Kuba Wirus przystanął na rogu Żelaznej i Krochmalnej, rozejrzał się wokoło, po czym spojrzał w górę. Szeroko i wysoko ciągnęła się tu odrapana ściana domu, usiana żelaznymi balkonikami. Z obydwu stron kamienicy widać było czarne deski wysokiego parkanu, zakończonego drutem kolczastym. Tuż przy Kubusiu widniały założone okiennicami okna parteru: przez szpary okiennic przesączało się światło i muzyka akordeonu. Wieczór był chłodny i drzwi wejściowe zamknięte. W drzwiach, za szybą, wisiała szklana tablica, głosząca niebieskimi literami: „Warszawskie Zakłady Gastronomiczne — Bar «Słodycz» — IV Kategoria”. Kubuś poprawił szmaragdowo — kakaową muszkę, nabrał głęboko powietrza jak pływak przed skokiem do wody i pchnął zdecydowanym ruchem drzwi.
Nawet najpogodniejszy, pełen uczuć misjonarz, pozbawiony — powonienia i od urodzenia daltonista, ugiąłby się pod ciężarem pierwszego kontaktu z wnętrzem baru „Słodycz”. Wnętrze było nieduże, ale za to pełne ludzi: siedzieli przy stolikach, pochyleni ku sobie charakterystycznym ruchem wzajemnie się o tym samym przekonujących pijaków, stali w przejściach między stolikami i przy kontuarze w głębi. Odgłos otwieranych drzwi zwrócił ku wejściu parę głów, które na widok Kubusia wróciły bez specjalnego wzruszenia do swych poprzednich pozycji. „Znaczy się — pomyślał szybko Kuba — że nie zwróciłem tu niczyjej uwagi. W dechę.” Rozejrzał się bystro wokoło i dostrzegł kilka par oczu, wbitych w siebie z zainteresowaniem, lecz bez wrogości. Były to spojrzenia, jakimi obrzuca się nieznajomego, lecz nie obcego. Tak patrzał na niego uwijający się wśród stolików krępy kelner w brudnawej kurtce, narzuconej na kolorową koszulkę gimnastyczną; tak patrzała nań jaskrawo wymalowana kobieta o tępej twarzy, jedząca łapczywie rybę w galarecie przy najbliższym stoliku. Te spojrzenia nie uwierały, nie gniotły, przeszedł nad nimi łatwo dalej, natomiast doznanie ciężaru czyjejś bacznej obserwacji nie ustępowało. Uczynił dwa kroki w przód, szukając wolnego stolika, i wtedy, skroś oparów, odorów i Hałasu, dojrzał za kontuarem zwróconą ku sobie twarz dziewczyny. Natychmiast też zaczął przepychać się w tamtym kierunku.
Drogę zagradzały zbite ciasno stoliki, oblepione ludźmi, obstawione brzydkim szkłem, kieliszkami, kuflami, butelkami wódki i sztucznie barwionej lemoniady. Bar „Słodycz” żył pełnią życia, osiągał w tej godzinie apogeum istnienia: to, co działo się teraz, mogło się tak dziać tu tylko o tej porze. Czerwone, zamazane alkoholem twarze, melancholijne przyśpiewki, podrywająca wesołość, gorycz i żal, miłość i nienawiść objawiały się tu w sposób jedyny, cechowany ową nie do podrobienia pieczątką taniej, warszawskiej knajpy. Furmani i robotnicy kanalizacyjni, szoferzy i tragarze, uliczni sprzedawcy wiecznych piór i okładek do dowodów osobistych wraz z wozakami, złodziejami kieszonkowymi i węglarzami pili tu wódkę w towarzystwie handlarek owoców i włoszczyzny, pomywaczek, złodziejskich utrzymanek i zniszczonych, uszminkowanych kobiet, żyjących z rozlicznych alimentów. Przy jednym ze stolików, w samym środku, siedział chudy mężczyzna o beżowych włosach i bladych, zaropiałych oczach, kołyszący rozlewnie głową nad trzymaną na kolanach harmonią, na której grał donośnie i z przejmującym smutkiem walca „Fale Dunaju”, przerywając co parę taktów na chwilę wystarczającą do wypicia podwójnej stopki wódki
1 tęgiego haka jasnego piwa na zakąskę.
Kuba dotarł do bufetu i spojrzał natarczywie na dziewczynę. Była bardzo ładna i bardzo zajęta. Zwijała się szybko i sprawnie wśród wydawanych zakąsek, odpieczętowanych półlitrówek, rachunków i bonów, podrzucanych przez kelnera. Brudny, niegdyś biały fartuch opinał jej przepyszny biust, smagłe, pełne ramiona wychylały się z wysoko podkasanych rękawów. Miała smoliście czarne włosy, gładko ściągnięte do tyłu, ogromne, ciemne oczy i pełne, ślicznie skrojone wargi, na których gruba i tania szminka dawała efekt egzotyczny. Piękne brwi, pociągnięte grubo ołówkiem, i zdrowe, rumiane policzki niepotrzebnie podmalowane wywoływały ból w sercu na widok tego bezmyślnego niszczenia złą kosmetyką tak hojnie przez naturę rozsianych skarbów. — Hawajka — powiedziała do niej otyła jak klucha kasjerka o czerwonej twarzy, odziana w zdobną w falbanki suknię — krzyknij na Wieka, żeby dał nową beczkę. Tu już sama piana. — To mówiąc, wykręciła kran z pustej beczki. — Siostro — rzekł Kuba — niech mi pani naleje jednego haka i położy na czymś kawałek śledzia. — Hawajka spojrzała na Kubę, jakby go dopiero co zauważyła.
— Tylko przy stoliku — powiedziała opryskliwie — przy bufecie się nie daje. — Ja wiem, że się nie daje — rzekł Kuba — ale, siostrzyczko, nie ma gdzie usiąść, a mnie jest bardzo potrzebna jedna wódka i dzwonko śledzia. — Daj panu — wtrąciła się kasjerka, patrząc na Kubę z niechęcią; chciała widocznie uniknąć uporczywej dyskusji, która jest żywiołem dla warszawskich alkoholików w takim stopniu, jak woda dla ryb. Kubuś nie mógł oderwać wzroku od dość szeroko rozchylonego wycięcia fartucha na piersiach Hawajki, gdzie widać było rąbek niezbyt czystej bielizny i skąd wynurzała się cudownej smukłości, gładka, smagła i mocna szyja. „Hawajka. — myślał Kubuś z upojeniem — jak pragnę zdrowia, prawdziwa Hawajka z ulicy Browarnej. Albo z nieco dalszego archipelagu. Z Tarchomińskiej. — Cudo!” Dziewczyna nalała Kubusiowi wódkę i podała śledzia na zapałce, po czym ostrym ruchem zmniejszyła swój dekolt obciągając fartuch. — Dlaczego? — jęknął Kubuś. — Dlaczego to pani uczyniła? Dlaczego wyrządza mi pani bolesną krzywdę w pierwszej minucie znajomości? — Wzrok ich zetknął się na ułamek sekundy i w czarnych oczach Hawajki zamigotała wesoła przychylność. — Śmieszny z pana człowiek — powiedziała, ukazując białe zęby w uśmiechu. — Pani nie z Warszawy, prawda? — spytał Kuba z galanterią, jakby pragnąc usłyszeć wreszcie o zamorskim pochodzeniu tej istoty. — Nie — odparła życzliwie Hawajka — z Mogielnicy. Zna pan? — Nie — rzekł Kubuś z żalem — niestety. Ale to nic — oświadczył z nagłą stanowczością — wybiorę się tam swoim szkunerem. Czy Mogielnica to atol, czy laguna? — Nic nie rozumiem — rzekła dziewczyna z uśmiechem. — Hawajka! — krzyknęła wrogo kluchowata kasjerka — teraz nie czas na flirty! — Po co ten krzyk, pani Lidio? — odparła z tupetem Hawajka. — Widzi pani przecież, że się robi. Co to — zwróciła się do Kubusia — porozmawiać nie wolno? Jestem na etacie, a nie jakieś tam popychle! — Słusznie — przytwierdził z zapałem Kubuś i wypił wódkę. — Widzę, że jest pani uświadomiona. Znaczy się, że Mogielnica jest laguną powiatową, a może i wyżej. — Nie pana czekoladowy interes! — rzekła z udaną opryskliwością Hawajka — nie widział go kto? Blondyn. Ledwie trzy minuty, a już o takich sprawach! Obchodzi go, czy jestem uświadomiona. — Roześmiała się i dodała: — A pan co za jeden? — Na imię mi Lulek — rzekł Kubuś — ładnie, co? — Po czym zwrócił się do kluchowatej w falbankach: — Pani jedna jest mnie w stanie zrozumieć, widzę to w wilgotnym błysku pani — oka. Czasami człowiek spojrzy tylko raz i wie nagle, że życie jego zaczęło się w tej właśnie chwili. No, nie? Niech pani powie, widzę, że ma pani duszę artystki! — Owszem — przyznała kluchowata — ma pan rację. Zdarzyło mi się parę razy coś takiego. Ale to było dawno — westchnęła. — Co dawno? — żachnął się Kuba — te parę lat się nie liczy. Słowo „dawno” nie istnieje we wspomnieniach. My to wiemy, prawda? — Prawda — uśmiechnęła się ciepło kluchowata. — On jest bardzo miły — powiedziała do Hawajki, wskazując Kubę wzrokiem; dziewczyna nie odrywała od Kubusia oczu. — Hawajka! — krzyknął ktoś zza kotary, z prawej strony — chodź po wódkę! — Dziewczyna wymknęła się zza bufetu i weszła po paru schodkach w górę, demonstrując smukłe, toczone biodra. Kubuś poczuł, że los jego dopełnił się tu, w barze „Słodycz”, do którego ściągnęło go umiłowanie zawodu, a w którym znalazł wielkie fatum miłości. — Królowo — rzekł ponuro do kluchowatej kasjerki — niech mnie pani ratuje! Niedobrze mi! — Ubikacja na prawo — zaniepokoiła się kasjerka — ale na pewno zajęta. Niech pan lepiej pruje na ulicę, ale szybko! — Nie — rzekł spokojnie Kuba — to nie to. Dusza mnie boli. Niech mi pani naleje jeszcze jedną wódkę, dobrze, królowo? — Oparł się łokciami o kontuar, zwracając twarz w stronę salki. Ściany jej, jadowicie zielone, zdobne w brązowe i niebieskie szlaczki, tonęły w sinym seledynie sufitu. Na ścianach pełno było drukowanych tabliczek, na których widniało uporczywie jedno i to samo obwieszczenie: „Za rzeczy zaginione w zakładzie kierownictwo zakładu nie odpowiada”. Bufet, przy którym stał Kubuś, dźwigał na sobie oszkloną za pomocą kitu nadbudówkę, w której stały półmiski z rybą w galarecie i zimnym mięsem, słoje z grzybkami i korniszonami oraz puszki z marynatami i masło w krążkach; za bufetem wznosiły się drewniane półki, pełne butelek „Siwuchy” i wina „Perlistego”. Zewsząd wyrastały kolumny skrzynek, z których wyzierały figlarnie główki półlitrówek z czystą wódką. Beczki piwa, lśniący niklem kran nad zlewem do mycia kufli i ciemnozielona kotara z wypłowiałego pluszu, za którą znikła Hawajka, uzupełniała obraz. Spoza kotary biła przemożna woń źle wymytych garnków i niedobrych potraw w rodzaju siekanych zrazów z zepsutego mięsa ze stęchłą kaszą, co wskazywało na to, że mieści się tam kuchnia.