Tego mi trzeba, doszła do wniosku. Odświeżającej przejażdżki. Jenny z pewnością też chętnie się porusza. Anna szybko więc ubrała się w kostium do konnej jazdy, wyciągnęła z kufra pelerynę podbitą futrem i żwawo zeszła na dół.
Jenny rzeczywiście ucieszyła się na jej widok, co okazała wyciągnięciem pyska i cichym rżeniem, zarezerwowanym wyłącznie dla pani. Niestety, sierść klaczy zmatowiała, a oczy mniej lśniły niż zwykle. Anna poklepała zwierzę, szepnęła mu kilka czułych słów, potem znalazła uprząż i zaczęła je siodłać. Natychmiast stanął przy niej stajenny.
– Czy mogę pomóc, milady?
– Chciałabym trochę pojeździć. Czy ktoś mógłby mi towarzyszyć?
Stary stajenny spojrzał na nią z niepokojem, a zmarszczki na jego twarzy jeszcze się pogłębiły.
– Nie wolno opuszczać murów zamku bez pozwolenia lorda Hamiltona.
– Naprawdę? Ale Jenny potrzebuje ruchu, nie pojedziemy daleko.
– Milord wydał polecenie, żeby w odpowiednim czasie ćwiczyć wszystkie konie gości.
– Chcę gdzieś pojechać teraz – odparła zdecydowanie Anna. – Widziałam, że przed chwilą wyjechała z zamku duża grupa ludzi, a skoro dla nich warunki są odpowiednie, to i mnie nie stanie się krzywda. Jeśli nie możecie mi dać nikogo do towarzystwa, pojadę sama. – Bez pomocy zarzuciła siodło na grzbiet klaczy.
Stajenny przytrzymał uzdę.
– Nie chodzi tylko o śnieg, milady. Jest niebezpiecznie… Jeśli łaskawie zechcesz, pani, poczekać, zwrócę się do milorda…
Anna wyrwała mu uzdę z rąk.
– Co tam! Jestem tu już trzy tygodnie i nie widziałam żadnego niebezpieczeństwa. Zejdźcie mi z drogi.
Stary Jacob bezradnie zrobił kilka kroków do tyłu i stojąc, patrzył, jak panna opuszcza dziedziniec i przejeżdża przez opuszczony most. Mamy będzie mój los, kiedy milord się o tym dowie, pomyślał, lecz mimo to szybko ruszył po śliskich kamieniach w stronę zamku, żeby zameldować panu, co się stało.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Anna jechała przed siebie w znakomitym nastroju. Poza murami twierdzy, na otwartym polu, śnieg chrzęścił pod końskimi kopytami, ale nie było rozpadlin. Zapewne zresztą trzymała się traktu, bo podążała za śladami grupy, która wyjechała wcześniej. Poza tym przez cały czas, gdy tylko się odwróciła, widziała zamek.
Nie była głupia i dobrze wiedziała, że nie darmo Ravens – glass ma solidne umocnienia, bowiem działały one odstraszająco na bandy maruderów. Nie miała zamiaru stać się ofiarą jakiegoś Szkota, któremu zabrakło rozsądku, by w taką pogodę siedzieć w domu. Już miała zawrócić, gdy nagle coś w oddali przykuło jej uwagę.
Niedaleko Ravensglass, w kotlince, znajdowała się wieś. W pogodne dni z wysokich zamkowych wież Anna widywała nędzne chaty, a gdy kiedyś o nie spytała, dowiedziała się, że osada nazywa się Transmere i mieszka tam dwadzieścia, najwyżej trzydzieści osób.
Podjechała bliżej zaintrygowana tym, że z żadnego komina nie unosi się dym. Gdy znalazła się wśród chat, w powietrzu zawirowały śnieżne płatki. Przystanęła i spojrzała w niebo. Chmury zmieniły barwę z szarych na ciemnopurpurowe.
– Chyba zbiera się na śnieżycę, Jenny – mruknęła. – Powinnyśmy wracać, ale najpierw poprosimy o jakąś przekąskę.
Zsunęła się z klaczy na ziemię i ostrożnie pokonując zmrożone koleiny, dotarła do najbliższej chaty. Szpicrutą zastukała do drzwi. Nie doczekała się reakcji, a we wnętrzu panowała absolutna cisza.
Przeszła do następnej chaty. Znów nikt nie odpowiedział na jej pukanie, tu jednak drzwi były uchylone. Zajrzała do środka i natychmiast cofnęła się na dwór. Co za smród! Z niechęcią pomyślała, że jej matka za nic nie dopuściłaby do czegoś takiego na terenie ich posiadłości.
Trzecia chata również stała otwarta i również bił z niej odór. Tym razem jednak Anna postanowiła dać znać o swoim przyjeździe. Wsunęła głowę do wnętrza i rozejrzała się dookoła. Dostrzegła ślady życia: na stole leżało jedzenie, chleb i kawał sera, ale gdy podeszła bliżej, przekonała się, że jedno i drugie jest pokryte warstwą pleśni. Marszcząc czoło, doszła do alkowy, odsunęła zasłonę i stanęła jak wryta. Widok zmroził jej krew w żyłach.
Na jedynym łóżku leżały trzy ludzkie ciała: mężczyzny, kobiety i dziecka, wszystkie zsiniałe. Mimo zimna doszło do rozkładu zwłok i to wyjaśniało odór.
Różne myśli cisnęły się do głowy wstrząśniętej Anny. Wieś duchów, kraina śmierci! Nie miała pojęcia, co tu zaszło, ale wiedziała, że musi natychmiast opuścić to miejsce. Skoczyła do drzwi, po drodze zaczepiła nogą o strzępy jakiegoś nędznego chodniczka i ciężko upadła na śliskie klepisko. Natychmiast się poderwała, ale poczuła silny ból w prawej kostce. Skręciłam nogę, pomyślała, kuśtykając ku drodze.
Tymczasem na dworze rozszalała się zawieja. Płatki marznącego śniegu biły ją po twarzy, gdy usiłowała odnaleźć Jenny, którą zostawiła kilka metrów od chaty. Wreszcie doszła do spokojnie stojącej klaczy i z wysiłkiem wspięła się na siodło.
– Ravensglass, Jenny – powiedziała. – Wracamy galopem do zamku. – Ścisnęła boki klaczy i popędziła po drodze już prawie niewidocznej. Zanim jednak dotarła do obrzeży wsi, klacz potknęła się i omal nie przewróciła, a ona wyleciała z siodła i spadła na ziemię.
Świeża warstwa śniegu trochę złagodziła siłę upadku. Potłuczona i bardzo przestraszona Anna wstała, usiłując nie zwracać uwagi na ból w kostce, który znacznie się nasilił. Uchwyciła się uzdy Jenny.
– I co teraz? – Jenny poruszyła się. Jedną z przednich nóg miała dziwnie podkuloną. Anna przesunęła dłonią po tej nodze i wykryła obrzmienie. Serce jej zamarło. – Wielkie nieba! – powiedziała, starając się nie tracić ducha. – Zdaje się, że obie jesteśmy tak samo poszkodowane. Musimy znaleźć schronienie i poczekać, aż śnieżyca ucichnie.
Gdy podmuch wiatru na chwilę rozsunął białą zasłonę, niedaleko przy drodze dostrzegła drewniany budynek z krzywym, żelaznym krzyżem.
– Chyba kościół – mruknęła. – Chodźmy tam.
Klacz i jej pani pokuśtykały ku miejscu, które dla każdego chrześcijanina oznaczało bezpieczeństwo.
Jack Hamilton dowiedział się o wyjeździe Anny Latimar z zamku dopiero cztery godziny po fakcie. Wstał o świcie, by dopilnować, żeby goście, którzy wczoraj przybyli złożyć hołd królowej i wziąć udział w zabawie, dostali solidne śniadanie i prowiant na drogę. Potem wyjechał z nimi i eskortował ich przez kilka kilometrów, by w końcu zawrócić do zamku.
Po powrocie dowiedział się, że chce go widzieć Jej Wysokość, spędził więc następną godzinę w towarzystwie królowej, rozważając z nią możliwości opuszczenia Ravensglass. Zanim zajrzał do swojej komnaty, aby przebrać się do południowego posiłku, zamieć rozszalała się na dobre.
Przygotowując się psychicznie na następne popołudnie pełne bezcelowych uciech, zszedł do wielkiej sali i tam wreszcie znalazł go stary Jacob. Relacji stajennego Jack wysłuchał z niedowierzaniem.
– I pozwoliłeś jej wyjechać?!
– Nie miałem wyboru, sir – odrzekł skruszony Jacob. – Ta dama zawsze robi to, co chce… Ale do tej pory nie wróciła. Wyglądam jej cały czas.
Jack sapnął ze złości.
– Może wróciła z oddziałem, który był na patrolu?
– Nie, sir. Pytałem żołnierzy, ale żaden tej panny nie widział. Oni przyjechali tuż przed burzą, minęło już dużo czasu.
W wielkiej sali spokojnie jedzono. Elżbieta zajmowała miejsce u szczytu stołu, mając obok siebie Dudleya. Okna za ich plecami zupełnie zawiało.