— Dalej. — szepnął Meteor, wskazując w przedpokoju drugie drzwi. Wyszli do kantoru i Meteor zasunął starannie kotarę, asekurując się przed podsłuchem. — Ty, Aluś — zaczął — jesteś kolegą? — Bo co? — spytał zimno Wilga. — Jesteś stary kumpel czy nie? — nalegał Meteor — jesteś czy nie jesteś? — Załóżmy, że jestem — rzekł beż jednoznacznych enuncjacji Wilga — to co? — To spływaj stąd. Jedź do kina, na wódkę, na spacer do Wilanowa, dokąd chcesz — mówił szybko Meteor. — Ja tu z nią zostanę. Na dwie godziny, nie dłużej. Powiesz, że nagły telefon, tak żeby się nie troknęła. Ja tu ją jeszcze trochę podleję, potem zreferuję i cześć, No, jak? Załatwione? — Wilga spojrzał przeciągle swymi wyblakłymi oczami na Meteora. — No? — denerwował się Meteor; pot zalśnił mu na gładkim czole. — Nie — rzekł twardo Wilga. — Oszalałeś? — krzyknął Meteor — reformator się znalazł! Armia Zbawienia! Od kiedy cię drażnią takie rzeczy? Dobroczyńca ludzkości! — Palant jesteś — rzekł beznamiętnie Wilga — i zamknij japę, dobrze? A teraz uważaj: to ty się pożegnasz niebawem i pójdziesz stąd na zbitą mordę. — Meteor przysiadł ze zdumienia na biurku, patrzył niemo przez chwilę na Wilgę, po czym wybuchł cienkim, piskliwym śmiechem. — Nie? Trzymajcie mnie! Nie mogę! — zachłystywał się. Aluś pcha się na kocioł? Ty capie! Po raz pierwszy od lat ci się zachciało?… — Wilga patrzył nań beznamiętnie, zimno, namyślając się widocznie. — Czekaj — powiedział po chwili — zrobimy inaczej. Zostajesz i załatwimy obaj. Pogodzimy się — uśmiechnął się jakoś lepko, odsłaniając zżółkłe od tytoniu, szerokie jak łopaty zęby. — Balecik? — Meteor przestał się śmiać i zastanowił się poważnie. „Sam boi się, że nie załatwi. — pomyślał szybko i trafnie — potrzebuje kogoś do pomocy, stary paralityk”. — Nie najgorsza myśl — rzekł Meteor — zrobione. Daj łapkę na zgodę. Tylko musisz mi pomóc podlać ją należycie, bo bez wódki nie pojedziemy. — „Podleję, podleję. — pomyślał Wilga — i ciebie, pacanie, tak podleję, że cię przez trzy dni nie docucą”.
Wrócili do stołowego. Marta kończyła właśnie pięknie zbudowaną kanapkę. — Music! — zawołał Meteor — maestro, please! — zwrócił się do samego siebie; wyłączył adapter i włączył radio; przez chwilę kręcił gałkami, po czym obwieścił: — Zostajemy w ojczyźnie! — Z głośnika rozległ się sygnał, zapowiadający orkiestrę taneczną Polskiego Radia i zapowiedź foxtrota pod nazwą „Orient — Express” — Tra la la la la la. — rozbawił się Meteor, podśpiewując rozgłośnie, ale zaraz zmitygował się, że nie jest w dobrym tonie chwalić rodzime orkiestry. — Ten Cajmer. — rzekł z niesmakiem — taka rąbanka. — Wilga otworzył kredens. — Pani Irmo — rzekł — najwyższy czas skosztować czegoś rzeczywiście dobrego. — Wyjął butelkę ginu „Gordon & Walker”, flaszkę włoskiego wermutu i sok pomarańczowy. — Mały cocktailik. — ucieszył się Meteor. Marta nie oponowała. Miała ochotę na alkohol, smakował jej dzisiaj i nic nie wskazywało na to, że wypicie jeszcze paru kieliszków może mieć dla niej złe skutki. — Klawo — powiedziała po warszawsku — dawaj pan te cuda! — O, taką cię kocham! — zawołał Meteor — równa babka! Aluś, daj nam po jednym ginie na początek. — Wilga nalał, Marta nie wymawiała się; piekielnie mocny, lecz ładnie pachnący trunek smakował dobrze, policzki Marty poróżowiały. Meteor nalał szybko po jeszcze jednym kieliszku. — Hola — zastopowała go Marta — spokojnie, drogi przyjacielu. — A może teraz wermuciku? — spytał Wilga z uśmiechem — podkład przecież pani ma, prawda? Dobre te sardynki, nie? Co francuskie, to francuskie — dodał z lekką melancholią. — Mój ukochany kraj. — Coś dla dojrzałych panów — rzekł Meteor — rentierzy, morda ich twarz, emeryci. — Meteor mówił coraz głośniej, wypił swój gin i już prawie krzyczał.
— Dyrektorze — rzekła Marta do Meteora — niech pan uważa. Ten gin to mocna wódka. Z kopytem. — Kto ma uważać? — oburzył się Meteor — ja? Co dla nas znaczy taka flacha, nie, Aluś? — Jasne — przytwierdził Wilga — co to znaczy dla takiego kiziora, jak Wituś Chaciak. No, to lu! — Marta wzniosła kieliszek i umoczyła wargi. — Fe, Irma! — zawołał Meteor — łamiesz się? — Nie łamię się — rzekła Marta — ale nie chcę wermutu. Nie lubię słodkich wódek. — Proszę bardzo — pośpieszył z galanterią Wilga i zmienił kieliszek — tarniówka, eksportowa, gin? Czym mogę służyć? — Ten gin. — rzekła Marta z wahaniem; gin wydawał jej się najmniej niebezpieczny. — Gorąco! — zawołał Meteor; wstał i zdjął marynarkę, po czym zwrócił się do Marty — i spytał: — Pozwolisz, prawda? — Marta wzruszyła ramionami. — Taka piękna pogoda — rzekła — szkoda czasu na siedzenie w tych ścianach. Poszlibyśmy na spacer. — To potem — rzekł Meteor z uspokajającym gestem prawej dłoni, jakiego używają wytrawni handlarze przy targowaniu się — potem weźmiemy wózek, kocyki i hajda! Pojedziemy się przespać na zieloną trawkę. — Nie wszyscy — mruknęła Marta; zaczynało ją złościć to wszystko. — Lubisz takie majóweczki, autka, te rzeczy? — ćwierkał Meteor, obejmując Martę ciasno ramieniem i nie słysząc tego, co ona mówi. — No, wódka stygnie — rzekł Wilga, wznosząc kieliszek. — Co się tak podpalasz, stary koźle — rzekł wesoło Meteor, jego piękne, modre oczy nabierały coraz bardziej szklistego, porcelanowego wyrazu — taki figlarz się z ciebie, naraz zrobił. A ofertą Dzidziaszewskiego wzgardziłeś, chi, chi, chi — przypomniał sobie. — Dzidziaszewski, ten ginekolog. — pośpieszył poinformować Martę. — Wiesz, Irma, my to jesteśmy obstawieni. Żadnych wpadek z nami, nic się nie bój, jakby co, to od razu pomoc lekarska. — Świetnie — rzekła Marta, sztywniejąc; odeszła ją nawet ochota do jakiejś ciętej repliki. Wstała i zbliżyła się do radia. Meteor wstał również i podszedł do niej. — No, tańczymy — rzekł — hecujemy się. Rajcowna babka jesteś. — doszedł do wniosku i klepnął Martę poniżej pleców. — Panie dyrektorze — rzekła zimno, Marta — mój narzeczony rozwaliłby panu makówkę, gdybym mu o tym powiedziała. — Nie na nas takie mowy. — Meteor wzdął pierś, pewny w tej chwili swej nadludzkiej siły — nie takich kozaków, jak twój narzeczony, odwożono spod mojej ręki do szpitala. Zostaw tę gadkę, dziewczyno, bądź poważna. My chłopcy z talentem, nie znasz mnie jeszcze. Tu! — zawołał wskazując oczami na napięty, cieniutki muskuł ramienia — patrz, jaki kop tu siedzi. — Widzę — rzekła flegmatycznie Marta — a raczej wyobrażam sobie, bo zobaczyć można niewiele. — Co to za narzeczony? — przypomniał sobie podejrzliwie Meteor — przecież jesteś dopiero co po rozwodzie? — To co? — zawołała kłótliwie Marta — nie wolno mi mieć narzeczonego? Może nie mam prawa? Pan mi nie pozwoli? Nazywa się. — zgubiła się naraz w decyzjach: chciała powiedzieć Witold, ale uznała, że opis Zenona będzie bardziej celowy w tych warunkach; wobec tego nie powiedziała nic. — Kieliszeczek ginu? — zaproponował Wilga, który siedział w pozie przychylnie zainteresowanego tym wszystkim obserwatora. — Z chęcią — rzekła Marta; wódka nie czyniła na niej większego wrażenia, uznała zaś, że rozsądniej będzie ustępować taktycznie na tym polu; poza tym poczuła przypływ pełnej uraz melancholii na wspomnienie Witolda. — Gorąco — rzekł Meteor ściągając krawat i rozpinając szeroko koszulę na chudej piersi. — Mam! — krzyknął nagle — genialny pomysł! Robimy plażę! Irma, rozbieraj się! Gdzie masz ten kostium, co ci kupiłem? — Dyrektorze — rzekła Marta powoli — może trochę lodu na móżdżek, nie? — Piękna idea — odezwał się nieoczekiwanie Wilga — pani musi być zbudowana jak bogini. Prawdziwa nimfa albo oczko wyżej. Diana. — Wszyscy się rozbierają! — Meteora ogarnął entuzjazm — wszyscy! cha, cha, cha! — zatoczył się naraz ze śmiechu — Irma, skonasz z radości, jak zobaczysz Alusia po sportowemu. No, już! — Do widzenia — rzekła Marta twardo — może panowie mnie stąd wyprowadzą, dobrze? W domu czekają na mnie liczne obowiązki. — Meteor zmrużył oczy, nagła brutalność zarysowała mu się w odętych wargach. — Siostrzyczko — powiedział tonem cwaniackiej kpiny — a kawa? A keksy? Zostawisz to bez początku? A kostium, który ci odpaliłem? To za darmo, co? — Bardzo dziękuję za kostium — uśmiechnęła się pojednawczo Marta — za wyrządzoną grzeczność. — CHała — rzekł zimno i obraźliwie Meteor — cHała nie grzeczność. Z choinki się panienka urwała? Taki kostium za dwie stówy? Dopłaciło się co nieco. — Ach, tak? — rzekła bez specjalnego zdziwienia Marta — powinnam się była tego domyślać. — Otworzyła koszyk i wyjęła kostium. — Proszę — wręczyła białą, miękką materię Meteorowi — i poproszę o dwieście złotych z powrotem. Mam nadzieję, że jako doświadczony przedsiębiorca odzieżowy sprzeda pan go z odpowiednim zyskiem. — Nie lubię takich rozmów u mnie w domu — skrzywił się z niesmakiem Wilga — groszowe zagadnienia. — Cudo — rzekł Meteor, zapominając o wszystkim i ujmując rozpostarty kostium w dwa palce — no, Irma, bez głupich kawałów. Rozbieraj się, muszę zobaczyć, jak będziesz w tym wyglądać. Po coś tu przyszła, do cholery? — rozkrzyczał się naraz — nie wiesz może, co? Jak tu szłaś, to nie byłaś taka dziewica, wiedziałaś, po co idziesz! — Wituchna — uśmiechnął się krzywo Wilga — chodź na chwilę, muszę ci coś powiedzieć. Przeprosimy panią. — Wstał i ukłonił się dość lekceważąco, po czym wyciągnął Meteora do kantoru zamykając za sobą starannie drzwi. „O czym oni mówią? — zagryzła wargi Marta, zostawszy sama — niewesoło. Ale się wpakowałam, ładna historia!” — Podeszła do drzwi, pochylając ucho ku dziurce od klucza, lecz nic nie było słychać. „Ten stary baran może się okazać jeszcze groźniejszy od tego mydlanego idioty.” — zasępiła się, przypominając sobie, nagłą zmianę frontu Wilgi. Zebrała wszystkie swe rzeczy, poprawiła włosy i ujęła koszyczek w rękę.