Выбрать главу

– Gdzie ona się podziewa? – mruknął z irytacją Jack. Przebiegł wzrokiem po miejscach, gdzie siedziały damy, ale nigdzie nie dostrzegł lśniących, czarnych włosów. Naturalnie Anna mogła być w swojej komnacie, ale okazało się, że pokojowa nie widziała łady Anny przez całe przedpołudnie, a lady Fitzroy była z tego powodu bardzo rozdrażniona.

– Jeden z chłopców powiedział mi, że wczoraj lady Anna wypytywała o Transmere – odezwał się Jacob. – Zobaczyła wieś z okna.

Transmere… Jack zamarł. Od dziesięciu lat uważał to miejsce za przeklęte, tam bowiem zginęła Marie Claire. Zaraz po tej tragedii chciał zrównać wieś z ziemią, ale naturalnie w końcu ustąpił przed głosem rozsądku i dalej wspomagał mieszkańców, by mogli produkować żywność dla potrzeb zamku. Tak zresztą działo się od stuleci. W każdym razie od tamtej pory stopa Jacka nie postała w Transmere.

Przed dwoma tygodniami jeden z wieśniaków doczłapał piętnaście kilometrów do zamku z wiadomością, że we wsi wybuchła zaraza. Jack natychmiast wysłał tam swojego medyka.

ten wrócił i zameldował, że ludzie mają gorączkę z potami, ale na szczęście nie tę najgorszą. Doktor Rawley kazał dwóm swoim pomocnikom udać się do wsi i leczyć ludzi na miejscu, a ponieważ Jack miał pełne ręce roboty w związku z przyjazdem królowej, minęło sporo czasu, nim znowu spytał o Transmere.

Tym razem medyk zrobił ponurą minę. Choroba rozprzestrzeniła się we wsi jak pożar. Zmarli wszyscy, nawet dwaj pomocnicy medyka wysłani z Ravensglass. Transmere uznano za teren objęty zarazą i zabroniono tam wstępu.

Jack słuchał tego z głębokim smutkiem. Nienawidził Transmere, sama nazwa tej wsi przyprawiała go o dreszcze, ale był dobrym panem i dbał o swoich dzierżawców. W tej sytuacji jednak nic już nie mógł dla nich zrobić, zapamiętał więc tylko, by w odpowiednim czasie wysłać tam ludzi, którzy godnie pochowają zmarłych i spalą zabudowania.

Teraz wiedział, że nigdy sobie nie wybaczy, jeśli Anna Latimar rzeczywiście pojechała do Transmere i zobaczyła te okropności, które niechybnie tam na nią czekały. Stary Jacob również miał grobową minę, więc Jack położył mu rękę na ramieniu.

– To nie twoja wina, przyjacielu. Jak sam powiedziałeś, ta panna często robi to, co chce, więc nie mogłeś jej zatrzymać. Wracaj na swoje miejsce i nie martw się.

Gdy staruszek odszedł, Jack popadł w zadumę. Miał nadzieję, że Anny nie ma w przeklętej wsi, jeśli jednak zapędziła się tam, to przynajmniej znalazła jakieś schronienie. Wezwał swojego zastępcę, wydał mu szczegółowe instrukcje i poszedł do stajni. Osiodławszy jak najszybciej Śmigłego, kazał znowu opuścić most.

Pierwszy raz w życiu Anna doświadczała najprawdziwszego przerażenia. Udało jej się dobrnąć do kościoła, ciągnąc za sobą Jenny. Budynek był biedny, wnętrze składało się z zaledwie dwu pomieszczeń, z których mniejsze służyło jako zakrystia. Tam właśnie Anna wytarła grzbiet klaczy, używając do tego celu jednej ze swych halek, a potem okryła drżące zwierzę peleryną.

Przeszła do sąsiedniej sali i rozejrzała się dookoła. Całe wyposażenie kościoła stanowiły ołtarz, kilka surowych ław i rozpadające się krzesła. Usiadła na ławie, ale wkrótce zimno zmusiło ją do wstania. Wybrała mniejsze zło, chociaż ból skręconej nogi stawał się coraz silniejszy.

Marzła, tak zimno nie było jej nigdy w życiu, a w dodatku doskwierał jej głód, bo od poprzedniego dnia nic nie jadła. Miała wrażenie, że minęło już południe. Co najgorsze, nikt nie wiedział, gdzie jej szukać. Absolutnie nikt. Stajenny opowie o jej wyjeździe poza mury zamku, ale pewnie jest przekonany, że już wróciła. Musiała się więc liczyć z tym, że zostanie znaleziona dopiero następnego dnia.

A do tej pory zamarznę na śmierć, pomyślała smętnie.

Nie wpadaj w panikę, skarciła się surowo. Musisz wymyślić, jak bronić się przed zimnem.

Kuśtykając po kościele, zauważyła kamienny krąg umieszczony pośrodku, między ławami. Zaczernione krokwie powyżej wskazywały, że właśnie w ten sposób ogrzewano ten dom Boży.

Między kamieniami leżała sterta suchych drew na rozpałkę. Dzięki Bogu, pomyślała i spojrzała na pusty ołtarz. Tylko gdzie jest hubka i krzesiwo? Mimo bólu przez chwilę prowadziła poszukiwania, niestety, bez skutku. Na pewno znalazłaby potrzebne przedmioty w którejś z chat, ale wolałaby zamarznąć na śmierć, niż tam wrócić.

Niepocieszona, wróciła do zakrystii. Jenny spojrzała na swą panią, a Anna zerknęła zazdrośnie na pelerynę przykrywającą klacz. Uniosła jeden róg okrycia i otuliła nim ramiona. Potem objęła Jenny za szyję, zadowolona, że choć w ten sposób może trochę się ogrzać.

Nie miała pojęcia, jak długo stała na jednej nodze, uważając, by oszczędzać drugą, skręconą, ale mróz ciągnący od ziemi zaczął już ogarniać całe jej ciało, gdy drzwi kościoła otworzyły się i do środka wszedł Jack Hamilton. Strząsnął z peleryny grubą warstwę śniegu, potem zdjął kapelusz i otrzepał go, stukając o ścianę. Przez cały czas mierzył wzrokiem Annę.

– Czy naprawdę nigdy nie przestaniesz sprawiać mi kłopotów, pani? – spytał. Przeniósł wzrok na Jenny. – No, przynajmniej miałaś dość rozsądku, by zadbać o konia. Muszę zrobić to samo.

Gdy odwrócił się do drzwi, dziewczyna spróbowała zmienić pozycję. Noga, na której stała do tej pory, całkiem zdrętwiała, więc postawiła na ziemi drugą. Natychmiast krzyknęła z bólu i upadłaby, gdyby Jack błyskawicznie nie pokonał dzielącego ich dystansu, by ją podtrzymać.

– Skręciłam nogę w kostce – powiedziała i przygryzła wargę. – Naprawdę się cieszę, że cię widzę, panie – dodała, choć przyszło jej to z trudem, tak bardzo szczękała zębami.

– Czyżby? Chyba nie byłaś, pani, zaniepokojona i nie groziło ci omdlenie? Widzę zresztą, że włosy wciąż pięknie ci się kręcą.

Wziął ją na ręce i przeniósł do drugiego pomieszczenia, gdzie posadził ją na jednej z ław. Rozejrzał się dookoła.

– Tu zawsze było… o, jest.

– Znalazłam palenisko, ale nie miałam czym rozpalić ognia. – Chłód, który trochę ustąpił w chwili, gdy Jack ją niósł, zaatakował z nową siłą. Przypomniały się jej też okropne widoki z wioski.

– Coś znajdę. – Otworzył skórzaną torbę, którą miał na ramieniu. Chwilę później usłyszała stuk krzesiwa o hubkę i trzask suchego drewna. – Ale ogień niebawem zgaśnie.

Wyprostował się i ująwszy jedno z drewnianych krzeseł, kopnął w jego siedzisko. Mebel rozpadł się na kawałki, które Jack cisnął do ognia.

– Teraz muszę wprowadzić do środka mojego konia, a potem zajmę się twoją nogą, pani. Usiądź bliżej ognia. – Przyciągnął tam ławę, a Anna przekuśtykała kawałek i znów usiadła.

Gdy Jack wrócił, dziewczyna jak zahipnotyzowana wpatrywała się w ogień. Miała poczucie, że dookoła spełniają się czary, lecz jednocześnie nie mogła zapomnieć o bólu ani o przerażającym obrazie, który widziała w chacie.

Na zewnątrz powoli zmierzchało, więc w kościółku pojawiły się cienie. Wnętrze wypełniał czerwonawy blask ognia. Jack wziął płonące polano i obszedłszy cały kościół, zapalił ogarki świec. Zrobiono je z marnego łoju zwierzęcego, toteż paskudnie cuchnęły, ale przynajmniej dawały odrobinę więcej światła.

– Teraz twoja kostka, pani… – Przykląkł obok Anny i wyjął z pochwy krótki sztylet. – Trzeba rozciąć – powiedział.

– Moją stopę? – Spojrzała na niego przerażona.

– Trzewik. Ból trochę ustąpi, jeśli nic nie będzie ściskało opuchlizny. – Sięgnął za pazuchę i podał jej srebrną flaszkę. – Okowita. Napij się, pani.

– Nie potrzebuję. – Przecież damy nie piją czegoś takiego!

– Ale będziesz potrzebować – odparł.