– Nie poznałem.
– Dobra, dobra, idziemy.
Bukowina – Moskwa
Ma dwóch przybocznych, coś jakby goryli; ci aniołowie stróżowie wyglądają jak bliźnięta, nawet ubierają się podobnie, noszą czarne T-shirty z nadrukowanymi cyrylicą cytatami z Apokalipsy świętego Jana. „I wyszedł inny koń barwy ognia, l a siedzącemu na nim dano odebrać ziemi pokój, l by się wzajemnie ludzie zabijali -li dano mu wielki miecz". A drugiego bliźniaka cytat jest taki: „I morze wydało zmarłych, co w nim byli, i Śmierć, i Otchłań wydały zmarłych, co w nich byli, i każdy został osądzony według swoich czynów". Maszerowaliśmy dwa dni i dwie noce, z krótkimi przystankami, i oni pilnowali mnie na zmianę, taki był rozkaz Wyżryna. Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia jest nie do użytku, ani gęby do niego otworzyć, ani nic, ponury służbista; za to z Morze Wydało Zmarłych wyciągnąłem parę ciekawych rzeczy. To opóźnienie w wymarszu Xavrasa do Republiki Nadwiślańskiej było zamierzone, okazuje się, że on na coś czekał, na jakiś znak, na wiadomość od kogoś, to nie była wina pogody. A co do Czerniszewskiego, to zdania są podzielone: Dzidziuś Nikifor zarzeka się, że Władimir żyje (Dzidziuś to ten pułkownik terrorystów miejskich, znajomy Xavrasa jeszcze z czasów oblężenia Krakowa, ów słynny kurdupel, którego zdjęcie obiegło wówczas cały świat), ale z kolei Gustaw (też pułkownik, też komendant polowy, też terrorysta) przyznaje rację Posmiertcowowi, a to już coś znaczy. Ale po prawdzie i tak nikt temu nie daje wiary, czego się zresztą należało spodziewać. Morze Wydało Zmarłych mówi, że tak naprawdę to nie jest ucieczka przed nalotami, że Wyżryn po prostu wykorzystuje sytuację, aby znowu odskoczyć i zmylić przeciwnika. Idziemy na północny wschód. Głównie lasem. Czasami widać w oddali wioski, dymy z kominów, krzątających się ludzi. Niedawno przez przypadek zauważył nas chłopak pasący krowy: leżał w trawie z walkmanem na uszach, nie ruszał się, zwiadowcy przeoczyli go. Byłem pewien, że Xavras każe go rozstrzelać, ale nie. Podarowali mu nawet czapeczkę, dzieciak się ucieszył. Morze Wydało Zmarłych tłumaczy mi oczywistości: z tymi ludźmi trzeba żyć w przyjaźni, to się opłaca; ludność miejscowa, jeśli chce, potrafi być bardzo uciążliwą przeszkodą, a poza tym tutaj prawie za każdym stoi jakaś bojówka, w ESW praktycznie nie ma takiego narodu, który nie szczyciłby się przynajmniej jedną podziemną armią, i z podobnych pozornie nic nie znaczących incydentów robią się poważne zatargi, jeden trup, drugi, nie trzeba wiele, Ruscy potem tylko patrzą, jak się wzajemnie wyrzynamy. Morze Wydało Zmarłych stara się być przyjacielski. Rozmawiamy w marszu całymi godzinami; rozmawiamy po polsku, bo tu, tak głęboko w ESW, nie opłaca się Rosjanom stawiać min językowych. Spytał, gdzie się nauczyłem. Powiedziałem, że w domu. Powiedziałem, że dziadkowie. Tylko się uśmiechnął. Która emigracja? - spytał. Aż mi dreszcz przebiegł po plecach. Co za fatalizm. On tego nie wie, on tego nie widzi, on tego nie jest w stanie zrozumieć – ale jakaż głębia czarnego fatalizmu, jakiż grymas historii kryje się w tym uśmiechu i tym pytaniu! Wstrząsnęło mną obrzydzenie; jestem Amerykaninem, powiedziałem, Ian Smith. Obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Morze Wydało Zmarłych zachichotał. Iwan Psuta, rzekł, obywatel Federacji Rosyjskiej. Przypomniałem sobie Ślązaka. Trzecie zaparcie się świętego Piotra, pomyślałem. Moje kłamstwa i moje prawdy w cudzych uszach obracają się przeciwko mnie. Moja babka ze strony matki była z domu Śniadecka, jej mąż Warda-Mazowiecki. Ale ja nie jestem Polakiem, wiem o tym przecież, wiem, bo czuję. Zastanawiam się, co rzekłby na takie stwierdzenie Morze Wydało Zmarłych. Czy nazwałby mnie zdrajcą? Zwyzywał od tchórzy? Skąd w nich ta niewzruszona pewność, że ich krew ma pierwszeństwo ponad wszystkimi innymi? Chociaż, faktycznie – ciąży niczym przekleństwo. Co takiego powiedział wtedy Quelley? „Jesteś jedynym naszym człowiekiem, który biegle mówi po polsku. Do cholery, Smith, tylko spójrz w papiery: jesteś pieprzonym Polakiem!" Ergo: Xavras. Przyczyna była prosta: wszyscy inny ludzie WCN o odpowiednich kwalifikacjach, którzy znali polski i rosyjski – wszyscy oni gryźli już krwawą ziemię ESW. Ten Yarda, który wytrwał przy Wyżrynie najdłużej ze wszystkich – wystarczyło, że w złym momencie poszedł w krzaki za potrzebą, i już go dostał jakiś snajper, dziura we łbie na wylot. Nikt się nie spodziewał, nie było gotowego zastępcy. A kontrakt sieci z Wyżrynem wygasa po czterech miesiącach braku obsługi telewizyjnej; kontrakt jak kontrakt, bo niby do jakiego sądu mielibyśmy się odwołać w razie czego – ale on dał swoje słowo, słowo Xavrasa Wyżryna, mamy to nagrane, i, póki co, warte ono dwieście pięćdziesiąt milionów. Dział prawny WCN strasznie kręcił nosem, ale prawda jest taka, że gdyby wszystkie umowy załatwiano, wierząc w słowo honoru dane przez kontrahenta, bez potrzeby spisywania grubych niczym Biblia kontraktów, to ci chłopcy w garniturach jak folia celuloidowa szybko poszliby z torbami, w ich interesie leży nieuczciwość ich własnych klientów. A ćwierć miliarda to wcale nie jest wiele, gdy chodzi o wyłączność na najsłynniejszego terrorystę XX wieku. Mamy dzięki temu dziesiątki godzin takiego materiału, że niech się MGM ze swoim „Nieuchwytnym" schowa. Po tej rozmowie z Quelleyem blisko tydzień tylko siedziałem i oglądałem, dwu-, trzy-, czterokrotnie. Xavras Wyżryn, Xavras Wyżryn, Xavras Wyżryn. Nic dziwnego, że go nie poznałem. W telewizji bogowie, w telewizji demony. Archanioł Gabriel zstępujący z nieba, Franky Boo, reklama, reklama, łomot Mamuta, pan prezydent się frapuje, pan prezydent się uśmiecha, tu powódź, tam trzęsienie ziemi, tu katastrofa samolotu, tam sześcioraczki, wszędzie terroryści, reklama, reklama, piersi Fanny Kelly, kosmici podbijają Ziemię, módlmy się za ich dusze; tak rodzi się sztuka agresywnej epilepsji.
•
Zapadli w jakimś podgórskim jarze. Smith przespał dwanaście godzin. Obudziwszy się, pożarł potężną porcję bigosu. Potem znowu zasnął. Po raz drugi ocknął się już o świcie. Nawiązał łączność z Nowym Jorkiem. Centrala była porządnie zniecierpliwiona, kazali mu natychmiast przesłać jakiś materiał. Wyjął więc kołpak.
Urządzenie wyglądało jak cokolwiek przerośnięty, kanciasty hełm; obejmowało całą głowę, zostawiając odsłonięte jedynie usta i podbródek. Przód twarzy zakrywał plastikowo-metalowy owadzi ryj, elektronicznymi czułkami sięgający w przód na ponad dwadzieścia centymetrów. Z profilu kołpak przypominał najstarsze, pochodzące jeszcze z czasów wojny bolszewickiej, prymitywne wersje przenośnych noktowizorów wojskowych; widziany en face przywodził na myśl komiksowe wyobrażenia głów robotów z początku wieku.
Smith założył go, zapiął, włączył, przetestował, zmienił ustawienie filtrów dźwięku i obrazu, ponownie przetestował, nagrał próbnie około minuty materiału (widok obozowiska ze zbocza, jedno długie, statyczne ujęcie), po czym odtworzył go dla kontroli układów projekcyjnych. Wszystko w porządku. Włączył zewnętrzny znacznik trybu pracy i ruszył szukać Xavrasa.
Ludzie pokazywali go sobie palcami – ale sensacji nie wywołał. Wyżrynowcy, jak zwykle, rozłożyli się bardzo chaotycznie, unikając większych zgrupowań, musiał wejść między drzewa; w końcu zaczął wypytywać o drogę, zdążył już pożałować nieobecności Morze Wydało Zmarłych. Ostatecznie poprowadził lana jakiś chłopak, prawie dziecko.
Xavras właśnie się golił; zgarbiony, zezował na huśtające się na gałązce jodły metalowe lusterko. Obok, rozciągnięty pod pniem dębu, Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia oliwił rozłożony na części karabin. Gdzieś niedaleko grało radio, szedł w las bałkański jazz.