– Wprowadzono cię w błąd, panie. Rzeczywiście wygrałem Maiden Court w karty, ale tymi, które tu pokazano, zdobyłem coś znacznie cenniejszego.
Przed laty małżeństwo Latimarów przeżyło groźny kryzys, z wielu zresztą powodów. Harry stracił dom na rzecz swoich wierzycieli, na szczęście posiadłość wykupił król Henryk i podarował ją Bess, która następnie przegrała Maiden Court w karty do męża. Jednak tamtej nocy, dwadzieścia lat temu, gdy namiętność głuszyła wszystkie inne uczucia, nie chodziło o to, kto wygra, a kto przegra. To było dobitne potwierdzenie ich miłości, która od tej pory trwała niezagrożona.
– Opowiedz mi tę historię, panie – poprosił Ralph. – Wydaje mi się ciekawa.
– Obawiam się, że jest zbyt długa – odparł Harry. – Znużyłbyś się, panie. Może lepiej odprowadzę cię do twojej komnaty.
Gdy wyszli z salonu, Harry pomyślał, że wystarczyłoby kilka zdań dla opisania samych zdarzeń, lecz ten młodzieniec pewnie i tak niewiele by zrozumiał, nawet gdyby opowieść trwała wiele godzin. To przygnębiająca myśl dla ojca, który właśnie zgodził się oddać swoją ukochaną córkę w ręce Montereya.
Przez następny tydzień dni w Ravensglass toczyły się podobnym trybem. Śnieg odciął zamek od świata, ale w murach panowało duże ożywienie.
Elżbieta, zawsze chętna do odłożenia na bok insygniów królewskiej władzy, bawiła się doskonale. Żołnierzom oszczędzono rutynowych ćwiczeń na pokrytych grubą warstwą śniegu płacach, bo w taką pogodę trudno byłoby wypędzić na dwór psa. a co dopiero mówić o szlachetnie urodzonych młodych ludziach, którzy służyli w Ravensglass. Żołnierze szukali więc dla siebie rozrywek, uprawiali różne gry, próbowali sił w konkursach, dawali pokazy szermierki i łucznictwa, codziennie również grywano w kręgle. Nikt zaś nie uczestniczył w tych wszystkich zajęciach bardziej ochoczo niż królowa.
Anna również stopniowo zapominała o swoich wcześniejszych uprzedzeniach. Nie był to nawet skutek upomnienia udzielonego jej przez Elżbietę, lecz po prostu dziewczyna zrozumiała, że aby wytrzymać dręczące oczekiwanie na wieści z Maiden Court, musi poddać się atmosferze wesołości panującej w zamku. Wprawdzie zazwyczaj wszyscy tutaj ciężko pracowali, okazało się jednak, że nieoczekiwany okres wytchnienia wzbudził powszechne zadowolenie.
Anna była doskonale przygotowana do nie kończących się gier sprawnościowych i losowych, tańców oraz improwizowanych przedstawień. Chociaż jej ojciec porzucił dwór królewski, gdy była małym dzieckiem, to jednak zachował upodobanie do rozrywek, jakie tam uprawiano, i kultywował je w swoim domu.
Anna i jej brat bliźniak George stali się wprawnymi muzykami i tancerzami, świetnie sobie radzili z konkursami sprawnościowymi i doskonale jeździli konno. Wprawdzie George przejawiał silną niechęć do hazardu, a szczególnie do gry w karty, ale rekompensowała to ojcu Anna, która i to uwielbiała. Gdyby chciała wykorzystać naiwną beztroskę młodych mężczyzn, Ravensglass mogłaby wypchać swoją sakiewkę pieniędzmi. Dobrze pamiętała jednak słowa ojca:, Jeśli ktoś osiągnął w czymś mistrzostwo, przegrać, gdy tak nakazuje przyzwoitość, jest mu równie łatwo, jak wygrać”.
Innym damom zdawało się czasem, że nie powinny lubić towarzyszki, która cieszy się tak niezwykłą popularnością i z za – pamiętaniem oddaje się wszelkim możliwym rozrywkom, wtedy jednak spostrzegały, że pannie Latimar nie potrafią właściwie niczego zarzucić.
Anna rozdzielała swoje względy całkowicie bezinteresownie i sprawiedliwie, dlatego wkrótce połowa batalionu była w niej zakochana po uszy, ona jednak nie faworyzowała nikogo. Każdego dnia wybierała innego żołnierza na partnera do turnieju łuczniczego albo kręgli, kto inny towarzyszył jej podczas kolacji, a jeszcze inny dostępował zaszczytu pierwszego tańca.
Przy tym wszystkim Anna nie zaniedbywała swoich obowiązków. Z radością wykonywała wszystkie zajęcia damy dwora, a pogodą ducha i śmiechem zarażała współtowarzyszki, które powoli zaczęły się nawet godzić z uwięzieniem w odciętym od świata zamku.
Anna naprawdę znakomicie się bawiła i cieszyło ją, że może urozmaicić życie innym, lecz mimo to nieustannie wracała myślami do Ralpha. Jego obraz wciąż jej towarzyszył. Gdy zostawała sama, nieraz płakała z tęsknoty, bo nadzieje, że ukochany do niej przyjedzie, spełzły na niczym. Sama się więc dziwiła, że potrafi znaleźć w sobie tyle wesołości, chociaż w głębi duszy jest zrozpaczona.
Gdy złapała się na tej myśli, niespodziewanie przypomniał jej się Jack Hamilton. Uśmiechnęła się figlarnie. Komendant twierdz) nie umiał ukrywać swoich uczuć i przez ostatnie dni wyraźnie okazywał, jak bardzo nie podoba mu się to, że jego doskonale zorganizowany garnizon przemienił się w miejsce zabaw. Gdy widział, jak jego porucznicy zamiast szkolić żołnierzy, konwersują z damami lub stroją instrumenty przed tańcami, miał ochotę zrobić piekielną awanturę i przywrócić dawny porządek. Oczywiście nie mógł jednak tak postąpić, tłumił więc furię i szybko odchodził.
Anna widziała, że długie wieczory wypełnione muzyką, śpiewem i tańcami stanowią prawdziwą udrękę dla człowieka, który uważał, że późne godziny są przeznaczone na sen dający odpocząć ciału po dniu spędzonym na wyczerpujących ćwiczeniach w sztuce walki.
Ze złośliwą satysfakcją nieraz przypominała Jackowi, który próbował o wczesnej porze czmychnąć do swojej komnaty, że obiecał towarzyszyć jakiejś damie podczas tańców albo przy karcianym stoliku. W karty Jack nie lubił grać i nie miał do tego talentu, wszystkie bowiem taktyczne zamierzenia można było wyczytać z jego twarzy.
Również konkursy sprawnościowe go nie bawiły. Miał tak wielką przewagę nad każdym ż potencjalnych rywali, że zabawa kończyła się, zanim jeszcze na dobre się zaczęła.
Dwa tygodnie po spadnięciu śniegu, wieczorem, Anna odbyła z nim bardzo przykrą rozmowę.
Tańczyła z niejakim Markiem Bolbeyem. Nie interesował jej ten młody człowiek. W grach i zabawach próbował zawsze rozwiązań siłowych, często krzywdził mniej sprawnych współzawodników, oszukiwał przy kartach, co budziło jej pogardę, miał też nadmiernie wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach tanecznych i często tyranizował młodszych, lepiej wychowanych kolegów, którzy próbowali zaprosić pannę Latimar do tańca.
Anna, by zapobiec gwałtownym wybuchom Bolbeya, spędziła z nim końcową część wieczora. Gdy muzycy szykowali się do zagrania ostatniej melodii, a Elżbieta szła już na górę do sypialni, Mark namówił Annę na wyjście do stajni, chciał bowiem pokazać jej wyjątkowo ładnego źrebaka.
W stajni było ciepło i jasno. Klacz Marka rzeczywiście oźrebiła się i miała śliczne małe, którym Anna wprost się zachwyciła. Gdy jednak opuścili boks, stało się coś strasznego. Dziewczyna powiedziała, że musi już wrócić do swojej komnaty i z uśmiechem wyciągnęła rękę, żeby pożegnać się z Bolbeyem – i nagle znalazła się w jego miażdżącym uścisku. Żołnierz ustami szukał jej ust, a jednocześnie przesuwał ręce po jej ciele z przerażającą pewnością siebie.
Anna zdołała jednak wyszarpnąć się z jego ramion i wymierzyła mu policzek.
– Chcesz mnie bić? – wysyczał Mark, – Zaraz pokażę ci, pannico, że żadnej kobiecie na to nie pozwolę!
Przerażona Anna zaczęła krzyczeć. Nagle drzwi stajni otworzyły się i stanął w nich Jack Hamilton. Najpierw spojrzał na swojego wasala.
– Bolbey! Co to ma znaczyć?
Mark szurnął nogami w słomie. Wobec młodszych i słabszych kolegów albo panny, która miała nie więcej sił niż ptaszek, zachowywał się z łajdacką butą, lecz groźny komendant, dysponujący w twierdzy nieograniczoną władzą, napawał go prawdziwym lękiem. Stanął więc ze zwieszoną głową.