Выбрать главу

— Co ci się tak fartuje? — spytał spokojnie Merynos, biorąc papierosa.

— A sof, niech pan odpuka, panie prezesie, na psa urok. — zastrzegł się ostrożnie Lowa. — Nie trzeba o tym za dużo mówić. Dość, że się wiedzie od początku, i da Bóg, będzie tak do końca. Trafiłem w PIS-ie tysiąc biletów od ręki — wyrzucił wreszcie z siebie.

Merynos gwizdnął ze zrozumieniem. — I za to chcesz trzydzieści kawałków? Niewąsko..: — zastanowił się.

— Oj, panie prezesie, niech pan będzie człowiekiem! Trzeba dać ludziom żyć! Tam jest w PIS-ie jeden kozaczek, co ma doskok do wydrukowanych biletów. Tylko dzisiaj, bo jutro bilety idą dalej do pancernej kasy i przechodzą już na rozdzielnik. PIS zabiera od nich ręce. Ten kozaczek też chce coś trafić na tym wielkim tachlu i przyszedł do mnie w wielkiej tajemnicy. Chce po prostu podgrandzić tysiąc sztuk. Mówi, że ma na to swój sposób, że ten numer mu przejdzie. A zresztą. co to mnie obchodzi, jak on to zrobi, my od niego bierzemy obojętnie zawsze taki tysiąc, nie? — Lowa pochylił się ku Merynosowi i dodał niedbałym szeptem: — On chce po trzydziestaku od sztuki. Tanio jak kartofle, czystą okazja. Powiedziałem mu, że biorę. Dobrze zrobiłem, prawda, nie wolno puścić nawet takiego przypadkowego numeru, nie? Będzie na rozruch. Na pewno spuścimy po stówie!

— A ty? — spytał wesoło Merynos — a ile ty masz na boku z tego trzydziestaka? No, powiedz, Lowa, staremu kumplowi!

— Oj — żachnął się Lowa — co za nieodpowiedzialne żarty, panie prezesie? — cmoknął z pogardą, nakrywając ciężkimi powiekami czujne oczy. — Ja potrzebuję lecieć na te parę złotych, jak ja jestem na gruby procent przy wielkim interesie. Już, nie mamy o czym mówić, możemy najwyżej tego nie załatwiać. Będzie bezpieczniej.

— Dlaczego? — rzekł swobodnie Merynos — oczywiście, że bierzemy. Masz rację, jak idzie, to idzie ze wszystkich stron. CRZZ zablatowane, a teraz jeszcze z PIS-u coś wskoczyło. Tylko. — zastanowił się — skąd ja ci teraz forsę wezmę? Aniela! — krzyknął podchodząc do drzwi i otwierając je na oścież. Weszła Aniela.

— Gdzie jest ten wyskrobek. Meteor? — spytał Merynos. Aniela wytarła ręce w fartuch. — Ten poniter, ten koci glut, ten lamus? — przytaknęła z satysfakcją — cholera go wie, gdzie go diabli niosą, parszywca? Powiedział, że jedzie na ciuchy i zaraz wraca. A mówiłam mu, że pan prezes go będzie potrzebował. Nic, tylko by poniterował, lala zasrana! — Już dobrze — Merynos powstrzymał Anielę, która przejawiała chęć dalszego przemawiania. — Jak przyjdzie, niech się od razu zamelduje. Nogi mu powyrywam, tej łajzie, to raz na zawsze będzie na miejscu, jak go się potrzebuje. Co tam się dzieje? — wskazał na korytarz, z którego końca dobiegały gromkie wybuchy basowego śmiechu. — To ten drugi baran. Kruszyna — powiedziała Aniela — czyta książkę i tak się cieszy. — Niech tu przyjdzie — rzekł Merynos. Aniela wyszła. — Rozumiesz — rzekł Merynos do Zylbersztajna — ten wszarz Meteor jako dyrektor musi oficjalnie podpisać podjęcie forsy z konta spółdzielni „Woreczek”. Bo ja mam u siebie w kasie jakieś piętnaście tysięcy tylko. — Niech będzie — rzekł dość spiesznie Zylbersztajn — resztę dopłacimy, jak dostaniemy bilety na rękę. — Merynos spojrzał przeciągle na Lowę; wstał, otworzył niewielką kasę ogniotrwałą, stojącą w jednym z kątów pokoju, i z dłońmi wewnątrz kasy, nie odwracając się do Zylbersztajna, odliczył trzydzieści pięćsetek. — Tak zrobimy, panie prezesie — rzekł z nazbyt gorączkową elokwencją Zylbersztajn, kładąc pieniądze do kieszeni — że ja przyjadę z biletami, a pan już będzie miał resztę, dobra? Gdzie się spotkamy? — W „Kopciuszku” — rzekł Merynos. — W dechę — rzekł spiesznie Lowa, wychodząc — i tymczasem. Do widzenia! — Czuwaj — pozdrowił go ze złośliwym uśmiechem Merynos. „Wierz mi, syneczku — pomyślał z upodobaniem

— że wyrzygasz te parę złotych, które dziś na mnie trafisz przy tej transakcji. Oddasz je przy ogólnym rozrachunku, a to tylko dlatego, żebyś miał nauczkę, że takiego szefa jak ja się nie roluje.” Na ogół Filip Merynos należał do szefów, którzy świadomie pozwalają się kantować na drobne sumy: uważał, że system ten przywiązuje ludzi i wzmaga ich wierność.

Wszedł Kruszyna; w ręku miał cienką książeczkę. — Z czego się tak cieszysz? — spytał Merynos. — Z tego — Kruszyna podał mu książkę. — „Przygody Koziołka Matołka” — przeczytał Merynos. — Genialne — rzekł z zachwytem Kruszyna — skonać można ze śmiechu!

— „Ty idioto — pomyślał zafrasowany Merynos — lubię cię, wiem, że ty mnie nigdy nie okradniesz, ale z dwojga złego wolę już tego złodzieja Lowę. Jego rozumiem, ciebie — nie”.

— Ogromne imieniny — mówił Meteor w taksówce, którą złapał na Krakowskim Przedmieściu — mnóstwo osób. Zobaczy pani, jaka zabawa. — Pysznie — rzekła Marta — lubię niezamierzone imprezy. — A co to za dzień — zainteresowała się. — Czwartek — rzekł wyjaśniająco Meteor — Alberta. — Poczuła się uspokojona, aczkolwiek dzielnice, w jakie zagłębiała się taksówka, obudziły w niej na nowo czujność.

Taksówka zatrzymała się naprzeciw odrapanej kamienicy przy ulicy Krochmalnej. Martą targnęła niepewność: w tej chwili zapragnęła wycofać się z tego wszystkiego. Ale nie było jak — Meteor otworzył grzecznie drzwiczki taksówki i powiedział: — Proszę bardzo, tędy. — „Spodziewać się należy, że kamienica ta nie kryje w sobie pensji dla dorastających dziewcząt” — pomyślała z rezygnacją. Nie bez zdumienia skonstatowała, przeszedłszy podwórze, że znajduje się w wielkim garażu; tu i ówdzie kręcili się ludzie w przetłuszczonych kombinezonach, nie zwracając na nich uwagi. „Piękna sceneria do filmów sensacyjnych” — dodała w duchu.

Weszli żelaznymi, krętymi schodami na górę i minąwszy halę warsztatową znaleźli się w kantorze przedsiębiorstwa. — Proszę usiąść — rzekł Meteor — i zaczekać chwilę, dobrze? — Dobrze — odparła Marta. — Ale gdzie są imieniny? — dodała. — Zrobi się — uśmiechnął się dość bezczelnie Meteor — wszystko po kolei.

Wyszedł z kantoru i zszedł schodami w dół: w odległym kącie garażu stał Wilga nad uniesioną maską oliwkowego humbera; umazany Paciuk grzebał w środku, z twarzą we wnętrznościach silnika. — Aluś — rzekł Meteor żywo — mam do ciebie poważny romans. Pozwól na chwilę. — Świeca to głupstwo — rzekł Wilga do Paciuka, który donosił coś ze środka — ale co zrobimy z trzonkiem zaworu z tej prowadnicy? — Aluś — powtórzył z naciskiem Meteor — nie możesz na chwilę? — Czego chcesz? — rzekł Wilga, zwracając na Meteora swe wyblakłe oczy — nie widzisz, że jestem zajęty? — Meteor odprowadził go na bok. — Chcę, żebyś zrobił obiad — rzekł patrząc z napięciem w twarz Wilgi. — I co ma być: pieczeń wołowa czy kura w potrawce? — spytał zimno Wilga — już czy za godzinę — dodał bez irytacji, po czym zainteresował się: — Zwariowałeś? — Nie — zaprzeczył Meteor, zreflektował się i dorzucił: — A może. Jakaś idiotyczna historia. Straciłem w locie sto pięćdziesiąt złotych, nie licząc drobnych kosztów. — Kobieta — rzekł Wilga — to musi być kobieta, skoro mówisz z żalem o pieniądzach. Na łachy nie żałujesz, jak cię znam, a wódki nie pijesz. — Zgadłeś — rzekł Meteor. — Więc czego chcesz? — spytał Wilga — forsy nie mam i nie pożyczę ci ani grosza. — Mam pieniądze — rzekł z roztargnieniem Meteor — ale nie wiem, co z nią robić? Raz wydaje się, że można ją od razu ciągnąć do łóżka, a za chwilę zachowuje się jak obrażona zetempówka arystokratycznego pochodzenia. Już jestem zupełnie głupi. Powiedziałem jej, że ją zawiozę na imieniny. — I dokąd ją zawiozłeś? — spytał Wilga z lekkim uśmieszkiem. — Tu — rzekł Meteor w zamyśleniu. Uśmieszek zgasł na obliczu Wilgi; — Zwariowałeś?… — spytał po raz drugi — i chcesz może, żebym ja ci wyprawił imieniny? — Nie mnie — bronił się słabo Meteor — ale pomóż coś! — Zabieraj się stąd z tą dziwką — rzekł cicho, lecz twardo Wilga. — Nie mam teraz głowy do takich rzeczy. Prezes jakby się dowiedział, co ty teraz wyrabiasz, toby cię pogłaskał. Na Próżnej nastrój oblężenia, a ten szwanc przygody. — Aluś — rzekł błagalnie Meteor — dokąd z nią pójdę? Pomyśl, co ja jej mam powiedzieć? — Targaj ją do swego mieszkania — rzekł obojętnie Wilga — ale już! — Do tej nory? — w głosie Meteora zadźwięczała rozpacz — przecież wiesz, jak ja mieszkam. Młodzi przedsiębiorcy odzieżowi nie dostają mieszkań z przydziału, wiesz chyba. — dodał z goryczą — żebyś wiedział, ile zdrowia mnie kosztowało, zanim ją tu przywaszowałem? Co ja jej teraz powiem? — Chodź, ja to załatwię od ręki — rzekł Wilga, wycierając w czystą szmatkę minimalnie przybrudzone, zdobne w złote sygnety dłonie, po czym ruszył w stronę schodów. — Pamiętaj! — wołał Meteor, biegnąc za nim — ja nazywam się Chaciak. Dyrektor Witold Chaciak!