— Do widzenia — rzekł Meteor, rozciągając niemożliwie długo ostatnią sylabę; ujął Martę pod ramię, zmuszając ją do odejścia. Kiedy ciuchara znikła im z oczu, zakryta tłumem, Meteor zatrzymał ją i rzekł: — Kostium w dechę. Ile chce pani za niego dać? — Marta powiedziała: — Mam przy sobie trzysta złotych, a chcę jeszcze trafić jakąś tanią bluzkę. — Pożyczę pani — rzekł Meteor, obrzucając Martę powłóczystym spojrzeniem — szkoda wypuścić ten kostium z ręki. — Mowy nie ma — powiedziała Marta ostro; jakiś instynkt podpowiedział Meteorowi, że ten numer nie przejdzie. Poczuł się kompletnie zdezorientowany. „Tak dobrze już szło — pomyślał — a teraz tak twardo? Nic nie rozumiem.” — Ostatecznie — rzekła Marta — mogę zrezygnować z bluzki. — Niech pani da forsę — rzekł Meteor z błyskiem, jaki zapala się w oku myśliwca na widok uchodzącej zwierzyny — i czeka tu na mnie. Tylko niech się pani nie nasuwa na oczy. — Marta wyjęła trzysta złotych i wręczyła Meteorowi, który szybkim krokiem prześliznął się w tłumie ku ciucharze. Marta utonęła w widoku roztasowanych u jej stóp letnich sukienek. Meteor obejrzał się raz jeszcze, czy Marta go nie widzi, i pochylił się ku ciucharze. — Trzysta pięćdziesiąt złotych na rękę i ani słowa więcej — rzekł tonem, który zmusił ciucharę do zastanowienia; wydobył portfel, wyjął z niego pięćdziesiąt złotych i dołożył je do trzystu złotych Marty. — Trzysta siedemdziesiąt — zaczęła z nawyku ciuchara, lecz Meteor położył zapowiedzianą sumę i wziął bezapelacyjnym ruchem kostium. Ciuchara machnęła ręką i chuchnęła z zadowoleniem na pieniądze. — Na taką babkę — powiedziała tonem doświadczenia — i tak pan za mało się pruje. Inni daliby za nią majątek. — „Może ma rację ta gidia” — rozmyślał Meteor, zmierzając ku Marcie; zatrzymał się na chwilę, wyjął z portfela sto złotych, włożył je do kieszeni i ruszył naprzód. — Proszę — rzekł, podchodząc do Marty — oto kostium. Marta oblała się pąsem radości aż po koniuszki oczu. — A oto reszta. — dodał Meteor, przy czym bardzo wprawię ucho pochwyciłoby leciutką nutkę melancholijnego żalu w jego głosie. — Nie! — zawołała Marta z niedowierzaniem — tylko dwieście złotych pan dał? Nie, to niemożliwe. Przecież nie jest pan cudotwórcą? — Psst. — Meteor przyłożył palec do ust — to nie ja. To Sabina. „Królowa Ciuchów”. To jej pani zawdzięcza to kupno. Ale o tym nikomu ani słowa. — Czuł się w tej chwili szlachetny jak nigdy w życiu, chociaż bolało go bardzo, że świat cały i ta kobieta nie dowiedzą się nigdy o jego szlachetności i ofiarności. Przez chwilę myślał gorączkowo, jak by — jej dać dyskretnie do zrozumienia, że dopłacił, lecz powstrzymał się przed tym, coś mu mówiło, że kobieta ta cierpi na jakiś organiczny wstręt do prezentów, którego on, Meteor, nie pojmował, lecz wyczuwał, iż najmniejsza aluzja, uchylająca rąbka tajemnicy, zepsuje wszystko. „Są takie — uspokoił się — wszystko zrobią, a nic za to nie wezmą. Jeszcze się obrażają, jak im dać. Honorowe!” — Wyobrażam sobie, jak będzie pani wyglądać w tym kostiumie — rzekł, cofając się o krok i obejmując sylwetkę Marty spojrzeniem znawcy. — Zbudowana jest pani jak Rita Hayworth. Może trochę niższa, ale figura — cmoknął — bajka! Marzenie! Rozebrana musi być pani cudo. — Prawda? — Marta oparła wyzywająco rękę na smukłym biodrze, wysuwając obojczyk do przodu gestem modelki. — Wszyscy tak mówią. — „Puszcza się” — pomyślał Meteor; do głowy mu nie przyszło, że te ogólne referencje mogą odnosić się do wyglądu Marty na plaży. To, co wziął za wyzywającą kokieterię, ucieszyło go: wierzył wprawdzie bezgranicznie we własne siły, ale wolał, jak było łatwiej. „Co się ze mną dzieje? — pomyślał z zakłopotaniem — co ja robię? Nigdy w życiu nie inwestowałem w babki, a tu, w locie, włożyłem w ten interes sto pięćdziesiąt złotych. Żadnej jeszcze nie udało się ze mnie wyszarpać tyle pieniędzy, a tu, zdaje się, to w ogóle nie było potrzebne. Starzejesz się, drogi chłopcze, zaczynasz robić głupstwa i to najgorsze, bo finansowe”. — A propos rudowłosej Rity — rzekł Meteor, przychodząc do siebie po tych wytrącających z równowagi refleksjach — mam znajomego z prywatnym kinem w domu. Daje seanse dla znajomych. Pani Irmo, mówię pani, tam — jest co zobaczyć. Musi pani kiedyś przyjść. Zwłaszcza na takie filmy tylko dla dorosłych. — Oczywiście, z chęcią — rzekła Marta i dodała po chwili: — Na dzisiaj, myślę, już dość ciuchów. Czy pan zostaje? — Skądże znowu — rzekł Meteor, obrzucając Martę spojrzeniem numer dwadzieścia osiem ze swego bogatego repertuaru: spojrzenie to mówiło: „Jak tak mogłaś postąpić?…” z cichym wyrzutem. — No, to chodźmy — rzekła Marta; zastanawiając się nad sytuacją.
Na Ząbkowskiej, zatłoczonej śpieszącym się we wszystkie kierunki tłumem, Meteor usiłował, na próżno znaleźć taksówkę. — Pan dokąd? — spytała Marta. — Przed siebie — rzekł smutno Meteor. — W siną dal. — To czwórką pan dojedzie — zadecydowała Marta rzucając się ku przystankowi, na który nadjecHal właśnie tramwaj linii 4. Na przystanku wrzał gwałtowny bój o wejście do zatłoczonego elektrowozu, którego trzy wagony przestarzałego typu zdawały się pękać w szwach. Marta wężowym ruchem wcisnęła się na stopień, po czym, pchnięta potężnie nową falangą miłośników jazdy tramwajowej, wpłynęła na platformę; widząc to Meteor runął w najgorszy wir walki. Tratując bezkompromisowo kobiety, starców i niemowlęta uchwycił się jakiegoś pręta, który okazał się wędką, trzymaną kurczowo przez pewnego młodego rybołówcę, zawieszonego na zewnętrznej ścianie wagonu. — Puszczaj się pan! — krzyknął ze zgrozą chłopak — bambus się złamie, do cholery! — Ale było już za późno: tramwaj ruszył i Meteor, mokry ze strachu, balansował przez parę chwil na wygiętym niebezpiecznie bambusie, dopóki stojący pod nim na stopniu krzepcy młodzieńcy z ceratowymi teczkami pod pachami nie wbili go na platformę przy pomocy kilku zręcznych, choć bolesnych uderzeń ramionami w pośladki. Ciężko pracując bokami przebił się do Marty, poprawił kołnierzyk dwoma palcami i chroniąc krawat przed tulącą się do niego, umazaną czekoladą i katarem buzią dwuletniej dziewczynki, trzymanej obok przez spoconego tatusia na ręku, rzekł z goryczą: — Tego się po pani nie spodziewałem, pani Irmo. Tak nie można, tak bez uprzedzenia. — Za bilety proszę! — rozległ się przy nich głos niskiej, za to barczystej konduktorki w zuchowato przekrzywionej czapce na z natury kędzierzawych i jeszcze suto karbowanych włosach. Ospowata, grubo uszminkowana twarz konduktorki rozjaśniła się nie skrywanym zachwytem na widok Meteora. Meteor wyjął złotówkę, podał konduktorce i powiedział: — Dwa proszę. — Konduktorka urwała bilety jak w transie, wzięła pieniądze nie patrząc na nie i nie odrywając olśnionych oczu od Meteora, co gorsza zaś — przestała kompletnie funkcjonować i nie ruszała się z miejsca. Widać było, że piękność Meteora wywarła na niej wstrząsające wrażenie. — Pani Irmo. — zaczął Meteor, lecz urwał, zaniepokojony baranim wzrokiem konduktorki: sprawiało mu to, oczywiście, znaczną przyjemność, taki uderzający dowód powodzenia, gryzł się tylko, czy Marta zauważa go i docenia; bał się jednak komplikacji, mogących wyniknąć z tego stanu rzeczy. „Taki wypłosz — pomyślał o konduktorce — ale zna się na mężczyznach”. — Idziemy na kawę, jasne? — rzekł apodyktycznie do Marty, dyskontując w ten sposób zachwyt konduktorki. Marta kiwnęła niewyraźnie głową, co mogło oznaczać i tak, i nie; konduktorka ocknęła się, spojrzała na Martę najprzód z nienawiścią, potem z pogardą, na koniec ze zdziwieniem, które mówiło, że ona, konduktorka, dziewczyna jak szóstka, pojąć nie może, jak taki wspaniały mężczyzna dostrzega w ogóle takie blade barachło jak Marta, skoro tyle jest medalowych kobiet wokoło i w pobliżu. Po czym ruszyła do tyłu wagonu, domagając się opryskliwie opłat za bilety i wszczynając trzy awantury w ciągu paru sekund.