– Jeśli uważasz, panie, że narażę się na niezadowolenie królowej, jeśli odmówię, to zaraz się przebiorę i przyłączę do was na stajennym dziedzińcu.
W swojej komnacie Anna szybko zrzuciła suknię i wzięła kostium do konnej jazdy, nagle jednak naszły ją wątpliwości. Królowa spoglądała na nią z taką niechęcią, że mogła unieważnić zaproszenie Dudleya, ostro skarcić swoją nową damę i odesłać do komnat.
No, i co z tego? – pomyślała buntowniczo Anna. Przecież zaprosił mnie jej… Jak to się mówi? Zaczęła się zastanawiać, przyszczypując policzki przed lustrem, żeby dodać im koloru. Potem włożyła kapelusz i opuściła komnatę. O, już wiem: książę małżonek. Przecież tym chce zostać Dudley. Tym, a przy okazji władcą całej Anglii. Tymczasem Elżbieta twierdzi, że go kocha, ale traktuje jak lokaja. Który mężczyzna byłby zadowolony z takiego stanu rzeczy?
Zbiegła na dziedziniec, gdzie zebrała się cała świta, i dygnęła przed królową. Elżbieta zmarszczyła czoło.
– Lady Anna? Co ty tu robisz?
– To ja ją zaprosiłem – wtrącił ze swobodą Leicester. – Martwiło mnie, Wasza Wysokość, że nie ma dzisiaj żadnej damy w twoim otoczeniu.
– Rozumiem… – Królowa zmierzyła go wzrokiem. Tak Robin miał słabość do jej dam, a niektóre 'z nich traciły dla niego głowę ze szkodą dla obu stron, jednak ta panna ograniczy się tylko do przyjmowania wyrazów podziwu, pomyślała Elżbieta. Jeśli to go zadowoli… Wzruszyła ramionami. – Zgoda, jedźmy już. Dopilnuj, żeby łady Latimar dostała odpowiedniego wierzchowca. – Tę ostatnią uwagę skierowała do jednego z kręcących się tam masztalerzy.
Ognista, jasna klacz w istocie okazała się jak najbardziej „odpowiednia”, mogła bowiem sprawić kłopot nawet doświadczonej amazonce. Anna skupiła się więc na tłumieniu energii tego stworzenia, które nieustannie próbowało podrywać przednie kopyta. Mimo to nie umknęła jej uwagi ani uroda dnia, ani mijane widoki.
Anna najbardziej ze wszystkich pór roku lubiła jesień, gdy z drzew spadały barwne liście, a w czystym, ostrym powietrzu unosił się zapach torfu i dymu.
Inni, na przykład jej matka, woleli wiosnę, bujną zieleń, pąki i kojarzącą się z nimi nadzieję, lecz Anna również bez tego żyła nadzieją. Zawsze miała poczucie, że już wkrótce czeka na nią coś zupełnie nowego i bardzo dobrego.
Do majątku Montereyów droga była niedługa. Gospodarz. John Monterey, przystojny mężczyzna w wieku sześćdziesięciu kilku lal, spiesznie wyszedł im na powitanie. Zaraz za nim postępowali dwaj synowie, starszy Ralph i młodszy Thomas, który natychmiast wyłowił wzrokiem Annę i podszedł, by pomóc jej zsiąść z konia.
– Anno! – zawołał z zachwytem. – Nie miałem pojęcia, że będę miał przyjemność gościć cię dziś w naszym domu!
– Dziękuję, Tom – odrzekła, niespokojnie zerkając w stronę królowej. Czy wstąpią do dworu, żeby się nieco odświeżyć? Czy powinna wtedy wziąć płaszcz królowej i towarzyszyć jej do osobnej komnaty?
Jednak nie. Służba w liberii wyniosła na dwór rogowe dzbany z grzanym winem, którym raczono się na dziedzińcu. Potem cała kompania przeszła przez pobliską brzezinę na otwarte pole.
Ze wszystkich sposobów polowania sokolnictwo podobało się Annie najmniej. Nie znosiła tych okrutnych ptaszydeł, które trzymano przykryte kapturami, póki polowanie się nie zaczęło, a potem nagle odsłaniano, by mogły wzbić się w niebo i wnet swymi przenikliwymi, złowrogimi oczami wyszukać młodą kuropatwę lub dziką kaczkę, na chwilę zawisnąć w powietrzu, a potem runąć na zdobycz i pochwycić ją w szpony.
Tresuje się je po to, by zabijały, pomyślała Anna z niesmakiem. Nie służą niczemu innemu, tylko śmierci. Z napięciem na twarzy i ściśniętym sercem stała w wilgotnej trawie, gdy tymczasem cała reszta towarzystwa znakomicie się bawiła.
Był to wyjątkowo udany dzień. Ptak Elżbiety, Kardynał, schwytał kilka dzikich kaczek, bażantów, a co najważniejsze – czaplę, zapewne lecącą ze swego gniazda nad Tamizą w poszukiwaniu żywności.
Królowej z zachwytu aż odmienił się głos. Wszyscy Tudorowie są okrutni, tak przynajmniej twierdził ojciec Anny. Ona sama miała teraz okazję obejrzeć pokaz okrucieństwa na małą, dopuszczalną skalę, ale wcale nie czuła podziwu.
Wreszcie towarzystwo ze swymi krwawymi łupami udało się z powrotem do dworu. Stało się to w bardzo odpowiedniej chwili. Wkrótce niebo zasnuło się chmurami, zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz, a w oddali zagrzmiało.
– Zdaje mi się, że nie podobało ci się na polowaniu – odezwał się Tom do Anny, gdy usiedli przy winie i ciastkach niedaleko kominka w wielkiej sali.
– Masz rację – przyznała.
Gdy znaleźli się w domu, okazało się, że nie spoczywa na niej żaden obowiązek wobec królowej, bo bardzo sprawna służba Montereyów natychmiast zajęła się Elżbietą, w okamgnieniu spełniając jej życzenia. Królowa zajmowała honorowe miejsce i raczyła się teraz winem i słodkościami, otoczona przez dworzan. Gdyby wcześniej postawiła na swoim, nie byłoby w jej świcie ani jednej kobiety.
– Wiem jednak, że pod tym względem musi mi czegoś brakować – ciągnęła Anna – bo wszyscy inni uważają, że nie ma dobrej zabawy, jeśli czegoś nie zabito. Najbardziej złoszczą mnie nierówne szanse – dodała ze smutnym uśmiechem. – Niedźwiedź przeciwko sforze psów, dzikie, leśne stworzenie przeciwko gończakom i uzbrojonym ludziom, ptak nie mający szans obrony przez ostrymi szponami… No cóż, chyba jestem przesadnie wrażliwa, prawda?
Przesadnie wrażliwa, pomyślał ciepło Tom. Nie, ty jesteś delikatna i tak urocza, że nie możesz ani na chwilę zapomnieć o swojej kobiecości.
Tom kochał się w Annie już od roku. Jej brat, George, należał do jego najbliższych przyjaciół i nie dalej jak przed sześcioma tygodniami Monterey podczas ślubu w Maiden Court kroczył w orszaku pana młodego. Harry i Bess zdawali się sprzyjać jego zalotom, lecz to wcale nie zwiększyło jego szans. Anna była jak błędny ognik widywany przez wieśniaków w mroźne noce: zawsze odrobinę poza zasięgiem. Nie ma sposobu, by nadać tej znajomości ziemskiego wymiaru i wydobyć od dziewczyny coś tak prozaicznego, jak obietnica małżeństwa. Tak uważał Tom. który oświadczał jej się cztery razy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Teraz wreszcie miał ją na chwilę w swoim domu i był pewien następnych spotkań, jako że panna Latimar zamieszkała na dworze, liczył więc, że wreszcie uleczy się z tęsknoty, która dręczyła go od dłuższego czasu.
Anne niemal czytała w myślach Toma. Niby powinno jej schlebiać, że zarówno on, jak i wielu innych kawalerów, którzy się do niej zalecali, tak długo okazywało jej wierność, a jednak wcale nie czuła z tego powodu próżnej dumy. Żyła w przeświadczeniu, że jeśli do tej pory nie zawiązała się między nimi nić porozumienia, to nic już z tego nie będzie, i wszyscy inni zalotnicy również powinni to rozumieć.
Rozejrzała się po sali i dostrzegła eleganckie meble, mnóstwo sreber i wiele innych oznak dostatku. Powszechnie wiedziano, że Tom Monterey ma bogatego ojca, a earl dawno już dał do zrozumienia, że jego syn w przyszłości odziedziczy znaczną część tego majątku.
„To jest doskonała partia” – oświadczył Harry, gdy Tom pierwszy raz wystąpił z oświadczynami. Grzeczna córka natychmiast przyznała ojcu rację, po chwili jednak dodała, że nie na takiego kawalera czeka.
Teraz oczy jej zajaśniały na widok starszego z braci, Ralpha, prawowitego dziedzica tytułu i dworu, w którym obecnie się znajdowali. Przyjrzała mu się z dużym zaciekawieniem.