Выбрать главу

Wypowiedziała te słowa, spoglądając mu prosto w twarz. Nie zamierzała flirtować, taka po prostu była. Wychowano ją w przekonaniu, że dopóki mężczyzna nie okaże wrogości, jest przyjacielem i sojusznikiem i należy traktować go w sposób całkiem naturalny.

W gruncie rzeczy niewiele wiedziała o kobiecych grach. choć natura wyposażyła ją w niezbędny oręż. W tej chwili Anna widziała jednak w Jacku jedynie ogniwo łączące ją z domem, przyjaciela rodziny i znajomą twarz.

Z pewnością nie powiedziałaby, iż go lubi, i nie tylko dlatego, że Hamilton najwyraźniej nie żywił do niej przyjaznych uczuć. Jeszcze bardziej irytowało ją to, że izolował się od ludzi.

Do tej pory nie zgłębiła istoty tej postawy, z jej doświadczeń wynikało bowiem, że każdy chce być lubiany i całą swą energię temu właśnie poświęca. Natomiast Jack wydawał się absolutnie obojętny na to, co kto o nim sądzi.

Wiedziała też, że ludzie mają o nim bardzo różne zdania.

Matka nazwała go „uroczym chłopakiem”, a ojciec wspomniał o dobrym przyjacielu i najweselszym chłopcu, jaki mu kiedykolwiek służył”. „Jest fascynujący!” – twierdziły jej współmieszkanki. „Dziwny i nieszczęśliwy”, uważał George. Do tej ostatniej opinii Anna przychylała się całkowicie.

Jack ostrożnie się od niej odsunął, wstał i powiedział zadumanym tonem:

– Sądzę, pani, że masz wszystkie zalety innych panien, a te określenia, którymi je obdarzyłaś, pasują również do ciebie.

Wielkie nieba! – pomyślała zaskoczona. Zdaje się, że powiedział mi komplement! Dość banalny, to prawda, lecz jednak, Została pocieszona i uśmiechnęła się.

– Dziękuję jeszcze raz, Jack. Myślę, że mogę już wrócić do pałacu i nie przejmować się aż tak bardzo.

– Jak sobie życzysz, pani – odrzekł uprzejmie.

Miało upłynąć trochę czasu, nim ponownie nadarzy się im okazja do rozmowy.

Następnego ranka Anna została wezwana do królowej i poinstruowana w sprawie swoich obowiązków. Elżbieta była życzliwa, ale wyraźnie dała swojej nowej damie do zrozumienia, że znalazła się na dworze tylko dzięki rodzicom, którym należą się szczególne względy monarchini.

– Bardzo żałujemy, że Harry nie może być z nami – powiedziała królowa – ani twoja przemiła matką, Bess, dla której mamy wiele ciepłych uczuć. Prawda, Robin?

Anna została przyjęta na audiencji w czasie, gdy królowa przygotowywała się do polowania z sokołem w towarzystwie Roberta Dudleya.

– Tak właśnie jest, najjaśniejsza pani – przyznał faworyt bawiąc się grabą rękawicą, którą Elżbieta miała wkrótce włożyć. Zwrócił swoje niebieskie oczy na Annę. – Jak się miewał twój brat, pani, gdy opuszczałaś Maiden Court? Przypuszczam że dobrze.

– George? Myślę, że całkiem dobrze – odrzekła Anna. – Wyruszył w podróż z nowo poślubioną żoną i wnoszę, że ma się jak najlepiej.

– Oczekujemy, że i on zaszczyci nas wkrótce swoją obecnością – powiedziała Elżbieta. – Wiesz chyba, że zaniedbał swój obowiązek w tym względzie.

Przeszyła Annę ostrym spojrzeniem. Była gotowa pokazać przystojnemu dziedzicowi Maiden Court, jaką wartość mają łaski królowej, ale George stanowczo odciął się od dworskiego życia. Chociaż Latimarowie byli zwykłymi posiadaczami ziemskimi, mieszkającymi na wsi, to jednak zdołali wycisnąć swoje piętno na innych, wyżej stojących rodzinach, mimo że nie sprawowali żadnych wysokich urzędów ani nie odznaczyli się niczym szczególnym w służbie Koronie.

Jej ojciec, Henryk, uwielbiał Harry'ego, którego znał trzydzieści lat, zaś ona była więcej niż zauroczona George'em Również Anna mogła się podobać, ale podczas audiencji Elżbieta nie zmieniła swej pierwotnej opinii. Owszem, dziewczyna miała niezaprzeczalną i oryginalną urodę, była dobrze ubrana i elegancka, ale co wydawało się tak pożądane u mężczyzny, a więc u Harry'ego i George'a, to u kobiety – nie wiadomo dlaczego – raziło.

Za wiele tych ciemnych włosów, pomyślała nagle Elżbieta. W słońcu, którego promienie wpadały do komnaty, lśniły jak zmarszczony, czarny jedwab, a ten kolor u kobiety Elżbietę drażnił. Dlaczego? Ponieważ jej matka, Anna Boleyn, miała podobnie bujne hebanowe włosy i ciemne oczy, bo gdy panna Latimar popadała w zakłopotanie tak jak teraz, również jej niebieskie oczy stawały się prawie czarne. Obie kobiety łączył też podobny, acz trudny do opisania, wdzięk.

W dodatku panna Latimar nosiła imię drugiej żony Henryka, która w końcu wypadła z łask i została ścięta. Elżbieta zadrżała na to wspomnienie. Jednakże… Królowa wyprostowała plecy i wzięła z krzesła swój podbity futrem płaszcz.

– Możesz już iść – powiedziała do Anny. – Robin, ruszamy na polowanie. – Dudley otworzył drzwi i Elżbieta znikła.

Anna opuściła królewską komnatę z poczuciem, że ma najwyżej dziesięć centymetrów wzrostu. W Maiden Court Elżbieta wcale nie była taka oficjalna! – pomyślała z niechęcią. Miała pogodną minę, dobry nastrój, niemal flirtowała z gospodarzem zatańczyła z George'em prawie policzek przy policzku.

Anna, stojąc na korytarzu, niespokojnie się rozglądała. Jeszcze nie przywykła do pałacowego rozkładu zajęć, nie wiedziała więc, gdzie powinna udać się o tej porze. Gdy rozważała ten problem, w korytarzu pojawił się wracający szybkim krokiem Robert Dudley.

– Lady Anna? Mam wziąć dokumenty, które królowa zostawiła w swojej komnacie. Pomóż mi, pani, ich poszukać.

Anna weszła za nim do środka.

– Zdawało mi się, że w planach jest polowanie – powiedziała gdy Robert przeglądał stertę dokumentów na jednym ze stosów…

– Co? Tak, oczywiście, ale po powrocie mamy znowu zająć się sprawami wagi państwowej. – Rozbawiony, spojrzał na dziewczynę. – Królowa nigdy nie przestaje pracować. O, chyba znalazłem to, czego szukam… Nie, to jeszcze nie to. Chodź, pani, pomóż mi, proszę.

– Czego właściwie szukasz, panie?

– Projektu kontraktu małżeńskiego między młodym Fanshawe'em a jego kuzynką Lizzie Butler – odparł machinalnie. – Stawką jest poważny dochód dla Korony… Och, doprawdy, nie jestem sekretarzem! – Rzucił ze złością papiery na. barwny dywan.

Na stoliku przy oknie Anna znalazła osobno leżący zwój pergaminów przewiązany cienką wstążką. Rozwinęła je i przesunęła wzrokiem po tekście.

– Chyba znalazłam – oznajmiła, rozpościerając jedną ze stron.

Robert podszedł do niej, najpierw przyjrzał się dokumentowi, a potem wyczarował dla swej pomocnicy piękny uśmiech.

– Rzeczywiście, znalazłaś co trzeba, pani. Gratuluję!

Byli tak blisko siebie, że Anna wyraźnie widziała, jak błękitne są jego tęczówki i jak bardzo kontrastują z białkiem oczu Skóra na policzkach Dudleya miała lekko złocisty odcień. Jest całkiem przystojny, pomyślała, ale nie na tym polega jego siła Sir Robert roztaczał wokół siebie aurę władczości i właśnie dzięki temu był atrakcyjny.

Jack Hamilton roztacza podobną aurę, pomyślała nagle, chociaż trudno sobie wyobrazić dwóch bardziej różniących się mężczyzn. Widząc, że Anna mu się przygląda, Robert znów się uśmiechnął.

– Może przyłączysz się dzisiaj do naszej kompanii, pani – zaproponował, zwinąwszy pergamin, by ukryć go w rękawie. – Mamy polować na gruntach Montereyów i korzystać do wieczora z gościny właścicieli dworu.

– Nie mogę – odparła zasadniczym tonem. – Nie jestem odpowiednio ubrana do konnej jazdy, a poza tym Jej Wysokość mnie nie zaprosiła.

– Ach, zaprosiła, nie zaprosiła… – Robert skwitował te skrupuły machnięciem ręki. – Elżbieta nie ma dziś w swoim moczeniu żadnej damy dworu. Wszystkim dała wolne, żeby mogły przygotować się do maskarady, która odbędzie się jutro wieczorem. Myślę, że przynajmniej jedna dama powinna ją wspierać. A co do jeździeckiego stroju, to ile czasu potrzeba ci, pani, żeby się przebrać? – Przybrał żartobliwy i dość poufały ton. – Chciałbym, żebyś z nami pojechała… Anno.