Выбрать главу

Spojrzał na nią gniewnie. Anna miała na myśli jedynie jego obowiązki komendanta twierdzy, Jack jednak uznał jej słowa za aluzję do ponownego opuszczenia grobu Marie Claire.

Przez dłuższą chwilę mierzył ją wzrokiem. Ostatnio rzeczywiście jej unikał, co miało ścisły związek z jego poczuciem lojalności. Ta panna wkradała się do jego myśli, a nawet do snów, a to po prostu było zdradą wobec kobiety, która tak długo stanowiła treść jego życia!

– Sir? – przerwał mu rozmyślania jeden z jego ludzi, który stanął obok w pozie pełnej szacunku. – Jest przy bramie dżentelmen, który domaga się, by go wpuścić.

– Jak się nazywa?

– Ralph Monterey.

Anna nie posiadała się ze szczęścia. Ralph przyjechał tutaj! Jack, zerknąwszy na nią, pomyślał, że panna wygląda tak, jakby ktoś zapalił świece w jej oczach. Szorstkim tonem nakazał podwładnemu wpuścić gościa i Ralph na pięknym koniu wjechał kłusem na dziedziniec.

Monterey opuścił Greenwich przy pięknej pogodzie. Zapewniono go, że dojedzie do celu bez kłopotów, po drodze jest bowiem wiele szlacheckich dworów, w których można się zatrzymać. Jednakże gdy miał przed sobą już tylko ostatni etap drogi, pogoda nagle się popsuła. Lord i łady Glenning z wielką serdecznością zaproponowali mu gościnę, póki natura nie stanie się bardziej łaskawa.

We dworze przebywało wówczas dość dużo ludzi, toteż Ralph bardzo miło spędzał tam czas. Tom Glenning zapewnił go, że orszak z Greenwich bez kłopotów dojechał do Ravens – glass i zaproponował wspólny wyjazd do twierdzy, gdy tylko przyjdzie odwilż. Stosownego dnia okazało się jednak, że lord jest niedysponowany, więc Ralph ruszył w drogę sam.

Teraz podjechał do miejsca, w którym stała Anna, zeskoczył z konia i zamiótł przed nią ziemię kapeluszem.

– Anno, moja droga, jak dobrze znów cię zobaczyć. Tyle czasu tutaj jechałem. Czy już całkiem we mnie zwątpiłaś?

Dziewczyna pomyślała nie bez poczucia winy, że od wielu dni prawie nie myślała o swym narzeczonym. Teraz jednak mu to wynagrodziła, nadstawiając policzek do pocałunku.

Jack przyglądał im się w milczeniu. Stanowczo zbyt dużo czasu spędził pod dachem w towarzystwie kobiet, a że jego ludzie korzystali z tego, pijąc wino, grając w karty i bawiąc się do późnej nocy, zatracili część swoich walorów. Tym chyba należało tłumaczyć jego irytację na widok spotkania dwojga zakochanych.

Okrywszy twarz Anny pocałunkami, Ralph wyciągnął rękę do Jacka.

– Witam, Jack. Widzę, że należy ci się ode mnie podziękowanie za dobrą opiekę nad tą damą. Wygląda przepięknie, czyż nie?

Jack niedbale uścisnął podaną rękę.

– Wcale nie musiałem się nią opiekować, bowiem panna Latimar mogłaby służyć za wzór dobrego gościa.

– W to nie wątpię. – Ralph rozejrzał się dookoła. – Tutaj chyba nic się nie zmieniło.

– Nic – przyznał Jack. – Przepraszam bardzo. – Odwrócił się i odszedł.

– On też się nie zmienił – roześmiał się Ralph, patrząc za znikającym komendantem. – Pewnie nie wiesz, najmilsza, że kiedyś byłem członkiem wesołej bandy Hamiltona w Ravens – glass.

– Rzeczywiście, nie wiem. – Anna zupełnie nie mogła sobie wyobrazić Ralpha w tej sytuacji, ale przecież jego ojciec należał do najbardziej zasłużonych żołnierzy króla Henryka, zrozumiałe więc, że właśnie tutaj wysłał swojego starszego syna na naukę wojennego rzemiosła. – To bardzo przyjemni kawalerowie, musiałeś czuć się jak w swoim żywiole.

– Dziękuję za zamierzony komplement – odparł Ralph z uśmiechem – ale prawdę mówiąc, przez całe dwanaście miesięcy czułem się tu fatalnie. Nic dziwnego, skoro dowódca jest takim ponurakiem. – Odwrócił się, zdążył jednak zauważyć grymas niezadowolenia na twarzy Anny.

Elżbieta przyjęła Ralpha Monterey a z wielkim ukontentowaniem. Przystojni mężczyźni zawsze ją pociągali, a tym, którzy mieli również cięty język, wprost nie potrafiła się oprzeć. Gdy do tego usłyszała, że odwiedzając Glenningów, Ralph dowiedział się o pobycie swojej pani w Ravensglass i przyjechał specjalnie po to, by towarzyszyć jej w drodze powrotnej do Greenwich, poczuła jeszcze większe zadowolenie.

Drobne minięcie się z prawdą ze strony Ralpha nie było wyłącznie przejawem egoizmu. Gdyby wyznał królowej, że przejechał tyle kilometrów z Greenwich dla jej najmłodszej damy dworu, to Elżbieta odniosłaby się do niego bardzo chłodno, a w dodatku uprzykrzyła życie Annie. Jeśli ktokolwiek starał się o cokolwiek w otoczeniu Elżbiety Tudor, musiał stwarzać wrażenie, że podejmuje swe wysiłki specjalnie dla Jej Wysokości. Ta uznała więc przyjazd Ralpha za godny hołd i stosowne zakończenie interesującej, choć nieoczekiwanie długiej wizyty w Ravensglass. Nic dziwnego, że królowa, wystrojona w szmaragdowozieloną suknię z brylantami, zaprosiła Ralpha na honorowe miejsce obok siebie podczas kolacji, aby wysłuchać wszelkich pozdrowień, jakie zebrał po drodze, a także by jeszcze raz mógł złożyć dowody lojalności wobec swojej pani.

Robert Dudley przyglądał się manewrom Ralpha i reakcjom królowej z ironicznym uśmieszkiem. Przy Elżbiecie wciąż pojawiali się potencjalni rywale, a teraz takim był Monterey. Zdając sobie sprawę z własnej pozycji, traktował to jak coś naturalnego, Jej Wysokość bowiem wręcz prowokowała, by zabiegać o jej względy, ale Montereya nie lubił, ten człowiek miał bowiem w sobie odstręczający chłód.

Osobiście nie interesował go romans Ralpha z panną Latimar, ale lubił Annę, a jej brat George należał do jego najbliższych przyjaciół. Robert Dudley, książę Leicester i nieformalny małżonek królowej, miał wiele wad i gdy trzeba, bywał cyniczny, szczerze jednak przejmował się losem bliskich sobie osób. Teraz lekko zmarszczył brew, doskonale bowiem wiedział, że kobieta, która wyszłaby za Montereya, sprokurowałaby sobie los nie do pozazdroszczenia.

Gdy Elżbieta została poproszona do jednego z żywych tańców, Dudley, nie kryjąc złośliwości, powiedział:

– Mój drogi Ralphie, tak piękne słowa płyną z twoich ust przez cały wieczór, a ja myślałem, że przejechałeś taki szmat drogi wyłącznie po to, żeby zobaczyć małą lady Annę.

Monterey spojrzał na niego chłodno.

– Po co to mówisz?

– Wspomniała mi o tym, naturalnie poufnie, wymieniona dama, ale twój przyjazd do Ravensglass nadaje całej sprawie bardziej formalny wymiar.

Ralph okręcił na placu pierścień, który dostał od Anny. Kamień w nim był tak piękny, że nawet przy nikłym blasku świec cudownie błyszczał niebieskawymi refleksami.

– Nie powiedziałbym tęgo. Nasza umowa nie ma oficjalnego charakteru, póki nie zostaną ustalone szczegóły. Byłbym więc zobowiązany, Leicester, gdybyś na razie nikomu o tym nie wspominał.

Robert skubnął swą lśniącą brodę.

– Nieustalone szczegóły? W takim razie powinieneś być czujny i póki co, uważać na pannę. Ona cieszy się tutaj wielkimi względami.

Ralph rozejrzał się po sali z pogardliwą miną.

– Nic dziwnego, że robi tu furorę, bo chłopcy Hamiltona są bardzo spragnieni kobiet. Chyba że mówisz również o sobie.

Robert przyjrzał się Elżbiecie komplementowanej przez kapitana Mandrake'a. Od dawna już nauczył się znosić bez mrugnięcia okiem zręczne, obraźliwe aluzje, ale ich nie zapominał.

– Wcale nie mówiłem o chłopcach. Jack Hamilton, mimo siwych włosów, wygląda tak młodzieńczo, że nie widać, ile naprawdę ma lat.

– Hamilton? – Ralph parsknął śmiechem. – Z jego strony nie obawiam się rywalizacji. Odkąd stracił tę swoją myszkę, jest taki, jakby zamarzł w bryle lodu.

– To prawda, ale zdaje mi się, że podczas przymusowego pobytu w Transmere Anna zdołała rozpalić niewielki ogień i niewykluczone, że lód powoli topnieje.