Выбрать главу

Na dole Kruszyna wrzucił Pająka na żelazną platformę z tyłu wozu i nakrył go brudną plandeką. Po czym wskoczył raz jeszcze na górę po bilety, które ułożył starannie pod ławeczką lory. — Panie inżynierze — rzekł do Wilgi, który zszedł na dół — ale kto z tym poleci? Ja muszę zaraz na Próżną. Chłopców z gwardii zsadziłem z wozu, po co mają wiedzieć. Poślę ich tramwajem na Wilczą, to zaczekają przed bramą, razem z Meteorem. — Zaraz ci kogoś dam — rzekł dość skwapliwie Wilga i ruszył w stronę odległego, oświetlonego kąta garażu, gdzie kręcili się jacyś ludzie. — Kitwaszewski — powiedział podchodząc — chodź no tu! — Od pracujących w kącie przy oponach oderwał się wysoki, chudy mężczyzna w brudnej, siatkowej koszulce i wytłuszczonej cyklistówce na głowie; typowym dla mechaników ruchem ocierał ręce o tył świecących od smarów, drelichowych spodni. — Słucham pana inżyniera? — rzekł z ugrzecznieniem. — Zrobisz dwa kursy na tej chevrolecie — rzekł Wilga, wskazując ciężarówkę — na Wilczą i na Próżną. Na Wilczej będzie czekał przed bramą pan Meteor, znasz go, prawda?

— Znam — przytaknął Kitwaszewski. — Co to? — spytał Wilga — wódkę piłeś? — Tyci-tyci — rzekł wzgardliwie Kitwaszewski — tyle co nic. Niecały litr na trzech. — Hmmmm — zatroskał się Wilga — i puścić ciebie teraz na koło? — Panie inżynierze — w półmroku garażu widać było, jak lśniąca twarz Kitwaszewskiego zbiegła się w niezliczone zmarszczki cwaniackiego uśmiechu — nie ma o czym mówić. Co to znaczy taka kropla? I to kto ma zastrzeżenia, pan inżynier, taki fachowiec! — Już dobrze — rzekł Wilga — siadaj i jedź. — Kitwaszewski podszedł do chevroleta, wspiął się lekko i wprawnie do szoferki i zapuścił motor. Kruszyna wszedł na stopień i podał mu dokładny adres, a następnie wybiegł przed bramę, — Szaja! — gwizdnął przez zęby. Od grupki młodych ludzi, palących papierosy wokół żelaznej latarni, oderwał się niewysoki facet. Kruszyna rzucił mu parę szybkich zdań, po których Szaja kiwnął głową. — No, robim rząd i idziem stąd — rzekł Szaja, wracając do swych ludzi: gwardia wsadziła ręce w kieszenie i ruszyła w stronę ulicy Żelaznej rozkołysanym krokiem.

Robert Kruszyna wrócił na górę. Wilga siedział w fotelu paląc papierosa i wpatrując się w Martę, stojącą ciągle nieruchomo w framudze drzwi do alkowy. W oczach Wilgi płonęły nie znane dotąd Kruszynie błyski. — Robert — rzekł Wilga wolno — po tych wszystkich przykrościach, jakich doznaliśmy od tej pani, czy nie należy się nam jakaś rekompensata? — Rekompensata? — spytał Kruszyna nieporadnie, gdyż nic rozumiał tego słowa. — Ja myślę. — rzekł Wilga i prawa górna powieka zaczęła mu drgać z niebywałym przyśpieszeniem. — Ja myślę, Robert, że ty jesteś równy chłop i prawdziwy mężczyzna. I wiesz, ile się człowiek nacierpi w życiu od tych dziwek. Ile ci krzywd wyrządzą, ile numerów zrobią, ile razy cię wystawią tyłkiem do wiatru, byle tylko kto inny takiej podleci. — To racja — przyznał Kruszyna — słuszna mowa, panie inżynierze. — Westchnął rozgłośnie na wspomnienie czegoś, o czym wolał nie mówić. Marta cofnęła się za próg, oczy rozszerzyły się jej z przerażenia: od razu wiedziała, do czego zmierza ten spełzły, wyblakły, straszliwy facet. Nagłym ruchem zatrzasnęła za sobą drzwi i błyskawicznie zaczęła pchać co cięższe sprzęty alkowy w ich stronę. „O Boże! Co to będzie? Co to będzie? Jak ja.” — dygotało w jej rozpalonym przerażeniem mózgu. Nie mogło być nic ohydniejszego od strasznej zapowiedzi, która drgała w głosie Wilgi. — Cha, cha, cha — zaśmiał się Wilga, jakby podniecony akcją Marty, jego łysa czaszka pokryła się purpurą — słyszysz, barykaduje się? Dziewica się znalazła! — Rzeczywiście — przytaknął Kruszyna rozbawiony — coś nowego? Nowy sposób certowania się, cha, cha, cha. Wszystko pic i fotomontaż. — No. Robert, do dzieła! — zakomenderował Wilga i krzyknął: — Ty, Ala w krainie czarów! Druga Nina! Otwieraj — oraz rąbnął ramieniem w drzwi. Meble odsunęły się z lekkim chrobotem nawet pod tym pchnięciem. — To pan inżynier chce tak na siłę? Na chama? — domyślił się dopiero Kruszyna. — Coś nie tego. Czytał pan „Alę w krainie czarów?” To fajna knypa, nie? — zaczął naraz z dużym nakładem zainteresowania. Zupełnie bezmyślnie wparł się potężnym barkiem w drzwi, dlatego tylko, że gdy ktoś coś robił, Robert Kruszyna musiał pomagać, bo taką już miał naturę: rozległ się Hałas rozsuwanych sprzętów i drzwi puściły bez trudu. W kącie pokoju stała Marta z ciężką popielniczką z brązu w rękach. — Jeśli któryś. — zaczęła zdławionym głosem. Po policzkach płynęły jej łzy, wielkie i błyszczące jak srebrzysty groch. — Bobuś! — rzekł cicho i przejmująco Wilga — łap ją! — Sunął przed siebie nienaturalnie sztywny, prosty jak ruchomy sopel lodu, oczy szkliły mu się niebiesko jak w halucynacji. — Zetnijcie mi głowę — szepnęła Marta bezsensownie. — Cha, cha, cha — zaśmiał się serdecznie Kruszyna — po co takie rzeczy? Od razu głowę? Zupełnie jak Królowa Kierów w.Ali”. — Widać było, że myśli jego bawią ciągle przy owej pasjonującej lekturze. — Taaak — powiedziała głośniej Marta, zwracając się wyraźnie do Kruszyny — tylko gdzie są te ciasteczka z napisem „Zjedz mnie”, które pomagają w każdej sytuacji? — To pani czytała „Alę w krainie czarów”? — ucieszył się Kruszyna. — Oczywiście, że czytałam — rzekła Marta, łykając łzy. — To moja ukochana książka — uśmiechnęła się tak promiennie i zniewalająco, że Kruszyna aż przetarł oczy ze zdumienia: w uśmiechu tym dojrzał bowiem naraz Alę i Białego Królika, Susła, Księżniczkę, Zająca Marca, Kapelusznika i Króla Kierowego — jednym słowem to wszystko, za czym tęsknił, a czego nigdy nie widział ani w swym utraconym dzieciństwie, ani też nigdy później.

— Ten podwieczorek — zaczął szybko — zupełnie jak w życiu. A „Kubusia Puchatka” czytała pani? — spytał nieśmiało, nie wierząc, iż można spotkać tak bratnią duszę w świecie pełnym obcości. — Czytałam — westchnęła Marta. — Uwielbiam Puchatka i Kłapouchego. — Inżynier Albert Wilga szedł przez alkowę krokiem lunatyka: znalazłszy się obok Marty nie zatrzymał się, lecz szedł somnambulicznie dalej w stronę kuchni jak strzała, która chybiła celu i porusza się bezużytecznie w przestrzeni. — Proszę pani. — Robert Kruszyna stal w postawie pełnej nieokreślonych emocji, zaciskając i otwierając dłonie ruchem człowieka, który ma mnóstwo do powiedzenia i dlatego nie wie, co mówić, od czego zacząć — ja chciałbym z panią pogadać, bo widzi pani, ja to strasznie lubię i zawsze to czytam. To takie ciekawe — uśmiechnął się dziecięco — i takie ładne. Śliczne! — Oczy jego zetknęły się ze wzrokiem Marty i po raz pierwszy w życiu Robert Kruszyna znalazł zrozumienie dla tych spraw i dla swoich uczuć w oczach dorosłego człowieka. — Ja teraz muszę iść — rzekł pośpiesznie — ale wrócę tu. Postaram się prędko. Pogadamy, dobrze? Tak strasznie się cieszę, że pogadamy, dobra? — Dobra — uśmiechnęła się ciepło Marta — niech pan szybko wraca. — Inżynierze — zawołał Kruszyna — jadę na Próżną.