Zdjęła nakrycie z kubka stojącego na stoliku przy łóżku i wsunęła naczynie do rąk Annie.
– Masz, pij, powinno jeszcze być ciepłe.
Anna upiła trochę mleka z miodem i cynamonem.
– Sprawiłam ci kłopot. Bardzo mi przykro.
– Przykro to dopiero będzie, kiedy usłyszysz, co ma ci do powiedzenia Jej Wysokość – odparła oschle Maud. – Co cię, u licha, opętało, żeby postąpić tak nierozsądnie i narobić wstydu królowej?
– Nie miałam pojęcia, że moja mała przejażdżka jest niebezpieczna albo może sprawić komuś kłopot – odrzekła ugodowo Anna.
– W to nie wątpię, ale żeby opuścić zamek bez pozwolenia… Jej Wysokość nie życzy sobie takiego zachowania swoich dam. – Maud zabrała pusty kubek i wyszła z komnaty, a Anna zaczęła się ubierać, przez cały czas dumając o czekającym ją posłuchaniu u królowej.
Powinnam trząść się ze strachu, myślała. Gdy się umyła, pożałowała, że nie ma służącej do pomocy przy układaniu włosów. W końcu byle jak wcisnęła długie pukle pod czepek, uklękła na ławie pod oknem i zaczęła przyglądać się zawiei. Mimo że w kominku trzaskał wielki ogień, a ona miała na sobie ciepłe odzienie, wciąż odczuwała przenikliwe zimno. Jack miał rację, kościółek w Transmere był nędznym schronieniem, nie mieliby tam szansy przeżyć.
Ale wcale nie trzęsę się ze strachu! – uświadomiła sobie nagle i chuchnęła na szybę, żeby lepiej widzieć przez powstałe kółeczko. Mogłam wczoraj marnie zginąć, i pewnie tak by się stało, gdyby nie ten nadzwyczajny, zahartowany człowiek. Ktoś, kto otarł się o śmierć, zaczyna patrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy. Doprawdy nie sposób się teraz obawiać kilku ostrych słów Elżbiety.
Musiała jednak wysłuchać reprymendy, więc powoli ruszyła na dół. Gdy znalazła się na krętych, kamiennych schodach, w akurat przeciwnym kierunku szedł mężczyzna. Spotkali się w przewężeniu, tuż przy zejściu do sali.
– Witam, lady Anno. – Jack skłonił głowę.
– Dzień dobry, Jack. – Odpowiedziała mu uśmiechem. – Jak się masz, panie? Czy nie zaszkodziła ci wczorajsza przygoda?
Wszedł dwa stopnie wyżej, żeby zrównać się z nią wzrostem. Teraz dzieliły ich zaledwie centymetry.
– Nie zaszkodziła – odparł krótko. – A tobie również nie, jeśli sądzić po twoim wyglądzie, pani.
Jego ton bardzo ją rozczarował. Po tym, co razem przeżyli, taka chłodna uprzejmość wydała jej się prawie niestosowna.
Uśmiech jej zamarł. To nie może być ten sam mężczyzna, który tak troskliwie dodawał jej otuchy w nie kończącej się drodze z Transmere. Który szedł w śniegu po pas, żeby mogła wygodnie siedzieć na końskim grzbiecie. Który, gdy zaczęła tracić ducha, na chwilę zdjął ją z konia i przytulił w śnieżnym oceanie, szepcząc słowa pocieszenia tuż przy jej zmarzniętym policzku.
– Już wysłuchałam dziś jednej nauki na temat mojego zachowania, a wkrótce mam dostać następną, więc nie krępuj się, panie, dołóż jeszcze swoją.
Jack, który dokładnie pamiętał każdą chwilę ich wspólnej podróży, także te czułości, przywarł plecami do ściany. W nocy nie miał kłopotów ze snem, przeciwnie, nachodziły go zdumiewające zjawy.
Odwiedziła go Marie Claire, bezcielesna jak cień, i nijak nie mogła współzawodniczyć z żywą, pełną wigoru kobietą. W tych snach najważniejsza była Anna, z bladą twarzą otoczoną burzą czarnych włosów i uśmiechniętymi, czerwonymi ustami. Jack był za to wściekły na pannę Latimar.
Teraz na kamiennych schodach w Ravensglass znowu poczuł wątły aromat pachnidła, który towarzyszył mu i drażnił jego zmysły przez całą drogę z Transmere.
– Dziękuję za pozwolenie, ale zostawię to Jej Królewskiej Mości. O ile wiem, jest od kilku godzin w nie najlepszym nastroju.
– Naprawdę? – Wbrew swym wcześniejszym śmiałym myślom Anna bardzo spuściła z tonu. Może zawiniło to, że Jack wycofał wsparcie dla jej osoby i zdawał się znów przebywać w tym nieosiągalnym miejscu, gdzie żył do tej pory? W każdym razie Anna dokuśtykała na dół pełna złych przeczuć.
Elżbieta nie kryła niezadowolenia ze swojej damy. Zaraz po posiłku wezwała Annę na posłuchanie w małym, zimnym przedsionku przy wielkiej sali. Od swoich dam oczekiwała nienagannego pod każdym względem postępowania i dobitnie dała temu wyraz.
Jednakże tego ranka, składając raport, Jack Hamilton zdołał jakoś wpoić królowej przekonanie o dzielności i determinacji, jakimi w trudnej sytuacji wykazała się panna Latimar, ponieważ zaś królowa wysoko ceniła obie te cechy, nie okazała się dla swej poddanej tak surowa, jak początkowo zamierzała.
Mimo to Anna odeszła z poczuciem, że została przykładnie skarcona. I nagle przyszło jej do głowy, że przez całe dwa dni ani razu nie pomyślała o Ralphie Montereyu.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Odwilż przyszła nagle pięć dni później. Mieszkańcy Ravens – glass spodziewali się tego, bo śnieg o tak wczesnej porze roku zawsze kończył się gwałtownym ociepleniem. Po dwóch dalszych dniach Hamilton uznał, że drogi stały się przejezdne i wysłał ludzi na rozpoznanie. Ci po powrocie poinformowali go, że obszar objęty opadami śniegu był stosunkowo niewielki, toteż królowa poleciła swej świcie przygotować się do rychłego wyjazdu.
Dzień przed wyjazdem, gdy wszystkie pozostałe damy, wśród rozgardiaszu i narzekań, gorączkowo się pakowały, panna Latimar postanowiła pójść na spacer. Ponieważ było błotniście, ciepło się ubrała i włożyła solidne trzewiki. Jej noga miała się już dużo lepiej.
Na zamglonym niebie ukazało się nawet blade słońce, co bardzo ucieszyło Annę. Gdy doszła do pomnika Marie Claire, usłyszała za sobą kroki, więc przystanęła. Jack Hamilton, który pierwszy raz od czasu śnieżycy zdołał zorganizować ćwiczenia batalionu, dał wojsku godzinę przerwy na posiłek, sam więc również miał wolną chwilę.
Skłonił się przed Anną.
– Cieszysz się pani wolnością i oddychasz świeżym powietrzem?
– Jak widzisz, panie, chociaż mam nadzieję, że tym razem nie skończy się to katastrofą. – Pomyślała, że jeśli celowo jej unikał od powrotu z Transmere, to robił to z dużym powodzeniem. Przez ten czas rzadko widywała go w wielkiej sali, a zamieniła z nim nie więcej niż kilka zdań.
Teraz też jej nie słuchał, tylko wbił wzrok w posąg zmarłej żony. Był ubrany w barwy swojego batalionu, lecz nie miał nakrycia głowy, a w ostatnich dniach ostrzygł się prawie na zero.
– Naturalnie cieszysz się, panie, z tego, że żołnierze znowu mogą ćwiczyć, a ty zająć się wojaczką.
– Co? Ach, tak. Jest bardzo łatwo stracić sprawność, oddając się jedynie zabawom pod dachem. – Wciąż przyglądał się w skupieniu marmurowej postaci.
– Przypuszczam, że jutro nas odprowadzisz, Jack, ale już teraz chciałam ci podziękować za gościnność i za to, że mnie uratowałeś, kiedy przez brak rozsądku znalazłam się w opałach.
Wreszcie na nią spojrzał.
– Przedwcześnie się ze mną żegnasz, pani. Jadę z wami do Greenwich.
– Naprawdę?
– Naturalnie. Osobiście eskortowałem Jej Wysokość do Ravensglass, więc muszę dopilnować również, by bezpiecznie wróciła do swojego pałacu.
– Aha.
– Mam nadzieję, że nie sprawiłem ci tym, pani, przykrego zawodu.
Dlaczego on zawsze jest taki napastliwy? – zastanawiała się. Dlaczego ukrywa swoją wrażliwość, którą doskonale widziała w Transmere, a także w innych sytuacjach? Dla każdego obserwatora jest oczywiste, że Jack Hamilton to wyjątkowo troskliwy komendant i nawet najbardziej niedbałego rekruta traktuje z uwagą, choć szorstko.
– Ależ skąd! Skąd ci to przyszło do głowy, panie? Czy jednak zniesiesz ponowne rozstanie z Ravensglass?