Выбрать главу

— Kawiarnia „Telimena” mieściła się na samym rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Koziej — ślicznego zaułka, odtworzonego z czułym pietyzmem ze zniszczeń wojennych przez warszawskich architektów.

Kolanko usiadł przy stoliku na parterze i zamówił kawę u ubranej stylowo kelnerki; nosiła tabaczkowy sznurowany stanik, bufiaste rękawy i zieloną spódnicę do kostek; jej szeroka, przystojna i hojnie uszminkowana twarz nie wyrażała raczej radości z zarządzenia Warszawskich Zakładów Gastronomicznych, nakazującego jej udawanie mieszczańskiej Małgorzatki z czasów króla Stasia, księcia Pepi i pobytu Casanovy w Warszawie. Chciał ją poprosić o papier i atrament, jak na owym francuskim filmie, lecz dostrzegając brak rokokowej słodyczy, wiejący z jej obojętnego oblicza, machnął ręką i dał spokój. Wyciągnął z klosika parę serwetek, zaś z kieszeni żółty ołówek czeski typu „Versatil” i zabrał się do pisania. Zdania spływały gładko i sprawnie z automatycznego ołówka na szybko zmieniane serwetki. Co chwila przerywał pisanie i zamyślał się głęboko, gryząc koniec ołówka. Ten artykuł miał być majstersztykiem, musiał stanowić kwintesencję całego kunsztu dziennikarskiego Edwina Kolanki, całego jego doświadczenia i talentu. „Czego chce Dziarski? Czego on może chcieć? — uśmiechnął się bezwiednie w zamyśleniu. — Ależ to jasne. inaczej być nie może! To jednak piekielnie inteligentny facet, ten Dziarski. Jak on to błyskawicznie i misternie skalkulował, jak omotał jego, Kolankę, siecią zależności, kłębowiskiem ważnych i nieważnych faktów, migotliwością interpretacji zdarzeń, dopuszczalnie możliwą wielostronnością rozumowania. I jaki sobie ułożył przepiękny plan wydarzeń: on, Kolanko, napisze i ogłosi artykuł, po którym człowiek o białych oczach zechce wyrównać swe porachunki z nieszczęsnym, lecz pieczołowicie pilnowanym przez milicję Siupką, no i wtedy ludzie Dziarskiego. trzask! jedna błyskawiczna akcja i porucznik Dziarski ma w ręku to, czego najbardziej pragnie, czyli człowieka zwanego ZŁYM. Nie! — uśmiecHal się zawzięcie Kolanko i kładł w rzucane na serwetki zdania całą maestrię znaczeń, niedomówień, głębi, podszewek i ukrytych wyjaśnień, modląc się w duchu, błagając i wołając tego, do którego pisał te słowa: Nie! Nie ze mną takie numery. On to musi zrozumieć! On to musi pojąć! On musi dowiedzieć się z tego artykułu, że ja w niego wierzę, że to, co piszę, piszę po to, aby. Zresztą, czyż chodzi tu tylko o Dziarskiego? Dziarski jest na pewno mniej groźny od ponurych cieni, stojących za karłowatą postacią kolejarza Siupki, cieni, o których Kubuś Wirus, mój kochany chłopak, będzie niebawem coś wiedział.”

— Od kwadransa zastanawiam się — posłyszał kobiecy głos nad głową — co wywołuje pański śmiech?

Kolanko podniósł oczy i wstał. Od razu wiedział, kogo ma przed sobą. — Dzień dobry — rzekł mrużąc, oczy z grzeczną ironią. — Imię pani brzmi Temida, prawda? Temida Kowalska albo Temida Pietrzak nazwiska dokładnie nie pamiętam.

Stojąca przed nim pani uśmiechnęła się z leciutką rezerwą. — Myli się pan całkowicie — powiedziała rzeczowo. — Nazywam się inaczej, lecz rzeczywiście poznaliśmy się w sądzie.

— Znakomicie — westchnął z ulgą Kolanko. — Myślę zatem, że możemy usiąść. Czy nie pogardzi pani filiżanką kawy przy moim stoliku?

— Właśnie wypiłam filiżankę kawy przy sąsiednim. Obserwowałam pana nad tymi notatkami i przypomniałam sobie, skąd pana znam. Pozwoliłam sobie przerwać panu pracę i przypomnieć siebie, gdyż pasjonuje mnie tamta sprawa, o której, zdaje się, wie pan dużo.

„Samodzielna, energiczna, prosta” — myślał szybko Kolanko, obserwując bacznie postawną szatynkę o ładnej twarzy i nieco za wąskich ustach. Niebieskie, dość głęboko osadzone oczy patrzały otwarcie i rozsądnie, oszczędnie pociągnięte szminką wargi uśmiecHaly się z powściągliwym umiarem, lecz sympatycznie. Prosty, ciemnoszary kostium z dobrego materiału uszyty był z surową, nieco sztywną elegancją; dokładnie wyczyszczone pantofle na wysokim obcasie znamionowały poprawną dbałość; wieczna ondulacja daleka była od jakiejkolwiek oryginalności i służyła zmniejszeniu zachodu przy codziennej pielęgnacji włosów. Jedyny akcent jakże oględnej szykowności stanowiła kremowa jedwabna bluzka z CPLiA, o zaokrąglonych — rogach podpiętego wysoko kołnierzyka, zdobna w szklane guziczki, nieskazitelnie czysta i skrupulatnie wyprasowana w związku z sobotnim, wiosennym popołudniem. Kolanko obserwował krytycznie i wzrok jego wywołał ledwie dostrzegalny rumieniec na szczycie leciutko uróżowanych i cieniutko przypudrowanych policzków. „Schludna, ubrana nieefektownie, lecz poprawnie, wzbudzająca zaufanie — myślał Kolanko — nawet ładna”.

— Myślę, że w końcu usiądziemy — rzekł z miłym uśmiechem.

— Przygląda mi się pan tak dziwnie — uśmiechnęła się — czy aby panu nie przeszkodziłam?

— „Solidna, wnikliwa, pełna wewnętrznej kultury” — pomyślał Kolanko, po czym rzekł: — Nie wiem, jak się do pani zwracać. „Proszę wysokiego sądu!” albo „Pani sędzio”. Tego wymaga tysiącletni obyczaj wymiaru sprawiedliwości.

— Nazywam się Chwała. Zofia Chwała — rzekła grzecznie, lecz bez uśmiechu.

— Pani pozwoli, że się przedstawię. — zaczął Kolanko z emfazą.

— Nie musi pan — uśmiechnęła się spokojnie — wiem, kim pan jest. Jest pan znanym w Warszawie dziennikarzem, którego nazwisko nie może być obce nam, prawnikom.

„Ładnie to powiedziała” — pomyślał Kolanko z zadowoleniem. Nie znosił pochlebstw i określeń takich, jak „sławny” czy „podziwiany”, natomiast lubił uznanie i popularność.

Usiedli i przez chwilę panowało milczenie. — Czym mogę pani służyć? — spytał Kolanko sakramentalnie. — Dziękuję, niczego mi nie trzeba — powiedziała Zofia Chwała z uprzejmym uśmiechem, po czym dobyła małą papierośnicę, otworzyła i poczęstowała Kolankę. — A może mentolowego? — zrewanżował się Kolanko podsuwając jej zielony, celofanowy pakiecik. — Wolę moje — rzekła Chwała i zapaliła sama zapałkę, nie czekając na Kolankę. „Bezpretensjonalna i pełna koleżeńskiej prostoty” — zawyrokował Kolanko, patrząc w szczupłą, skupioną twarz o prostym, ładnym nosie. — Czy czeka pani na kogoś? — spytał dość nagle. — Nie — rzekła Chwała — rozkoszuję się wolnym sobotnim popołudniem. Jest śliczna pogoda, prawda? — Bardzo ładna — przyznał Kolanko poważnie — powiedziałbym, że nieprzyzwoicie ładna. — Nie rozumiem — uśmiechnęła się pytająco Zofia. — Mniejsza o to — westchnął Kolanko i naraz pojął, że tej młodej kobiecie po prostu nie doskwiera nic z tego, co zmieniało mu dzisiejsze majowe, wonne powietrze w zatruty, piołunowy opar zwątpienia i rozpaczy.