? Tamten wzruszył ramionami.

W końcu Amerykanin zrezygnował, szkoda mu było tchu. Dopiero jak przystanęli na krótki odpoczynek przy strumieniu, spróbował ponownie.

–  A w ogóle spotkałeś go kiedyś?

Jan uśmiechnął się do niego, mrugnął porozumiewawczo, podciągnął swetr i wyszarpnął ze spodni kraciastą koszulę, ukazując czarny T-shirt z logo MGM, srebrnym nadrukiem: NIEUCHWYTNY XAVRAS oraz zdjęciem Johna Fourtree w roli Xavrasa Wyżryna; za aktorem kłębiły się czerwonożółte płomienie, pędził czołg, biegło kilku facetów strzelających z biodra z włodów, a sam zabójczo przystojny Fourtree, w podartej panterce, ryngrafie z Matką Boską na piersi, z kawaleryjską szablą przy boku i ze straszliwych rozmiarów granatnikiem w ręce, uśmiechał się drapieżnie do obiektywu.