Выбрать главу

Wrócili na górę, zaś po kilkunastu minutach Paciuk wyniósł z rozklekotanej skody kilka ciężkich pakietów, które zaniósł do obwieszonego rogami przedpokoju. Wilga przetransportował wszystko na stół i rozpakował. — Rozkosze stołu muszą mieć charakter kosmopolityczny — mówił przy tym. — Oto francuskie sardynki, węgierskie wino, polska szynka, palestyńskie pomarańcze, ser szwajcarski. — Ale robiony w kraju — wtrącił Meteor. — Pan nie czuje poezji, panie Chaciak — rzekła z wyrzutem Marta. — Albo ser, albo poezja — mruknął z urazą Meteor.

— Dyrektor Chaciak to intelekt świeży — rzekł Wilga z wyraźną ironią. — Nie pojmuje, ile poezji kryje się w serze. Odbiera wrażenia jednoznaczne i jest wrażliwy tylko na rzeczy jaskrawe, mocne, bezwzględne. — Może mogę pomóc? — poprosiła Marta Wilgę — proszę mi pozwolić w czymś pomóc, — r Oczywiście — rzekł Wilga i spojrzał w szare, promienne oczy Marty. Jego prawa powieka zaczęła drgać szybko i częstotliwie, co oznaczało wielkie wzruszenie. Podszedł do zamkniętych drzwi w ścianie, otworzył je z klucza i zapalił światło, po czym puścił Martę przodem. Za drzwiami była niewielka alkowa, znów pełna mebli, wśród których Marta zdołała zauważyć szerokie, francuskie łóżko i obszerną kolbuszowską szafę. Z alkowy prowadziły drzwi do małej, wzorowo czystej kuchni i sąsiedniej łazienki; obydwa pomieszczenia również pozbawione były okien. W kuchni Wilga złożył naręcze zapasów na stole, zaś Marta ściągnęła z haczyka czystą ścierkę, którą przepasała się zamiast fartuszka. — Uroczo. — szepnął Wilga; słowo to zabrzmiało w jego ustach tak dziwacznie, że Marta spłonęła rumieńcem, zaś Wilga przeraził się. — Wiecie co? — rzekł Meteor — wezmę wóz i pojadę po płyty. Ty, Aluś, masz same jakieś „Toski”, Lehary i „Krainy uśmiechu”. To żadna muzyka. — Panowie, widzę, szykują jakąś większą hulankę? — spłoszyła się nieco Marta. Wilga powiedział: — Takie improwizacje są niezapomniane. — To racja — przyznała Marta i pomyślała: „Ostatecznie. przed nikim nie potrzebuję się tłumaczyć. Męża nie mam, a tu jest całkiem zabawnie. Z tym starszym panem przyjemnie się rozmawia, inteligentny facet”. — Weź, weź — rzekł z nieoczekiwaną, skwapliwą uczynnością Wilga — niech ci Paciuk da skodę. — Meteor wyszedł, zaś Marta i Wilga wzięli się z zapałem do przyrządzania kcanapek. Marta przechodziła co chwila do stołowego, ustawiając półmiski na stole; czuła się tu coraz bardziej swobodnie. Mijając za którymś razem alkowę zauważyła, że w górze, nad łóżkiem, widnieje niewielka plama dziennego światła: było to małe okienko. „Dlaczego tak wysoko? Dlaczego takie małe? Co przez nie widać?” — przebiegło jej przez myśl, lecz zapomniała o tym w wirze przygotowań.

PrzyjecHal Meteor, i ze stołowego rozległy się dźwięki: „Cest si bon.” — Co? — zawołał Meteor, wpadając do kuchni — pani Irmo, muzyka, nie? Mucha nie siada. — Jakaś nieautentyczna — skrzywił się Wilga — prawdziwa paryska piosenka jest inna. Chevalier, Józefina Baker. — Wspomnienia o rówieśnikach, panie inżynierze — rzekł uszczypliwie Meteor, zapalając papierosa. — Za pana czasów to była muzyka: Dziś ta Baker to stara raszpla. Nie liczy się. — „To był faul — pomyślała Marta na widok tej bezpardonowej walki — tak nie można”. Wilga uśmiechnął się wąziutko; nie wyglądał na rozeźlonego. — Dyrektor Chaciak — powiedział — należy do młodych zdobywców, którzy nie wiedzą, że pewne rzeczy liczą się bez względu na czas i wiek. Takich nazywano kiedyś barbarzyńcami, prawda, pani Irmo? — Prawda — przyznała Marta, nie kryjąc uznania dla tej celnej riposty. Meteor wycofał się bez słowa do stołowego i nastawił nową płytę: rozległa się powolna, słodkawo — gładka melodia. — A to ci się podoba? Nazywa się po parysku: „Moulin Rouge.” — spytał Meteor wchodzącego do stołowego Wilgę.

— To jest paryskie tylko z nazwy — rzekł z pogardą Wilga — ale ty tego nigdy nie zrozumiesz.

— Racja — wyrwało się Marcie. — Pani lubi paryskie piosenki? — spytał Wilga. — Przepadam za nimi — rzekła Marta. Wilga pogrzebał chwilę w przegródkach pod adapterem i wyciągnął płytę; zdjął landrynkowego bostona, założył swoją i z głośnika rozległa się melodia wstrząsająca tragiczną uliczną pospolitością. „A Paris dans chaque faubourg.” — śpiewał gardłowy, pełen wyczuleń, mimo pozornej grubości, głos kobiecy. Martę przejął dreszcz, oczy jej zaszkliły się; znała dobrze tę płytę i zawsze reagowała na nią wzruszeniem: nie można było nie kiwać potakująco głową w rytm tego przeszywającego śpiewu. — To stare — rzekł Wilga, gdy płyta skończyła się — sprzed trzydziestu blisko lat. — Takie jakieś. — rzekł z przekąsem Meteor.

— Proszę do stołu — powiedziała Marta i przestraszyła się. — Przepraszam — rzekła do Wilgi

— że się tak rządzę. — Uroczo — uśmiechnął się Wilga — ma pani w sobie jakiś nieporównany wdzięk. — Może dlatego — rzekła Marta — że jestem bardzo głodna. Cały dzień na ciuchach. — Gdzie wódka? — zawołał Meteor — no, najwyższy czas. — Wilga spojrzał nań z chłodnym uśmiechem. — Skąd ten zapał do alkoholu, panie Chaciak? — spytał. — Inaczej się żyje po wódce — brawurował Meteor — na różowo. Prawda, pani Irmo? — Nie wiem — powiedziała Marta, nakładając sobie spory płat pachnącej szynki. Wilga poszedł do kuchni, skąd przyniósł dwie pięknie zamrożone butelki wódki: czystą eksportową i tarniówkę. — Pani pozwoli? — spytał, pochylając się z butelką w ręku nad Martą. — Oczywiście — rzekł szybko Meteor. — Lej, Aluś. Dziś żyjemy! — Marta skinęła przyzwalająco głową, gdyż usta miała zakorkowane olbrzymią rzodkiewką. — No, żeby nam się dobrze działo! — Meteor wzniósł kieliszek; Marta przełknęła i wzniosła swój, po czym wszyscy wypili. — Eeec. — rzekł z przesadnym rozczarowaniem Meteor do Marty — tak nie można. Tutaj, w tym lokalu, pije się całe kieliszki, łeb w łeb, równo-równo i al pari, a nie po połowie. Będziemy się z Alusiem na panią gniewać. — Panie Witoldzie — rzekła Marta — muszę wpierw coś zjeść. W żołądku mam idealną próżnię, upiłabym się od razu. — „Witold się teraz nazywa.” — pomyślał z mściwą satysfakcją Wilga. — Wituchna — rzekł do Meteora — pani Irma będzie piła tak, jak na to będzie miała ochotę. Rozumiesz? — Nie rozumiem — upierał się Meteor; pierwszy kieliszek spło — mienił mu od razu uszy — albo się jest dobrym kumplem, albo się nie jest. My ludzie trunkowi. Jak zabawa, to zabawa. Nerki i wątroby, naplewat’, mamy w gruzach, ale za to coś żeśmy z życia mieli. No, Aluś, repetuj! — Wilga nalał dwa kieliszki, nie zbliżając się do Marty. — Ładujemy! — zawołał Meteor podnieconym głosem — pani Irmo, siup! — Marta uniosła kieliszek i wypiła tym razem do końca: zimna wódka smakowała jej, nie czuła innych skutków poza przyjemnym podnieceniem. Rozległ się dzwonek. Wilga wstał i wyszedł. — Irma! — Meteor przysunął się szybko do Marty, nalewając jej kieliszek — no, a teraz ze mną. Tak na ty. — Obrzucił ją spojrzeniem numer siedemdziesiąt cztery, jednym z zupełnie niezawodnych. — Dyrektorze — zachichotała Marta — nie tak od razu. Muszę się przyzwyczaić. — Przyzwyczajać się będziemy później — rzekł Meteor; nozdrza mu drgnęły uwodzicielsko, gdyż sądził, że to podoba się kobietom. Wszedł Wilga i rzucił pęk kluczy na sekreterę; Marta skojarzyła to szybko z ciszą, jaka zapanowała za ścianą, spoza której dochodziło dotąd ciche, lecz nieustanne dudnienie warsztatu. — Która godzina? — spytała Marta. — Czwarta — rzekł Wilga, spoglądając na złotego longinesa. — Późno — westchnęła Marta. — Nie późno, żadne późno! — zawołał Meteor i zerwał się z krzesła; nastawił nową płytę, z adapteru rozległy się podrywające, synkopowane dźwięki szybkiego swinga. — Zatańczymy — rzekł władczo Meteor, ujmując dłoń Marty i unosząc ją niemal z krzesła. „Właściwie — pomyślała Marta — i tak miałam jeść obiad na mieście. Mogę tu zostać jeszcze godzinkę”. Wilga usiadł na poręczy skórzanego klubzesla z kieliszkiem w ręku i obserwował tańczących. — Podoba się ta skakanka, co? — rzekł Meteor, przyciągając Martę blisko siebie. — „Ba. Ba. Baczumia.” — podśpiewywał głośno. Marta tańczyła dobrze, lecz niechętnie. — Tak blisko nie można — odsunęła się zdecydowanie od Meteora — tego się tak nie tańczy. I w ogóle, nie uważa pan, że to idiotyczne, takie solowe występy, gdy pan inżynier próżnuje? — „Jak ona się zmieniła? — zastanawiał się tępo Meteor — na ciuchach była zupełnie inna.” — Aluś — rzekł nagle Meteor — zostawimy jeszcze panią Irmę na chwilę. Mam do ciebie męski interes. — Proszę bardzo — rzekła Marta — niech się panowie nie krępują. — Od paru minut frapowała ją mocno nowa kombinacja z sardynki i sera na jednej kanapce, nie potrzebowała nikogo do tych eksperymentalnych doświadczeń. Wilga i Meteor wyszli do przedpokoju. Marta odetchnęła z ulgą i przysunęła ku sobie sardynki.