— Poproszę o paczkę „Żeglarzy” — odezwał się w tej samej chwili jakiś uprzejmy głos z zewnątrz: człowiek o szarych oczach wyręczając zajętego Kalodonta wziął papierosy z półki i podał przez półkoliste okienko w obwieszonej ilustrowanymi tygodnikami szybie. W słońcu majowego popołudnia zalśnił tysiącem blasków wspaniały brylant na palcu niedużej, lecz szerokiej i silnej ręki. Odbierający paczkę „Żeglarzy” niewysoki pan w meloniku i z parasolem zdusił z trudem okrzyk. Zapłacił szybko i równie szybko oddalił się. Zatrzymał się przy przystanku tramwajowym koło Instytutu Głuchoniemych, usiadł na murku ogrodzenia i długo obserwował kiosk, zapisując coś w swym notesie.
— A może by teraz przysiąść na jakiś czas cicho? — spytał niepewnie Kalodont. — Dlaczego? — rzekł człowiek o szarych oczach — robimy nadal swoje. Jesteśmy ciągle gotowi do walki, gdziekolwiek nas potrzebują. Tam wszędzie, gdzie kotłuje się najgorsza warszawska żulia, zatruwająca życie. Nie mogę tylko uchwycić, skąd się bierze ta próba zorganizowanej akcji przeciwko nam? — dodał z intensywnym namysłem. — Bo że coś się takiego szykuje, to wynika jasno z tego artykułu. — Zwiesił głowę, opierając podbródek na rękach, i powiedział ze smutkiem: — Przecież ja wyrównuję tylko pewne krzywdy. Na własną rękę. Małe, codzienne krzywdy. Nie, to chyba niemożliwe. — O czym pan mówi? — zagadnął Kalodont; od tej rozmowy uszy płonęły mu na tle siwizny jak szkarłatne kwiaty. — Myślę, że chyba niemożliwym jest, aby świat przestępczy wielkiej Warszawy włączył się do rozgrywki — rzekł poważnie tamten i uniósł głowę, w której naraz rozjarzyły się straszne, znane Kalodontowi z nocnej przechadzki oczy. — Nie widzę powodów, dla których warszawska hewra miałaby się, pchać w tę aferę. To nie ich sprawy, te małe chuligańskie zagrywki. Przyzwoici włamywacze i pajęczarze gardzą tą branżą. Ale. kto wie? W każdym razie my będziemy nadal robić to, co do nas należy, czyli zawsze znajdziemy się tam, gdzie jest konieczna nasza interwencja, szybsza, skuteczniejsza i dotkliwsza niż milicji. Czy zgadza się pan z tym, panie Juliuszu? — Tak — rzekł zamyślony Kalodont — chodzi o to, aby brutalna przemoc, rozwydrzenie i łobuzerstwo poskramiane było na każdym kroku. By krzywda, jaką czynią ci dranie, była za każdym razem pomszczona. Prawda? O to chodzi? — Tak — rzekło prosto człowiek o szarych oczach. — Mówi pan to, o czym zawsze myślałem, tylko nie potrafiłem tak tego powiedzieć. Rozumie mnie pan, a o to między ludźmi tak trudno. — Kalodont siąknął nosem ze wzruszenia. — I dlatego — dodał człowiek o szarych oczach — udajemy się na ten kiermasz warzywniczy na Koszyki. Myślę, że zbierze się tam owocarska rakieta, należy się przeto wśród niej rozejrzeć. Zawiadomi pan Kompota i Śmigłę o tej wycieczce. Kiermasz jest pojutrze o dwunastej. Randka w tej kawiarni naprzeciwko — wskazał ręką kawiarnię na rogu Alei i placu Trzech Krzyży. — Załatwione — rzekł służbiście Kalodont.
— Nie rozumiem tylko jednego. — zawaHal się. — Czego? — Nie rozumiem, po co pan nosi broń przy sobie? — Ja? — zdziwił się niepomiernie człowiek o szarych oczach. — Nooo, tak. — rzekł niepewnie Kalodont — ta wczorajsza historia? — Jaka historia? — zniecierpliwienie zjawiło się w głosie człowieka o szarych oczach. — Całe szczęście — sapnął Kalodont — że ja pierwszy się o niej dowiedziałem i zdusiłem ją w zarodku. No, kochany, ja już wiem. — Co pan wie? O czym? — szare oczy wyrażały zdumienie. — Ano. sterroryzował pan przy pomocy rewolweru szofera z kolportażu „Ruchu” i kazał mu się pan wieźć z Rynku na Saską Kępę. — Ja? Co za heca? To jakieś nieporozumienie! — człowiek o szarych oczach poderwał się z miejsca. — A kto? — wybąkał Kalodont, szarpiąc nerwowo siwy wąs — ten szofer był dziś rano u mnie, rozwożąc wydania poranne, i opowiedział mi o tym, dygocząc jeszcze ciągle ze strachu. Poradziłem mu, żeby się zatrzasnął na skobel, bo jak zacznie rozgadywać, to dopiero może mieć grube przykrości. Wziął to sobie bardzo do serca. — Panie Juliuszu — uśmiechnął się blado człowiek o szarych oczach. — Po jednym dniu warszawskiej popularności już się ktoś zaczyna pode mnie podszywać. Proszę mi wierzyć, nie mam broni i nie terroryzuję szoferów. — Ciekawe — zasępił się Kalodont — co to może być? Ten szofer mówił, że jedynym facetem, który mógł widzieć wyskakującego z jego wozu tego z rewolwerem, mógł być tylko jakiś łajzowaty facet w meloniku i z parasolem, który akurat tam wtedy stał. — Facet w meloniku i z parasolem. — rzekł cicho i z namysłem człowiek o szarych oczach. — Ja już gdzieś taką postać widziałem. Aha, jak pobili wtedy tego doktora. Kto to może być? Czego on się plącze to tu, to tam, czego on szuka?… O, rany gorzkie? — skoczył na równe nogi, uderzając głową o blaszaną rurę kozy — czy ten w wagonie, na Dworcu Wschodnim. Ten, co stał za tym kolejarzem. miał parasol?
6
Drzwi otworzyły się bez pukania i wszedł redakcyjny woźny. — Jakaś facetka do pana redaktora — rzekł do Kolanki. — Niech wejdzie — rzekł Kolanko. — Właśnie że nie chce — wzruszył ramionami woźny. — Czeka na dole i prosi, żeby pan redaktor zeszedł. — Ładna? — spytał Kolanko. — Niczegowata — odparł woźny rzeczowo — trochę wsiowa.
W sieni, przy wyjściu, stała smukła, dziewczęca postać w brzydkiej, kretonowej chustce na głowie i ramionach, przytrzymywanej ręką przy podbródku, jak to czynią bardzo zmartwione chłopki, wracające z targu w słotny dzień. — Hawajka! — zawołał cicho Kolanko: — co się stało? — Hawajka obróciła ku niemu bladą twarz bez odrobiny szminki, twarz świeżą, śliczną i smutną. — Proszę pana. — zaczęła pośpiesznie — to tylko pan może załatwić. To tylko pan może zrobić, proszę pana. — Co się stało? — powtórzył Kolanko. — Nic się nie stało — powiedziała Hawajka gwałtownie — ale może się stać. Ja nie chcę, żeby Lulek przychodził do baru „Słodycz”! Ja nie chcę, żeby on się widywał z tymi łobuzami, żeby z nimi kombinował, z tym Kruszyną, z tym łysym moczymordą, takim eleganckim. Ja się boję. — dodała ciszej. — Czego się boisz? — spytał Kolanko. — Nie wiem — szepnęła Hawajka, spuszczając oczy. — Ja mam złe przeczucia. Ja. wie pan, ja się nie mylę. Proszę pana — zaczęła żarliwie, wznosząc ku Kolance oczy — pan to może, ja wiem, pan jeden to może — przechyliła błagalnie głowę. — Niech pan sprawi, żeby on zerwał z tym życiem, wziął — się do jakiejś uczciwej pracy. On pana tak szanuje, tak się słucha. Ja nie mówię, żebym czegoś od niego chciała, naprawdę nie. Ja wiem, że to się wpierw czy później skończy, to jest za piękne, za dobre, takie rzeczy nie trwają długo i on na pewno mnie rzuci. Ale trudno, na to nie ma rady. Aby mu się nic złego nie stało!