Po chwili zjawiła się Hawajka, dźwigając w wyprężonych do dołu ramionach skrzynkę z wódką. Ustawiła ją na wieży innych skrzynek i stanęła za bufetem. — Hawajka! — krzyknął ktoś od stolika, przy którym siedział człowiek z akordeonem — nastaw płytę, artysta ma urlop! — Rzeczywiście, beżowa głowa harmonisty spoczywała bezwładnie na instrumencie. Hawajka wyjęła płytę spod bufetu i włączyła małego pioniera na adapterze. Z głośnika rozległo się tango: „Ja znam takie oczy rozwarte i duże, gdzie nieba swój lazur.”, przyjęte na sali z pełnym uznaniem i rozmaitymi przyśpiewkami w rytmie zawadiackich półeczek „Oj, radi, radi, rach, ciach, ciach.” Kuba westchnął. — Pani ma piękne oczy. — powiedział nabrzmiałym uczuciem tenorem. — Doprawdy? — uśmiechnęła się Hawajka; widać było, że deklaracja ta sprawiła jej żywą przyjemność. — Pan ma pięknego motylka — odwzajemniła się, wskazując na muszkę Kubusia. Kubuś bez słowa rozwiązał i zdjął muszkę z szyi. — Proszę — rzekł — niech pani sobie to weźmie. — A na co mi to? — obruszyła się nieco Hawajka, zaskoczona takim rozwojem sytuacji, co nie wpłynęło na sprawność w wydawaniu wódki zaaferowanemu kelnerowi i w odbieraniu odeń bonów. — Na pamiątkę dzisiejszego wieczoru. — rzekł z sentymentalną emfazą Kuba. — Da pani swemu chłopcu, żeby ładnie wyglądał. Tak bardzo pragnę w tej chwili, by radość mieszkała w pani sercu, że z chęcią będę upiększał pani chłopców, aby się pani bardziej podobali. Ma pani przecież chyba jakiegoś chłopca? — Mam — rzekła Hawajka, wyraźnie wzruszona taką wielkodusznością. — To poważny facet. Inny niż ci tu. Fachowiec — dodała z akcentem poufnych zwierzeń, nie przestając rozlewać piwa. — Fryzjer. Ale takich kolorów nie nosi — z żalem wskazała na muszkę. — Mimo to niech ją pani weźmie — nalegał Kubuś — skoro się pani podoba. Zrobi mi pani przyjemność, biorąc ją. Ten strzęp barwnego jedwabiu będzie od dziś jedyną więzią nas łączącą. Dla mnie urasta on do znaczenia symbolu. Zresztą mam zapasową. — Hawajka była poruszona mnóstwem tak pięknych słów; wytarła mokre od piwa ręce w fartuch, — pomyślała chwilę, po czym wzięła muszkę i wsunęła ją sobie za dekolt z wyzywającym uśmiechem. — Dziękuję — westchnął Kubuś; gest Hawajki wywołaj w nim dreszcz bolesnej rozkoszy. Wyjął z kieszeni nową, wiśniowo — perłową muszkę i zawiązał sobie wprawnie pod kołnierzykiem. — To było ładnie z pana strony — szepnęła Hawajka i Kubuś pomyślał, że aczkolwiek chyba nigdy nie zwycięży owego poważnego fryzjera, to przecież już stanowi dla tej dziewczyny jakąś zakazaną urodę życia. — Hawajka — rzekł gruby mężczyzna w okularach z grubego szkła i w czarnej oprawie, który pojawił się naraz obok dziewczyny — może byś się wzięła za robotę, nie? — A co? — prychnęła gniewnie Hawajka — brakuje coś panu, panie kierowniku? — Nie widział go kto, jaki ważny — wtrąciła się szyderczo kluchowata kasjerka. — Porozmawiać dziewczynie nie wolno? — Widać było, że szyderstwo to zaprawione jest samoudręką prawowitej małżonki, radującej się z klęsk niewiernego męża. Kuba spojrzał zaczepnie na kierownika, na jego byczy kark i ogromny nos. „Same mięśnie — pomyślał z troską — góra bicepsów, a na szczycie okulary. Klasyczny restaurator”. Rozumiał wszystko i był gotów do walki: poza grubymi soczewkami szkieł kierownika migotała wściekłość, ta zaś mogła pochodzić tylko z zazdrości, i Kuba poczuł, że dziewczyna znalazła w nim obrońcę przeciw obleśnym konkurom szefa. Ale Hawajka nie wyglądała na istotę potrzebującą pomocy, wobec czego Kuba rzekł z groźną uprzejmością: — Siostrzyczko, jeszcze jedną dużą wódkę dla mnie, dobrze? — Hawajka wyjęła litr, aby nalać, lecz kierownik rzekł opryskliwie: — Nie ma picia przy bufecie. — Co pan powie, panie Śliwka? — zdziwił się dość lekceważąco jakiś wychudły facet o ptasiej twarzy pod cyklistówką, pijący piwo z kufla wielkiego jak jego własna głowa. — Coś nowego. — dodał zaczepnie. — A w ogóle. Co pan od niej chce? Poflirtować z młodym blondynem nie wolno? Z kim ma flirtować? Z panem? — ostatnie słowa nosiły w sobie wyraźną kpinę, widocznie stali bywalcy baru „Słodycz” wiedzieli coś niecoś o lirycznej tragedii kierownika tej instytucji. Kluchowata kasjerka promieniała, widać było, że porażka szefa działa na nią kojąco jak balsam. — Panie kierowniku — rzekł z zastanawiającą łagodnością Kuba — proszę w takim razie o stolik. Dla mnie i dla tego pana — wskazał na wychudłego w cyklistówce. Pan Śliwka poczerwieniał na mięsistej twarzy i już zamierzał coś powiedzieć, gdy drzwi się otworzyły i do baru „Słodycz” weszli Mechciński i Kruszyna. — Przepraszam — r rzekł grzecznie Kubuś do wychudłego — ale akurat przyszli panowie, na których czekam. — Pan Śliwka spojrzał i spotulniał: nerwowo zaczął przestawiać kufle na szynkwasie. Obudzony nagle akordeonista zaczął grać piosenkę „Czekaj, siostro, nie tak ostro.”, podtrzymany przez liczne głosy. Kubuś pochylił się ku Hawajce, w której wzroku znalazł naraz niepewność. Powiedział: — Czy umówi się pani ze mną do kina? — Pan też z branży? Specjalista? — spytała ironicznie Hawajka, wskazując wzrokiem Mechcińskiego. — Widzę, że zatraciła pani łagodność obyczajów swych stron ojczystych. Już przepadł cichy wdzięk pani uśmiechów i nigdy nie zakołysze pani biodrami w rytm ukelele pod strzelistą palmą. Mauna Loa, Mauna Kea, Aloha. te nazwy już nic pani nie mówią, niestety. Przesiąkła pani drapieżnością miejskiej cywilizacji. — Hawajka patrzyła nań ze zdumieniem.” Nic z tego nie rozumiała, lecz strasznie jej się to podobało. — Nie umówię się z panem do kina — rzekła ze smutkiem — bo mam swego chłopca. Niech pan powie, czym pan jest? Introligatorem? Mówi pan jak z książek. — Kubuś uśmiechnął się z czarującą melancholią.