– Czy wszystko u ciebie w porządku? Czy dobrze układa się znajomość z Montereyem? – Bliżej przyjrzawszy się narzeczonemu Anny, Judith zaprzestała zachwytów. Uroczy i utalentowany pod każdym względem Ralph nie był, jej zdaniem, wart siostry George'a.
– Mnie? Naturalnie, że dobrze… Och, Judith, obiecaj mi, że będziesz o siebie dbała.
– Obiecuję. – Dotknęła dłoni Anny. – Przyjdź do mnie porozmawiać dziś wieczorem.
– Dziś wieczorem… Dobrze, przyjdę. – Anna rozejrzała się po pustym korytarzu i pod wpływem nagłego odruchu ucałowała bratową w policzek. – Tymczasem do widzenia.
Judith patrzyła, jak szwagierka w podejrzanie grubym odzieniu znika z pola widzenia. George stanął przy żonie.
– Zamówiłem bekon, świeży chleb i…
– George… – przerwała mu naglącym tonem Judith – idź za Anną i dowiedz się, co ją dręczy. Jestem przekonana, że może jej być potrzebna twoja pomoc.
George nie próbował sprzeczać się z żoną. Bez pośpiechu wyszedł na dziedziniec przed stajniami i zdążył zobaczyć, jak Anna wyjeżdża na wielki trawnik przed pałacem. Postał chwilę na chłodnym wietrze, a potem wzruszył ramionami. Co tam, z Hamiltonem jest bezpieczna, pomyślał, gdy ujrzał znajomego siwego konia i dosiadającego go jeźdźca.
W połowie drogi do Maiden Court Anna była gotowa przyznać Jackowi rację, bo jazda w taką pogodę dowodziła braku rozsądku. Posuwali się wolno i z wielkim trudem.
– Bardzo mi przykro – powiedziała, gdy schronili się przy pniu wielkiego dębu przed nagłym gradem.
– To rzeczywiście pocieszające – odparł ironicznie Jack, zdjąwszy kapelusz, żeby otrzepać go z lodowych grudek. Do tej pory nie zaproponował postoju, chociaż kilka razy mógł to zrobić. Do stolicy dotarło wprawdzie ocieplenie, ale im bardziej się oddalali, tym częściej wpadali w śnieżne zaspy, a na otwartej przestrzeni hulał przenikliwy wiatr.
Mimo że Anna ciepło się ubrała, podróż jej dokuczała, jednak nie pisnęła nawet słowa skargi. Co więcej, ze strachu, że Jack zarządzi powrót, starała się lekko traktować wszystkie przeciwności losu. Gdy wreszcie poczuła bliskość Maiden Court, nagle doszła nawet do wniosku, że jest to całkiem przyjemna droga.
Naturalnie jechali dość wolno, mogli więc ze sobą rozmawiać. Anna porównywała tę podróż z ubiegłoroczną i była bardzo dumna, że przyjaźń z Jackiem poczyniła takie postępy.
Mimo że mówili o wielu sprawach, jednak Anna nie wspomniała ani słowem o swoim największym zmartwieniu. To dziwne. Mogłaby powiedzieć Jackowi, co ją dręczy, i nawet byłaby ciekawa jego odpowiedzi, ale coś ją przed tym powstrzymywało. Obawiała się, że choć nabrała dla niego wielkiego szacunku, to Jack wciąż widzi w niej głupią pannicę z licznymi brakami i już zawsze będzie mierzyć ją miarą przeznaczoną dla swej zmarłej żony. Ostatnio znowu odnosił się do niej z większą rezerwą, nie wykluczała więc, że zaczyna go nużyć.
W każdym razie Jack zgodził się jej towarzyszyć w drodze do domu, a ona próbowała okazać mu wdzięczność, nie zwracając uwagi na kaprysy pogody i bawiąc go rozmową. Popatrzyła więc na zmrożone krople deszczu, odbijające się od kolein na drodze, i podsunęła Jackowi nowy temat:
– Dlaczego zostałeś żołnierzem, panie?
– Kiedy miałem siedem lat, moja guwernantka wyraźnie powiedziała ojcu, że nie odniosę wybitnych sukcesów w nauce. Z tego powodu nie mogłem liczyć na karierę w kościele, jakiej pragnął dla mnie ojciec. Wysłał mnie więc jako pazia do pewnego lorda, na północy, z nadzieją, że postanowię zostać żołnierzem. Na szczęście – przez twarz przemknął mu kwaśny uśmieszek – byłem dostatecznie twardy, by przetrwać wszystko, co niosło ze sobą takie życie.
– I potem zostałeś paziem mojego ojca? Nie znam mniej skorego do waśni człowieka.
– W tamtych czasach król Henryk, który twojego ojca miał za najlepszego przyjaciela, wysoko cenił sprawności, w których się wybijałem. Często przychodził na płac ćwiczeń i obserwował doskonalących się chłopców. To on przekazał mnie w ręce lorda Harry'ego, bo dla swoich przyjaciół zawsze rezerwował to, co najlepsze. Naturalnie wcale nie byłem najlepszy, w każdym razie na pewno nie umiałem dbać o zaspokajanie potrzeb takiego dżentelmena, jak twój ojciec, pani, jednak Harry okazał się dla mnie niezwykle życzliwy i przymykał oko na zaniedbania w służbie. Zawsze popierał wszystkie moje starania.
Uśmiechnęła się.
– Domyślam się, że razem byliście jak niebo i ziemia. Ty, panie, zawsze ceniłeś sprawność fizyczną, mój ojciec jest zupełnie inny. – Mocniej przywarła do potężnego pnia, gdyż kurzawa się nasilała. – Według Ralpha mój ojciec kiedyś walczył w pojedynku. Nie uwierzyłam mu, ale Ralph upiera się, że to prawda.
– I owszem – potwierdził Jack – ale już mu wtedy nie służyłem, chociaż wciąż przebywałem na dworze. – Jack wiedział, że w gniewie Harry potrafi być bardzo gwałtowny.
– Och, opowiedz mi o tym, panie! – wykrzyknęła. – O co poszło i kim był ten człowiek, z którym ojciec walczył?
Jack się zawahał, chociaż ta sprawa bynajmniej nie przynosiła ujmy jego byłemu panu.
– O ile wiem, poszło o twoją matkę, pani. Pewien młody człowiek zakochał się w niej i myślał, że uda mu się ją zdobyć. Któregoś dnia za wiele sobie pozwolił w obecności ojca, pokłócili się i Harry został wyzwany.
Anna zrobiła wielkie oczy.
– Mój ojciec? Och, trudno mi w to uwierzyć.
– To prawda. Gdy jednak przyszło co do czego, Harry upuścił przeciwnikowi trochę krwi i na tym się skończyło.
– A co z nim się stało? Z tym rywalem ojca?
– Nie mam pojęcia – odparł Jack. – To dawne dzieje.
– Ale jakie romantyczne! – Anna westchnęła. – Ralph miał pięć pojedynków i w każdym zabił przeciwnika.
A to byli jeszcze chłopcy! – pomyślał ze złością Jack, Ledwie weszli w dorosłe życie, a już Monterey zmusił ich swoim ostrym językiem do rzucenia mu wyzwania, a jako wyzwany miał prawo wyboru broni i zawsze decydował się na pistolet, wciąż jeszcze rzadko używany w pojedynkach.
Jack nie poważał zabijania na odległość, bo wołał patrzeć prosto w oczy wrogowi, którego wysyłał na tamten świat. Natomiast Monterey posługiwał się bronią ze swojej cennej i starannie doglądanej kolekcji, a strzelanie z pistoletu często ćwiczył. Czyżby Anna uważała, że to jest romantyczne?
Tymczasem minęła burza gradowa i niebo odzyskało niebieski kolor.
– Jedźmy dalej – powiedział szorstko. Podsadził Annę na grzbiet Jenny, wskoczył na Śmigłego i oboje opuścili schronienie pod dębem.
Ruszyła za nim w milczeniu. W rzeczywistości wcale nie podziwiała Ralpha za udział w pojedynkach, przeciwnie, miała o to do niego duży żal. Jedną z jego ofiar byt brat jej przyjaciółki z Greenwich, a chociaż kodeks zabraniał damom obwiniać dżentelmenów o jakikolwiek czyn dokonany w imię honoru, panna opowiadała o swoim młodszym bracie ze łzami w oczach, zaś Anna czuła, jak wzbiera w niej oburzenie.
Gdy przybyli do Maiden Court, Bess Latimar leżała już w łożu. Wciąż nie w pełni ozdrawiała po chorobie, która zaatakowała ją poprzedniej jesieni, więc z chęcią udawała się na wieczorny spoczynek wcześniej niż zwykłe, by sen pomógł jej odzyskać siły. Harry Latimar jeszcze siedział w wielkiej sali i mógł powitać dwoje nieoczekiwanych gości wprowadzonych przez Waltera.
– Ojcze! – Dziewczyna zrzuciła z siebie pelerynę i padła mu w objęcia.
– Anna! – Harry nie wierzył własnym oczom. – Co tutaj robisz? Co się stało?
– Nic specjalnego, wszystko jest w najlepszym porządku. Miałam taki kaprys, żeby was zobaczyć, więc przyjechałam.
– Więc przyjechałaś – powtórzył Harry i odwrócił się, by uścisnąć dłoń jej towarzysza. – Jack, cieszę się, że cię widzę.