Выбрать главу

Wielka wojna bolszewicka zdziesiątkowała również tych, którzy pozostali. Ślimaczny front przesuwał się po środkowoeuropejskiej równinie w tę i we w tę, w latach 1935-44 kilkakrotnie opierając się to na Odrze, to na Bugu; do tej pory wykopują tu przeróżne zardzewiałe żelastwa wojenne, niewypały, szkielety żołnierzy niemieckich, francuskich, rosyjskich, gdzieniegdzie nawet brytyjskich. Tę ziemię Zwierzę upodobało sobie szczególnie. Trudno stąpnąć, by nie odezwały się duchy nie pogrzebanych wojowników ze wszystkich czasów.

Gdyby Rosja była mniejsza… gdyby nie władała tak wielkimi połaciami lądu, gdyby nie posiadała do swej dyspozycji takich mas ludzkich… niezmierzone otchłanie tajemnicy… Ale słowo: „Rosja" zawiera w sobie i to, nawet jeśli chwilowo jest zakazane. Von Gausberg nie miał wyjścia, musiał liczyć na korzystny pokój, nie mógł ciągnąć tej wojny na wyniszczenie, pomimo niewątpliwej przewagi w postaci bomby atomowej – Rosja opierała się na Uralu, na Azji, a co za plecami miała Rzesza? Francję, z którą chwilowy sojusz załamać mógł się w każdej chwili pod ciężarem zadawnionych urazów; Wielką Brytanię, dla której wojna bolszewicka stanowiła głównie okazję do wzmocnienia swej pozycji w koloniach; zimne morze. Więc nie uderzono w Moskwę – bomby spadły natomiast na Kijów, Warszawę i Leningrad.

To wszystko żyje w Xavrasie Wyżrynie. On przecież urodził się wewnątrz Atomowego Trójkąta, i jako jedyny z siedmiorga rodzeństwa dotrwał wieku dojrzałego, bo pozostałych wykosiła Stara Promienista, jak ją tutaj zwą. To wszystko żyje w nim. Pierworodny Michała Wyżryna, hydraulika z Zamościa, przyszedł na świat czwartego kwietnia 1944. Szkołę podstawową ukończył z ocenami, oględnie mówiąc, przeciętnymi; w trzyletniej leninówce było już lepiej. Odsłużywszy obowiązkowe pięć lat w Armii Czerwonej, kiedy awansował do stopnia młodszego sierżanta, trafił do szkoły oficerskiej, aby kontynuować tak świetnie rozpoczętą karierę wojskową. Na roczniku plasował się w górnych warstwach drugiej połowy rankingu elewów. Podobnie w okresie służby zawodowej – nie odznaczał się niczym szczególnym. Wszelako koledzy z wojsk rakietowych wspominają go jako osobę cieszącą się wyjątkową sympatią otoczenia, organizatora nocnego życia jednostki i pułkowego Casanovę – a było to już po śmierci jego żony, która wkrótce po ślubie zmarła w czasie porodu; najwyraźniej szybko pocieszył się po jej stracie. W hierarchii służbowej piął się powoli zgodnie z harmonogramem dla nie-Rosjan, opartym na liczniku lat odsłużonych. Odznaczenia również otrzymywał tylko przewidziane zwyczajem. Do momentu śmierci Stalina i intronizacji Syna Mahometa dociągnął do stopnia kapitana..Podczas pierwszej rewolty nie opowiedział się po żadnej ze stron. Data jego dezercji zbiega się z rozpoczęciem Czarnej Dżihad i początkiem ekspansji Europejskiej Strefy Wojennej. Podobnie jak wielu zawodowych oficerów Armii Czerwonej polskiego pochodzenia, zebrał swój własny partyzancki oddział i mianował się pułkownikiem. Imię jego stało się głośne po brawurowym rajdzie na Kraków, pierwszym oblężeniu stolicy republiki; wtedy też upowszechnił się jego pseudonim – Xavras – wzięty z komiksowej historii greckiego bohatera wojen domowych, którego omijały kule, bomby i noże zamachowców. Odtąd o Nieuchwytnym Xavrasie Wyżrynie głośno było niemal bez przerwy; gdzie nie stąpnął, tam trupy i krew, zgliszcza i dym, wszystko to w telewizji bardzo malownicze, a on kamer nie unikał…

–  Cóżeś się tak zamyślił? Lepiej patrz, gdzie leziesz, bo jeszcze na minę wdepniesz.

–  Co wy z tymi minami, obsesję jakąś macie, kto by je kładł w środku lasu, tak bez sensu…

–  Wszędzie je kładą, a już te plastiki to możesz nawet w dziupli znaleźć. Potrzebujesz paru trupów, żeby się nauczyć?

–  Zejdź już ze mnie…

–  Nie jęcz, nie jęcz, jeszcze pół godzinki, potem pójdziemy w doliny. I w ogóle cicho bądź, po lesie niesie jak cholera.

Zeszli w głąb wąwozu, Andrzej i Michał z przodu, Smith coraz bardziej zostający z tyłu; Jan szedł jako czujka, nie widzieli go od rana. Ściemniło się, zbocza i drzewa przesłaniały niebo. Wąwóz skręcał.

Dwóch żołnierzy z włodami na ramionach. Omal na nich nie wpadli. Obustronna konsternacja, wytrzeszczają na siebie oczy w niemym zdumieniu, Smith z wrażenia aż wstrzymał oddech.

–  Co wy… – zaczął sołdat z lewej, niższy, skośnooki. Andrzej strzepnął lekko prawą ręką i Rosjanin zakrztusił się, złapał za gardło, przewrócił.

Ten z prawej, krzywonosy, z papierosem wiszącym na grubej dolnej wardze, w panice jął się szarpać ze swym karabinem, usiłując równocześnie zdjąć go ramienia, odbezpieczyć i wycelować; oczywiście nic z tego mu nie wyszło, zaplątał się na amen. Wypluł papierosa i cofając na miękkich nogach, zaczął kląć i wrzeszczeć o pomoc; oczy – rozszerzone od śmiertelnego przerażenia – wlepione miał w odległych od niego o sześć-siedem metrów Michała i Andrzeja, którzy wciąż nie uczynili kroku.

–  Z lewej – warknął Michał i dopiero wtedy skoczyli do przodu, momentalnie zachodząc żołnierza z dwóch stron. Krzywonos puścił włoda i złapał za bagnet. Smith już nie zobaczył, jak wyjmuje go z pochwy, bo zwalili się na Rosjanina wyżrynowcy i nieszczęśnik zniknął w kłębowisku ciał.

Ian podszedł wolno do skośnookiego. Facet kopał piętami ziemię. Ostatnie drgawki: dłonie zaciśnięte na szyi, z której wystaje rękojeść noża, oczy wpatrzone błagalnie w wąski pasek wieczornego nieba. W końcu znieruchomiał. Smith podniósł i odbezpieczył jego włoda, podszedł z nim do pozostałych.

– Odłóż to, bo se jeszcze krzywdę zrobisz – rzekł mu Michał, obejrzawszy się.

Krzywonosy miał skręcony kark. Andrzej już wstawał, otrzepując spodnie.

Smith odłożył włoda. Obserwował Andrzeja, który powlókł się do skośnookiego, wyciągnął z niego nóż, wytarł jego wąskie ostrze, po czym schował go sobie w rękawie.

Tymczasem podniósł się i Michał. Złapawszy zwłoki krzywonosa za ręce, spojrzeniem nakazał Ianowi chwycić nogi denata; zaczęli go ciągnąć pod przewieszkę na zakręcie wąwozu. Michał był wściekły, w przerwach między sapnięciami klął na Jana.

–  Gdzie znowu ta zaraza polazła? Jak on szedł, że ich, kurwa, nie widział? Taki wakacyjny patrol, spacerkiem z papieroskiem; przecież nawet się nie kryli! Gdzie ten pieprznięty kinoman ma oczy?!

Andrzej przytargał drugiego. Przykryli ich zeschniętymi gałęziami, starymi liśćmi, ziemią.

–  Która godzina? – spytał Michał.

–  Dziewiętnasta szesnaście.

–  Siódma dziesięć. Zegarek ci się spieszy – zauważył Smith.