– Zachowałem się porywczo – powiedział ugodowym tonem. – Zdaję sobie z tego sprawę. Nigdy jednak o nic cię nie oskarżałem i od początku wyraźnie to mówiłem.
Anna zmierzyła go wzrokiem. Chyba musiała za nim bardzo tęsknić? Co by się stało, gdyby go straciła?
– A ja nie powinnam powiedzieć tego, co powiedziałam. Wybacz mi, proszę, najmilszy.
Uśmiechnął się. Jego przeprosiny były połowiczne, zaś Anna włożyła w swoje całą duszę. I dobrze. Ralph zdecydowanie nie życzył sobie władczej kobiety za żonę. Przykład tego miał w domu. Nieraz widział, jak ojciec, skądinąd pewny siebie mężczyzna i chłop na schwał, przy matce wpadał w zakłopotanie, a nawet miał poczucie winy, chociaż drobniutka z niej niewiasta.
Ujął Annę za rękę i kolejno ucałował wszystkie pałce.
– Naturalnie ci wybaczam.
– A co z Jackiem? Nie będziesz dalej ciągnął tego sporu, prawda?
Ralph zmarszczył czoło.
– To nie twoja sprawa, tylko moja i Jacka. On to rozumie, a w każdym razie powinien.
– Nieprawda! – krzyknęła Anna, nie zwracając uwagi na wyraz twarzy Ralpha. Ulżyło jej, że znowu są na przyjacielskiej stopie, więc chciała, by wszyscy dookoła byli równie życzliwie nastawieni do świata. – Nie wyjaśniłam ci wszystkiego do końca, bo zbiłeś mnie z tropu swoją niespodziewaną napaścią, ale…
– Nie chcę już nic więcej o tym słyszeć.
Jack przebywał w sali tanecznej i wprost marzył, by schronić się w swej bardzo niewygodnej i ciasnej sypialni, wiedział jednak, że nikt nie może udać się na spoczynek wcześniej niż królowa. Czekając na to, postanowił zaprosić Annę do tańca. Podczas odwiedzin Elżbiety w Ravensglass zmuszano go do udziału w tańcach wielokrotnie, aż w końcu odstąpił od zakazu, który kiedyś sam sobie narzucił. Z czasem przekonał się nawet, że poruszanie się w takt muzyki sprawia mu pewną przyjemność.
Skłonił głowę przed Anną i wyciągnął ramię tak, jak nakazywała konwencja.
Ralph spojrzał na niego wściekle i odtrącił jego rękę. Właściwie ledwie zawadził o palce, ale Jack wyprostował się z morderczą miną. Obraźliwe słowa były w jego odczuciu czymś zupełnie innym niż naruszenie fizycznej nietykalności.
– Jak śmiałeś, panie, mnie uderzyć? – spytał ostro.
Anna z przerażeniem stwierdziła, że znowu szykuje się konfrontacja. Ktoś dotknął jej ramienia, więc odwróciła się i ujrzała swojego brata. Co za ulga!
– Dobry wieczór. – George skłonił głowę. Gest ten wypadł całkiem zwyczajnie, niezwykły był jednak powód nadejścia George'a, do siostry bliźniaczki przyciągnęło go bowiem trudne do wyjaśnienia przeczucie, że Anna znalazła się w opałach.
Pierwszy odpowiedział mu Ralph:
– O, George. Cieszę się, że cię tu widzę. Zamierzałem porozmawiać z tobą później w pewnej ważnej sprawie.
Latimar elegancko zwrócił się ku dwóm mężczyznom towarzyszącym siostrze i wymienił z nimi uściski dłoni.
– Wobec tego dobrze, że się spotkaliśmy. Co mogę dla ciebie zrobić?
Ralph skierował dłoń w stronę Jacka.
– Ten człowiek obraził twoją siostrę, a moją przyszłą żonę. Domagam się od niego satysfakcji, a ciebie chciałem prosić, żebyś został moim sekundantem.
Anna głośno nabrała powietrza. Sądziła, że ich pojednanie z Ralphem położyło kres całej sprawie. Dlaczego ciągle spotykają ją takie przykre historie? Czy Jack miał rację, że wina leży wyłącznie po jej stronie? Wbiła wzrok w ziemię, bo nie była pewna odpowiedzi na to pytanie.
– Czy to możliwe? – odparł gładko George. – Chciałbym, jeśli wolno, spytać, na czym polegała obraza?
– Lady Anna – odrzekł Ralph – podczas pobytu w Ravens – glass postanowiła odbyć konną przejażdżkę, żeby jej klacz miała trochę ruchu. W czasie tej przejażdżki nagle spadł śnieg, który opóźnił powrót lady Anny do zamku. Schroniła się w wiejskiej kaplicy, a lord Hamilton pojechał za nią i zamiast niezwłocznie wrócić z nią w bezpieczne miejsce, przetrzymał ją tam przez całą noc i w ten sposób wystawił na szwank jej honor.
To wcale nie tak było! – zbuntowała się w duchu Anna.
Ciekawe przedstawienie sprawy, pomyślał Jack.
Ależ pieniacz z tego Montereya, pomyślał George. Sam jest odpowiedzialny za skompromitowanie co najmniej pół tuzina kobiet, a teraz grzmi o niemoralności i chce rzucić cień na człowieka, u którego nie byłby godzien zostać lokajem!
– To brzmi bardzo poważnie, Ralph, ale każdy medal ma dwie strony. Co ty na to, Anno?
Dziewczyna zawahała się. Cokolwiek by powiedziała, musiało źle wypaść.
– W zasadzie Ralph przedstawił prawdziwy przebieg wydarzeń, tylko że on nie ma pojęcia, jaka wtedy była pogoda. Gdybyśmy po ciemku próbowali przebyć tę drogę, którą z mozołem pokonaliśmy następnego ranka, to wątpię, czy mielibyśmy okazję teraz o tym rozmawiać. – Spojrzała Jackowi w oczy i dostrzegła w nich błysk zadowolenia.
Sam lepiej nie opisałbym tej sytuacji, pomyślał. I znów nieco poluzował się jego pancerz. Z niechęcią musiał przyznać, że żywi do Anny coraz bardziej przyjazne uczucia.
– Bez względu na okoliczności, Ralph, uważam, że powinieneś bardziej ufać swojej przyszłej żonie. Skoro jednak jeszcze nie masz do niej zaufania, muszę ci pomóc, żebyś go nabrał. – Jack zawsze mówił bardzo autorytatywnym tonem i teraz jego głos brzmiał właśnie w ten sposób. – Gdybyś nam towarzyszył w tym ponurym miejscu, we wsi Transmere, która stała się jednym wielkim grobem, nie mógłbyś powiedzieć złego słowa ani lady Annie, ani mnie. Masz na to moje słowo.
– To zupełnie naturalne, że tak mówisz – stwierdził Ralph, choć czuł, że przestaje panować nad sytuacją. Najpierw brat Anny wystąpił jako głos rozsądku, a teraz ten… ten barbarzyńca dalej próbuje naruszać jego prawa. Młodzieńcza zapalczywość nie pozwoliła mu skwitować sporu ciętą uwagą niszczącą przeciwnika, jak nakazywałby rozsądek. – Nie przyjmuję tego wyjaśnienia – zakończył napastliwie. – Załatwmy to, panie, szybko: ustalmy czas i miejsce.
Jednak Jack miał do czynienia z wieloma młodzieńcami kąpanymi w gorącej wodzie, więc nie pozwolił się postawić w przymusowej sytuacji.
– Nie mogę – powiedział spokojnie.
– Odmawiasz spotkania się ze mną?
– Tak.
– Postaram się więc, żeby twoje imię w tych murach zostało okryte hańbą. Nie będzie dla ciebie obrony, kiedy wszyscy zrozumieją, jakim jesteś żałosnym tchórzem.
Anna pobladła. Ralph był wściekły, to rozumiała, ale… Nie dość, że plótł androny, to zdawał się nie pojmować, na jakie niebezpieczeństwo się naraża, prowokując takiego człowieka jak Jack.
Już miała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Ralph znienawidziłby ją za to, a Jack nie potrzebował pomocy.
– Nie będzie dla mnie obrony? – powtórzył Jack. – Pozornie może się tak wydawać. Jeśli jednak chodzi o zarzut tchórzostwa. – dodał z rzadkim u niego poczuciem humoru – to zawsze mogę pokazać blizny po ranach, które odniosłem w bitwach.
George się odwrócił, żeby nie zauważono, jak szeroko się uśmiechnął. Co się stało z Jackiem? Po tylu łatach głębokiej apatii, nagle znowu stał się ludzki.
Latimar żywił szczerą nadzieję, że ta odmiana nie ma nic wspólnego z Anną. Wprawdzie jako jej brat nie cieszył się, że może wkrótce zostać szwagrem Ralpha Montereya, wiedział bowiem, że ten człowiek może na tysiące sposobów złamać serce jego siostrze, ale Jack Hamilton również nie wydawał mu się odpowiednim kandydatem. Choć niewątpliwie jest człowiekiem godnym miłości, to nie umiałby tego uczucia odwzajemnić. Żadnej ludzkiej istocie, która poświęciłaby dziesięć lat życia zmarłej ukochanej, nie pozostałoby już ani trochę uczucia dla żywych, a Anna bardzo chciała być kochana.