— „Jaki atut w przymierzu z Dziarskim! — pomyślał przy tym oszołomiony możliwością takiego sukcesu. — Najlepsze sojusze oparte są o równe wkłady”. — Ale to jest tylko jedna strona medalu. Po drugiej stronie kryją się grube zmartwienia. Nie zapominaj, że milicja to milicja i jej się nie może stać krzywda w tej zabawie. Zaś tobie. — Kubuś uśmiechnął się zuchwale. — Jaka krzywda? — bufonował. — Przecież mnie nie zabiją, no nie? Najwyżej obsmyczą mnie przy jakiejś okazji, ale i to nie. A jeśli nawet. — Kuba uśmiechnął się brawurowo i powtórzył: — A jeśli nawet, panie Edwinie, to takie jest nasze posłannictwo! O, polegnę śmiercią dziennikarza! Coś pięknego, jaki sloganik, nie? Nowy rodzaj śmierci. — Kubuś zaśmiał się zaraźliwie — tak da pan w nekrologu: „Zginął śmiercią dziennikarza.” Ludzie łby sobie złamią, namyślając się, co to może być. — Tylko bez takich głupich dowcipów. — rzekł miękko Kolanko; niewyraźnie się uśmiecHal, w sercu narastała mu, potworna, rwąca krosta. — Panie Edwinie — głos Kubusia ścichł, pogłębił się aż do żarliwości — niech pan pomyśli: co to będzie za reportaż! Kiedy już wszystko będziemy wiedzieć. Niech pan sobie wyobrazi ten efekt na mieście! — Kolanko poczuł naraz brzydką, czarną drzazgę zazdrości w sercu. „Zdobędzie wielką sławę takim reportażem” — pomyślał i odwrócił się gwałtownie ku oknu. — Nie pójdziesz na ten kiermasz! — krzyknął Kolanko, odwracając się. — Ja pójdę! — Kubuś otworzył usta ze zdumienia. — Pan? — wybąkał — po co? — Kolanko włożył nerwowo papieros w usta; długo nie mógł zapalić zapałki. Kubuś miał rację. Po co? Są sprawy, których on, Kolanko, nie jest już w ogóle w stanie załatwić. — Czy my nie rozmawiamy trochę jak dzieci? — zdenerwował się Kubuś. — Ja pójdę — rzekł stanowczo Kolanko i nagle stanęła mu przed oczami bójka w barze „Słodycz”. „Nie! — omal co nie wykrzyknął — za nic!” — Zresztą — dodał szybko — nikt z nas nie pójdzie. Ten kiermasz nie stanowi żadnej rewelacji. Wyślemy jednego z praktykantów. — Nie — rzekł Kubuś miękko, przekonująco — ja pójdę. Tu nie chodzi przecież o rewelacje dla działu miejskiego. Panie Edwinie, dość już tych bzdur. Tu chodzi o najbardziej sensacyjny reportaż ostatnich lat…. — Tak — Kolanko pokiwał głową w nerwowej zadumie — grzechem byłoby zmarnować coś takiego. — No, widzi pan — uśmiechnął się Kubuś — nareszcie wraca pan do siebie po chwilowej utracie równowagi. — W wyobraźni Kolanki rozpościerała się świeżo zadrukowana płachta „Expressu” o mokrych od farby, wielkich literach. SENSACYJNA AFERA. — litery darły się w jego mózgu na mokre, zadrukowane strzępy; z rozdartej gwałtownie gazety wyskoczyła znów owa ciemna, ubabrana w ohydnej krwi i bestialskich ciosach scena bójki w barze „Słodycz”. — Kubusiu, nie pójdziesz. — rzekł słabo Kolanko; bronił się już teraz przed samym sobą, walczył z tym wszystkim, o czym do tej pory nie wiedział, czego w sobie nie znał, nie przypuszczał, nie przewidział. — Panie Edwinie — posłyszał wesoły głos Kubusia — dosyć tej komedii. Przecież pan w gruncie rzeczy bardzo chce, żebym poszedł i załatwił wszystko, jak trzeba. Gdyby pan tego nie chciał, tobym się z panem wcale tu nie handryczył, tylko posłucHal pana. Przecież nikt pilna — nie zna lepiej ode mnie, co? — Chcę. — szepnął Kolanko, wciągając dym papierosa wraz z rozpaczliwym westchnieniem w płuca. I naraz pojął, że rzeczywiście tego chce. „Powołanie dziennikarza — pomyślał — wielki, sensacyjny reportaż. Gdybym nie chciał, toby nie poszedł, tobym inaczej z nim mówił. Wystarczyło powiedzieć, że była tu Hawajka, że rozmawialiśmy o Lulku. Zresztą może i to by nie pomogło. Raczej nie. Poszedłby i tak powinno być. Oczywiście, że chcę.:, Oczywiście, że on pójdzie. Musi pójść.” — W gruncie rzeczy masz rację — powiedział Kolanko — powinieneś pójść.
7
— Klusiński. — rzekł porucznik Dziarski — o dwunastej jest kiermasz nowalijek wiosennych na Koszykach. Warzywa, włoszczyzna, te rzeczy. Pójdziesz tam, porozglądasz się trochę. — Tak jest, panie poruczniku — rzekł Klusiński służbiście. — Co ty tam widzisz na tym suficie? — zainteresował się Dziarski; obrócił głowę za siebie i spojrzał w górę, w kąt pomiędzy ścianami a sufitem. — Nic — rzekł melancholijnie Klusiński — wcale tam nie patrzę. Patrzę na pana porucznika. — Dziarski westchnął ż zakłopotaniem. — z takim zezem — mruknął — jesteś najniebezpieczniejszym wywiadowcą na świecie.
— Pożycz dwieście złotych, Bobuś — rzekł Meteor. — Skąd ci wezmę? — odparł leniwie Kruszyna — pusty jestem maksymalnie. — I myśmy się wypruli z Lową w „Kameralnej” — westchnął Meteor. — Nie ma z czego żyć. — jedziesz na kiermasz? — spytał Kruszyna. — Bądź poważny — obruszył się Meteor — ja jestem delikatne stworzenie. Nie nadaję się do waszych chamskich rozrób. — Kruszyna! — zawołała Aniela, otwierając drzwi — do pana prezesa, baranie! — Kruszyna wstał i przeszedł korytarz.
Filip Merynos chodził po gabinecie rozkołysanym krokiem. Co chwila stawał przy oknie. Gdy wszedł Kruszyna, odwrócił się raptownie. — Gotowy? — rzucił. — Jedziemy. — Dokąd? — spytał Kruszyna. — Na kiermasz — rzekł opryskliwie Merynos. Kruszyna podrapał się ze zdumienia w złamany nos. — Pan prezes tam? W tę całą gorączkę?… — bąkał. — Ja — uciął Merynos — i co w tym takiego dziwnego? — Musiało jednak być w tym coś dziwnego, skoro Kruszyna nie mógł się w żaden sposób uspokoić. — Pan prezes?… Tam? — powtarzał. Merynos zdjął z wieszaka modne burberry i spojrzał raz jeszcze w okno, by upewnić się co do pogody. Ciężkie, nabrzmiałe wiosennym deszczem chmury pędziły szybko po niebie, odsłaniając tu i ówdzie płaty błękitu. Taka pogoda usprawiedliwiała płaszcz, postawiony kołnierz, zsunięty głęboko na czoło miękki, brązowy kapelusz z obwisłym rondem.
Redaktor Jakub Wirus zachowywał się na klatce schodowej jak dziesięcioletni pętak. Zjeżdżał po poręczy, wstrzymywał się ze wszystkich sił przed naciskaniem dzwonków przy drzwiach sąsiadów, ale za to zamieniał słomianki. — Dzień dobry, pani Janowa! — zawołał do zamiatającej bramę dozorczyni — jak się kształtują ceny na dziś wieczór? — Z pana to kawał cholery. — mruknęła stróżka, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Cała ulica wiedziała, że można nabyć u niej wódkę o każdej porze dnia i nocy, gdy oficjalne miejsca sprzedaży alkoholu nie funkcjonują, ale nikt o tym głośno nie mówił. Kubuś stanął na progu bramy — wietrzny, chmurny dzień wydał mu się aurą Riviery. Coś mu śpiewało w piersiach, bulgotało radośnie w uszach, łaskotało w gardle, jak proszące o krzyk szczęście. Potrącił w biegu bosonogiego, umorusanego szkraba, którego płeć rozpoznać można było tylko po brudnej, czerwonej kokardzie zwisającej ze słomianej główki, po czym wyjął z kieszeni pięć złotych, pochylił się nad dziewczynką, pocałował ją w umazany policzek i dał jej banknot. — Masz — powiedział — obróć to na największą radość, czyli na lizaki na patyku. — Niebieskie ślepka patrzały nieufnie, lecz dojrzale, wiedziały dobrze, co za odmęty bogactwa stanowi ten brązowy skrawek papieru. Kubuś przystanął po przeciwległej stronie ulicy i patrzał długo na odrapaną fasadę swego domu, a im dłużej patrzał, tym bardziej pragnął przycisnąć świat cały do swej wezbranej szczęściem piersi. Wolniutko, sycąc się tą powolnością, jecHal wzrokiem w górę, aż na czwarte piętro, do zdobnego w tani, gzymsowy tympahonik okna, tam w rogu, za którego pospolitą firanką rozciągało się długie, kiszkowate wnętrze jego, Kubusia, pokoju. W tym umeblowanym pokoju, pokoju przy rodzinie, brzydkim i wysokim, wśród stert leżących na stole i na podłodze książek, pod wiszącą na ścianie, zdobytą ongiś w turnieju juniorów parą bokserskich rękawic i pod fotoreporterskimi zdjęciami z różnych etapów jego kariery, na żelaznym łóżku, z głową wtuloną w jego, Kubusia, mizerną i twardą poduszkę, spoczywała jedyna na świecie istota obdarzona czarodziejską mocą, zdolną przemieniać ten wilgotny, ponury pokój w przecudną, tęczową grotę pachnącą ambrą najśliczniej — szych przeżyć, pulsującą najdelikatniejszym, najbardziej upojnym ciepłem barwistej, młodzieńczej miłości. Siłą, ciągnąc niemal rękami głowę, oderwał wzrok od owego okna i powędrował w kierunku Puławskiej; za każdym razem jednak, gdy w wyobraźni jego ukazywała się ciemna głowa o rozrzuconych włosach na jego, Kubusia, taniej, kraciastej powłoczce, gdy pamięć jego odnajdywała po raz nie wiem który zapach gorącego, sennego oddechu, gdy odszukiwał z pasją i uporem w tej pamięci smak pełnych, czerwonych warg — wtedy eksplodowało coś słodko, tkliwie koło jego serca, jakieś doznanie rozsadzające, nienazwane kłębiło mu się w krtani i Kubuś podskakiwał jak oczadziały radością pierwszoklasista, który nie odrobił lekcji, przyszedł do szkoły, dowiedział się, że wszyscy nauczyciele zachorowali i że ma przed sobą cały wolny, wiosenny dzień. Od tylu dni wiedział, że to musi się stać, że będzie czymś pięknym i wspaniałym, zupełnie innym niż migawkowe i buńczuczne przygody z pogranicza figlów i higieny, w atmosferze sztucznej, wymuszonej nonszalancji i młodzieńczych przechwałek. Dlatego nie śpieszył się, nie dążył zbyt obcesowo do tego, co mógł już mieć od dawna. I teraz — to wczoraj, to dzisiaj, to teraz było mu nagrodą, której wielkości, wspaniałości i piękna nawet nie przeczuwał, nie domyślał się. Rozpamiętywał zajadle każde słowo tej nocy, każdy gest, każdy pocałunek, każdy odcień każdej chwili. „Kilkakrotnie prosiła mnie, żebym nie szedł na kiermasz. — przypomniało mu się. — Co za bzdura! Dlaczego jej na tym zależy, to przecież takie nieważne.” Do głowy mu nawet nie przyszło połączyć tę prośbę i te słowa z tym, co się stało. Wieczorem pójdzie do baru „Słodycz”, tak jak się umówili. Teraz jego dziewczyna wypoczywa w jego mieszkaniu, po czym zamknie je jego kluczem, a klucz zabierze z sobą. Jakaś słodka, urzekająca spójnia wytwarzała się w ten sposób pomiędzy dwojgiem istnień, niewidzialne haftki umówionych godzin, punktów, spotkań, sprawunków, wspólnych kluczy od mieszkania spinają jego, Kubusia, z tym drugim człowiekiem, z jedyną dziewczyną na świecie, zdolną zmieniać brzydkie pokoje przy rodzinie w baśniowe, wonne, rozświetlone miłosnym dosytem groty. — Wolny? — zawołał Kubuś, zatrzymując taksówkę. Szofer bez słowa spuścił chorągiewkę taksometru. — Panie — rzekł nagle Kubuś, zatrzymując się przy wsiadaniu — czy ja się panu podobam? — Szofer spojrzał nań bez zachwytu, lecz z uznaniem, jakie tli się w każdym warszawiaku na widok kogoś wesoło podchmielonego o godzinie ósmej rano. — Twarzowy blondyn — powiedział flegmatycznie, mierząc Kubusia pogodnym spojrzeniem. — Ujdzie w tłoku. — To jedź pan na Koszyki — rzucił radośnie Kubuś, opadając na siedzenie. Rozklekotany opel zaczął podskakiwać na kocich łbach ulicy Puławskiej, centralnej arterii Mokotowa.