Jeden z jeńców wziętych wiosną okazał się Francuzem. Nie było w tym nic niezwykłego, bo wielu żołnierzy tej nacji zaciągało się u Szkotów jako najemnicy. Ten akurat, imieniem Villeau, pracował kiedyś jako kuchmistrz na szlacheckim dworze we Francji. Wprawdzie potem poszukał sobie bardziej lukratywnego zajęcia, nie zapomniał jednak swoich umiejętności i tego wieczoru przygotował smakołyki, które doskonale odpowiadały upodobaniom królowej Anglii.
.Najefektowniejsze jego dzieło wniesiono pod koniec uczty. Anna, zajmująca miejsce obok gospodarza, który posadził przy królowej gości z sąsiedztwa, spojrzała zdumiona na wielką koronę z waty cukrowej. Na złotych cukrowych nitkach zwisały klejnoty z suszonych owoców. Gdy Elżbieta przyjrzała się już temu dziełu, dostała jego pierwszą porcję, potem zaś paź zaczął rozdzielać resztę pomiędzy biesiadników.
– Dziękuję, nie – powiedziała Anna. – Podziwiam, ale nie wezmę – dodała. Paź zaoferował delikatny specjał Jackowi.
– Ja też dziękuję. – Hamilton wykonał energiczny gest, którym odsunął poczęstunek od siebie.
– Nie lubisz słodyczy, panie? – zainteresowała się Anna. Od początku posiłku nie zamienili ani jednego słowa i pannę Latimar bawił rozmową drugi sąsiad, który jednak przed chwilą przeprosił ją i przeniósł się na podwyższenie dla tańczących, by przejąć rolę lutnisty.
– Nie.
– Moja matka twierdzi, że nadmiar cukru szkodzi zębom – dodała, gdy okazało się, że Jack poprzestał na tym jednym słowie.
– Czyżby? Osobiście nie widzę związku – odparł bagatelizująco.
Anna zaznaczyła, że ludzie unikający słodyczy zwykle zachowywali zdrowe uzębienie nawet w starszym wieku. Zresztą Jack również miał piękne zęby, białe i równe, bez wątpienia też postarał się, by tego wieczoru wyglądać elegancko. Jak zwykle nosił czerń, ale aksamit wamsu był bardzo wysokiej jakości, a przy tym zdobiony klejnotami, podobnie jak jedwabne pantofle.
Włosów nie musiał zakręcać i modnie układać, bo miał je krótko przystrzyżone. Nie nosił też biżuterii, z wyjątkiem złotego kolczyka i pierścienia, które już znała.
Znów zapadło między nimi długie milczenie. Przerwała je wreszcie Anna.
– Widzę, panie, że ugościłeś Elżbietę po królewsku. Jej Wysokość wydaje się wspaniale bawić.
– Mam nadzieję, że się nie mylisz, pani. – Po chwili dodał zadumanym tonem: – To bardzo rozsądna kobieta. Ma nadzwyczajne rozumienie spraw wojskowych jak na swoją płeć, a przy tym jest twarda. Pokazywałem jej dzisiaj wysunięte posterunki, ale pech chciał, że spostrzegła nas banda maruderów. Z uwagi na nikłość naszych sił, musieliśmy szukać kryjówki, a Jej Wysokość wykazała się zarówno wielkim spokojem, jak i umiejętnością konnej jazdy.
– Nic o tym nie słyszałam! – wykrzyknęła zdumiona Anna.
– Naturalnie. Jestem pewien, że byłaś, pani, zajęta kręceniem włosów w swojej komnacie i szykowałaś się do wieczornej uczty.
– Włosy kręcą mi się same – odparła urażona i wściekła, że mówił do niej w ten sposób i obrzucał lekceważącym spojrzeniem.
– Czyżby, pani? A więc masz szczęście.
Anna odłożyła nóż i otarła usta. Doprawdy, trudno prowadzić cywilizowaną rozmowę z tym gburem!
– Gdybym wiedziała, mój lordzie, że królowa, pod twoją pieczą udając się na przejażdżkę, znajdzie się w niebezpieczeństwie, stanowczo bym nalegała, by jej towarzyszyć.
– Nic jej nie groziło – odparł Jack. – Zastanawia mnie jednak, co byś, pani, zrobiła. Zaatakowała wroga ostrym językiem?
Anna aż podskoczyła ze złości, lecz Jack schwycił ją za nadgarstek.
– Usiądź, pani. Nikt nie może odejść od stołu, póki Jej Wysokość nie da znaku.
Anna posłusznie usiadła.
– Wiem o tym – mruknęła – ale nie podoba mi się, że uważasz mnie, panie, za głupią gęś, która myśli tylko o swojej toalecie! A ta uwaga na temat mojego języka to niedorzeczność. Dobrze wiesz, panie, że jeśli sytuacja tego wymaga, umiem dyskutować również na poważne tematy.
– Nie zauważyłem tego dziś wieczorem – odrzekł z ironią Jack. – Młody Chantry też chyba nie. – Will Chantry był sąsiadem Anny, który poszedł grać na lutni.
– Jej Wysokość poleciła mi być… uprzejmą dla młodych mężczyzn, którzy służą pod twoją komendą, panie. Twierdzi, że potrzebują trochę uwagi ze strony panien, więc starałam się spełnić jej życzenie.
– Z takim zapałem, że ten nieopierzony głupiec, który teraz stroi lutnię, zastanawia się, jak poprosić earla o twoją rękę, pani.
– Ależ nasza rozmowa nie dała mu do tego żadnych podstaw! – obruszyła się Anna. – Rozmawialiśmy o jego domu w Kencie. Opowiedział mi o swojej matce, siostrach i swojej narzeczonej, którą zamierza poślubić następnej wiosny, gdy zakończy służbę w Ravensglass.
Jack odłożył sztućce. Nadal nie rozumiał, dlaczego taką przyjemność sprawia mu prowokowanie tej panny. Wiedział tylko, że Anna bardzo go drażni.
Podczas pobytu królewskiej świty w Ravensglass widywał ją do tej pory rzadko i dopiero tego wieczoru znalazła się tuż przy nim w pięknej, szkarłatnej sukni, która przyciągała wzrok wszystkich mężczyzn w sali. Jack nie słyszał, o czym rozmawiała z Chantrym, ale kątem oka widział, jakie miny robił ten młokos. Może jednak Chantry niewłaściwie odczytał tę sytuację?
– Przykro mi, jeśli cię uraziłem, pani – powiedział nieco zakłopotany. – Nie pierwszy raz mi przykro, jednak dowódca, który ma pod komendą tylu młodych ludzi, musi się troszczyć o stan ich umysłów.
– Możesz być o to spokojny, panie, bo przekułeś ich wszystkich na swoją modłę. Myślą tylko o obowiązku i… śmierci.
– Dlaczego to mówisz, pani, w dodatku takim tonem, jakbyś mnie oskarżała?
– Mój lordzie, myślę, że jesteś wyzuty z wszelkich ludzkich uczuć – powiedziała ze złością, – Jeśli jednak traktować Willa Chantry'ego jako przykład, to twoi podwładni, chwalić Boga, są inni, a jednak żaden z tych młodych ludzi nie potrafi ani na chwilę zapomnieć o swoim obowiązku. Jesteś, panie, znany z żelaznej dyscypliny.
– To nie jest francuska szkoła tańca, tylko garnizon na wciąż płonących rubieżach!
Rozwścieczona dziewczyna nie zważała już na maniery. – Ci chłopcy są tylko chłopcami, którzy potrzebują nie bata, lecz troski i zrozumienia, a także rozrywek. Zimny i ponury komendant oczywiście tego nie rozumie, lecz nawet Jej Wysokość, która ma na głowie całe państwo, dostrzegła ten problem.
– Nie znam myśli Najjaśniejszej Pani – odparł kwaśno Jack – lecz nie uwierzę, że skrytykowała to, co robię w tym odległym zakątku królestwa, by zapewnić bezpieczeństwo jej poddanym.
– Królowa nie neguje twoich, panie, wojskowych cnót, tylko zwróciła mi uwagę, że każdy mężczyzna potrzebuje w życiu trochę ciepła. Dziś wieczorem staram się zadośćuczynić jej życzeniu i nie chciałabym, żebyś ty, mój lordzie, krytykował to, co ja robię.
– Jeśli możesz, pani, zapomnieć na chwilę o sporze, jaki prowadzimy, to ci coś powiem. Naturalnie wiem, że wszyscy ci młodzi mężczyźni pragną, jak to nazwałaś, ciepła, bo to naturalna potrzeba każdego z nas, jednak ta okolica jest nieustającym polem bitwy i dlatego właśnie takie uczucia są nie na miejscu. Z tej przyczyny stałem się twardym dowódcą. Czy nadal sądzisz, że młody człowiek chciałby ruszyć na wojnę, gdzie być może czeka go kalectwo lub – śmierć, gdyby miał w głowie romanse?
Te słowa nią wstrząsnęły. Starała się tego nie okazać, lecz mimo woli szerzej otworzyła oczy, bowiem w głosie Jacka usłyszała zrozumienie i współczucie. Mimo to nie mogła pozwolić, by jego było na wierzchu.
– Tutaj wcale tak to nie wygląda.
– Masz rację, lady Anno, chronią nas bowiem grube mury i strach naszych wrogów, którzy niejeden raz poczuli naszą siłę. Lecz niebezpieczeństwo czai się nieustannie i wróg tylko czeka na okazję, by nas zniszczyć, i dlatego chciałbym, żeby każdy z tych chłopaków, którzy trafiają pod moją opiekę, przykładał się do ćwiczeń i, co ważniejsze, pozostał przy życiu, gdy znajdzie się w prawdziwej bitwie.