Przy Mariensztacie Marta zaczęła przepychać się do przodu i wysiadła po ciężkich zmaganiach ze współpasażerami, którzy czynili wszystko, by jej w tym przeszkodzić. Za nią wyrwał się z tramwaju zmięty Meteor i rzekł z cichym żalem: — Nie odpowiedziała mi pani. — Idziemy — rzekła oschle Marta — napiję się kawy. — Poszli w dół, wśród zielonych gazonów przy wiadukcie.
Mała kawiarenka przy księgarni, na rynku mariensztackim, pełna była drewnianych foteli o szerokich poręczach. Siedziało się w nich bardzo wygodnie, przyglądając się z upodobaniem mariensztackim kamieniczkom w kolorze wypalanej cegły, co było dostateczną rekompensatą za złą kawę. Meteor był milczący i skupiony. — Czemu pan nic nie mówi? — spytała Marta. — Nie wiem — przyznał się Meteor. — Może jest pan głodny? — spytała życzliwie Marta. — I to też — rzekł Meteor — wobec tego zapraszam panią na obiad. — Poczuł się znów w siodle: dziewczyna zaczęła nareszcie mówić językiem zrozumiałych aluzji. — Proszę tu chwilę zaczekać, zaraz coś zmontujemy — rzekł szybko, wstał i poszedł w kierunku bufetu, gdzie głośno, tak by Marta słyszała, spytał o telefon. Zaniknąwszy się w kabinie telefonicznej Meteor zdjął słuchawkę, lecz nie zadał sobie nawet i trudu nakręcenia numeru: stał po prostu przez parę chwil i palił papierosa. Marta zastanawiała się: „Pokazać się z takim na ulicy? Nie bardzo wypada. Na ciuchach jeszcze, ale w mieście? Natomiast jakaś uprzejmość mu się należy za ten kostium. Świetnie to załatwił. A zresztą, chyba mam prawo chodzić na obiady z kim mi się żywnie podoba, no nie? Jestem pełnoletnia, stanu wolnego i nie mam nikogo, komu należałyby się sprawozdania, z kim i gdzie byłam.” I naraz poczuła się głęboko nieszczęśliwa, że nie ma nikogo, komu trzeba by było składać takie sprawozdania. „Żeby ktoś taki byt.” — pomyślała, czując się bardzo skrzywdzona, ale zaraz też przypomniała sobie, że wystarczy sięgnąć ręką, by znalazł się taki mężczyzna, i to ją trochę pocieszyło. „Zenon. — pomyślała — chociażby ten Chaciak.” Lecz na myśl, że musiałaby składać sprawozdania takiemu Chaciakowi, ogarnęła ją panika. Wtedy uświadomiła sobie, na czym polega jej krzywda: na tym, że sprawozdania takie chciałaby składać wyłącznie Witoldowi Halskiemu, a tego właśnie nie może.
— Idziemy — rzekł Meteor wracając — już zapłacone. — Dokąd? — spytała Marta. — Jesteśmy zaproszeni na wielkie przyjęcie do jednego z moich przyjaciół. Przed chwilą mówiłem z nim telefonicznie. — Do obcego mężczyzny? — zdziwiła się surowo Marta.. — Pani Irmo — Meteor skrzywił poufale swe ładne usta — po co to certolenie? Przecież jest pani równa babka, no nie? Czy ja panią ustawiam na jakiś zły numer, czy wyglądam na takiego? Godzina jest pierwsza po południu, maksymalna przyzwoitość zachowana, a pan; się łamie? Chyba ze to żarty? — Idziemy — rzekła Marta z naglą decyzją. „Rzeczywiście, pierwsza godzina. — pomyślała — a w ogóle nie potrzebuję się przed nikim tłumaczyć”.
4
— Już! — zawołał Lowa Zylbersztajn, otwierając z impetem drzwi gabinetu.
Filip Merynos odwrócił się od okna i wgniótł papierosa w popielniczkę.
— Przepraszam, że tak nagie i bez meldowania — stropił się na moment Lowa — ale już! Zaczyna się!
— Co już? — spytał Merynos, nie zdradzając żadnego wzruszenia.
— Już — powtórzył po raz trzeci Zylbersztajn. — Popołudniowa prasa przynosi dziś wiadomość o meczu. Na pierwszych stronach. Dziś w nocy idą plakaty na miasto. Panie prezesie, chwyciło! Wszyscy już wiedzą! Jutro cała Polska ogarnięta zostanie żądzą oglądania tego meczu! Cała sportowa Warszawa żyje w gorączce! — Podniecenie owładnęło Lową bez reszty, oczy mu błyszczały, nos zbladł. — Wyobraża pan sobie, panie prezesie, najlepsza jedenastka świata w swej szczytowej formie, tu, na warszawskim stadionie! Ma pan pojęcie, co to będzie za mecz? — widać było, że w tej chwili sportowiec wyparł doszczętnie człowieka interesów z duszy Zylbersztajna.
— Uspokój się — rzekł niechętnie Merynos. — Twoja jedenastka wisi mi u. — przerwał naraz, nie określając bliżej miejsca, gdzie mu wisi jedenastka. — Ty, Lowa — rzekł z przestrogą w głosie, ciemniejąc na twarzy — nie zapominaj się! To nie zabawa w piłkę, tylko gruba, poważna afera! Na mecze będziesz miał czas później!
— Słusznie — zreflektował się Lowa — tak jest. — Jego twarz zmieniła wyraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. — W porządku, panie prezesie, w porządeczku — uspokajał.
— Niech ja nie mam zdrowych dzieci, jak pan prezes zaraz nie będzie ze mnie zadowolony.
— Co jest? — spytał krótko Merynos.
— Nie jest źle — twarz Lowy była samym zasłużonym zadowoleniem. — Pan prezes da mi zaraz trzydzieści tysięcy złotych i zobaczy pan, co za radość.
— Na co ci? — rzucił Merynos.
Zylbersztajn zakołysał głową z mądrą melancholią. — Ja panu powiem, panie prezesie — rzekł
— że dzisiaj to niemodne, ale ja jestem przesądny człowiek. Zabobonny jak ciemny wieśniak, tfu, na psa urok. I ja wierzę, że jak coś idzie, to idzie od początku, że jak coś się szczęśliwie zafartuje, to fartuje się od razu — wyciągnął z kieszeni papierosy i poczęstował Merynosa. — Niech pan zapali, panie prezesie, „Siewiernaja Palmyra”, bardzo dobre, ustnikowe. Sztangiści przywieźli z Moskwy w zeszłym tygodniu ładne kilkadziesiąt pudełek, to się pali.