– Rozmawiamy o Annie – przypomniał. – Jak poważne zamiary masz w stosunku do mojej córki?
Hamilton się zawahał.
– Bardzo poważne, Harry. Znam siebie i myślę, że udało mi się dobrze poznać twoją córkę. Ona uwielbia dworskie życie, ma wszystkie niezbędne cechy, by tam zabłysnąć, a Ralph stanowi jej dopełnienie. Jest przystojny i utalentowany, właśnie tego potrzeba dworakowi należącemu do tak zwanej elity. – Zmarszczył brwi. – Jednak Anna ma w sobie również coś więcej. Pod atrakcyjną powierzchownością ukrywa szczodrość i życzliwość oraz jasny umysł. Krótko mówiąc, jest dla Montereya o wiele za dobra…
Harry spojrzał na niego ze smutkiem. Doskonale wiedział to wszystko, co przyjaciel przed chwilą powiedział o Annie, i rozumiał, że to, czego ona teraz pragnie, w przyszłości wcale nie musi uczynić ją szczęśliwą. Zaraz potem Jack wyraził jego myśl głośno:
– Wiesz, ona zupełnie nie umie określić swoich potrzeb.
Zapadło milczenie. Z dziecięcego pokoju na piętrze dolatywały krzyki najmłodszego syna Harry'ego, usiłującego zwrócić na siebie uwagę. W kuchni zaczęto przygotowywać poranny posiłek, toteż mimo szczelnie zamkniętych drzwi, do salonu sączyły się smakowite zapachy. Na dziedzińcu nawoływali się stajenni ćwiczący konie. Wstał dzień.
– Nie wiem, jak mogę ci pomóc, Jack – powiedział bezradnie.
– Pewnie byś nie pomógł, nawet gdybyś mógł – stwierdził kwaśno Hamilton. – Nie mam racji?
– Powiem ci wprost – oznajmił Harry. – Ralph Monterey nie jest kandydatem na zięcia, jakiego troskliwy ojciec powitałby z otwartymi ramionami, gdyby mógł sam wskazać córce innego mężczyznę, którego powinna poślubić. Jednak Ralpha rozumiem i znam takich jak on, a ciebie niełatwo mi określić jednym słowem. – Też wstał i zaczął się przechadzać po komnacie, a w dłoni wciąż trzymał kielich. – Zrozum, Jack, to jest kwestia doświadczenia. Znakomicie wiem, jaką reputację ma Ralph, że ostro gra i nie jest wolny od innych wad, ale na własnym przykładzie przekonałem się, że dżentelmen, powodowany miłością do kobiety, może pokonać takie… słabości.
– On jest zupełnie inny niż ty! – zaprotestował gwałtownie Jack. – Anna sądzi, że wybrała kogoś podobnego do ciebie, i pozornie ma rację, ale wiedz, przyjacielu, że gdyby to tobie wypadło stacjonować w Ravensglass w okresie granicznych niepokojów, to bez namysłu byłbym gotów powierzyć ci i swoje życie i życie młodych ludzi, którzy pozostają pod moją komendą. Nie przesadzam. Innymi słowy, moim zdaniem można postępować tak jak Monterey, dopóki ma się szlachetne serce. A on go nie ma. – Po chwili milczenia, z niezwykłym dla niego wahaniem, powiedział: – Rzecz jasna nie rozumiesz, o co mi chodzi. To naturalne, że przyjmujesz Montereya, jest przecież dobrą partią dla Anny. Ale… – Hamilton nagle wydał się Harry'emu bardzo młody i bezbronny. – Ale czy on jest o tyle lepszy ode mnie?
– Lepszy? Nie, jest stanowczo gorszy. Tu bardziej chodzi o twoją… przeszłość.
– O jaką przeszłość? Ożeniłem się młodo z kobietą, którą uwielbiałem. Straciłem ją i nie umiałem się z tym pogodzić tak, jak inni ludzie godzą się z losem w podobnej sytuacji. Teraz jednak… moje uczucia się zmieniły. To jeszcze bardzo świeża sprawa i nie umiem o tym dobrze Opowiedzieć, ale w każdym razie… moje uczucia się zmieniły. – Po chwili dodał takim tonem, jakby pierwszy raz przyznawał się do tego przed sobą samym: – To Anna mnie odmieniła.
– Hm. – Harry poruszył się niespokojnie. Ten człowiek rzeczywiście się zmienił. Harry zbił fortunę na czytaniu w twarzach współgraczy, dzięki czemu przejmował ich sakiewki, a chociaż Jack był jak otwarta księga, kiedy siadał do karcianego stolika, to w innych sytuacjach zwykle nosił nieprzeniknioną maskę. Tego ranka jednak uczucia miał wymalowane na twarzy.
Harry bardzo lubił Marie Claire Hamilton i często myślał, że pod pewnymi względami przypomina Bess, choć brakowało jej błyskotliwości, no i naturalnie urody. W swoim czasie był jednak zachwycony szczęśliwym małżeństwem przyjaciela i głęboko przeżył tragiczny koniec tego związku. Jednak Jack darzył Marie Claire subtelnym, ciepłym uczuciem, które Harry'emu wydawało się zupełnie niepodobne do tego, czego jego przyjaciel ostatnio doświadczał.
Upił wina, bardzo nieszczęśliwy, że musi brać udział w tej rozmowie. A dzień dopiero się zaczynał!
– Byłbym ci wdzięczny za szczerość – powiedział Jack. – Chociaż – dodał z wisielczym humorem – szczerość i chęć oszczędzenia starego przyjaciela nie idą dzisiaj w parze.
Harry skubnął swój brylantowy kolczyk.
– Mogę tylko powtórzyć, Jack, że chociaż Ralphowi daleko do ideału, to oboje z Anną mogą przynajmniej zacząć małżeńskie życie na równych prawach. Nie myślę przy tym o wieku, bo zapewne przeżyjesz większość hulaków, którzy są teraz na dworze, jednak wydaje mi się, że nie umiałbyś się powstrzymać od nieustających i wszechstronnych porównań, a nie chciałbym, żeby moja córka musiała rywalizować z damą, która ma zbudowany pomnik w twoim sercu… Zresztą – podjął, gdy Jack nie zaprzeczył – sama sobie wybrała Montereya, a w każdym razie nie słyszałem od niej, by zmieniła zdanie. Nie sądzę też, by zdawała sobie sprawę z twojego zainteresowania jej osobą, naturalnie poza przyjaźnią.
– Masz rację – przyznał Jack – ale ponieważ prosiłem cię o szczerą odpowiedź na wszystko, co przed chwilą powiedziałem, słucham dalej.
Wobec tak wyrażonego życzenia Harry nie mógł stosować dyplomatycznych uników, zwłaszcza że rozmawiał z wypróbowanym przyjacielem.
– Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że nie jestem szczęśliwy. gdy myślę o twoich ewentualnych zalotach do Anny?
– Nie – zapewnił ze śmiertelną powagą Jack. – Gdyby jednak zdarzył się następny cud i Anną spojrzałaby na mnie łaskawie, to nie powstrzyma mnie ani to, co myślisz, ani to, co mówisz, ani nawet to, co mógłbyś zrobić.
Harry odstawił pusty kielich. Z wielkiej sali dobiegły go odgłosy zastawiania stołu. Otworzył drzwi na korytarz.
– Teraz już wiem – zniżył głos i odwrócił się do Jacka – ale zajrzyj najpierw do swojego serca. Jesteś doświadczonym mężczyzną, a Anna, wbrew pozorom, to jeszcze naiwna panna. Jak wiele z tego, co czujesz, należy przypisać twym nagle odrodzonym… potrzebom ciała? Inaczej mówiąc, jeśli nie możesz uczciwie powiedzieć, że miłość, którą darzysz Annę, istnieje również w twojej duszy, to idąc za głosem swoich namiętności, wyrządzisz mojej córce wielką krzywdę, a tego ci nie wybaczę. Chodźmy na śniadanie.
Atmosfera przy stole była napięta już przed zejściem Anny i Bess na dół, a potem w niczym się nie zmieniła. Na szczęście nikt z dorosłych nie miał okazji się odezwać, nawet gdyby bardzo chciał, bo mały Hal Latimar, który dopiero niedawno odkrył cud porozumiewania się za pomocą słów, zdominował wszystkich. Buzia mu się nie zamykała. Ponieważ zaś, wzorem pozostałych Latimarów, szybko wyrabiał sobie opinię o poznanych osobach, prawie natychmiast uznał, że Jack należy do jego ulubieńców.
Hamilton cierpliwie znosił objawy zachwytu malca, a nawet przez większą część posiłku trzymał go na kolanach, i tylko Anna zastanawiała się, czy pamięta, co jej powiedział o swoim nie narodzonym dziecku.
Była trochę przygaszona i zawstydzona, z samego rana dostała bowiem burę od matki za opuszczenie bez pozwolenia pałacu w Greenwich. Broniła się tym, że poczuła nieodpartą potrzebę odwiedzenia domu, ale matka wytoczyła ciężką artylerię, wspomniała o obowiązkach, honorze i o wstydzie, który stanie się udziałem rodziny, jeśli Anna nie podporządkuje się zasadom.
Mimo to dziewczyna miała poczucie, że najchętniej machnęłaby ręką na wszystkie konwencje i została w domu na stałe. Nie powiedziała jednak tego głośno i w ogóle niewiele się odzywała, przede wszystkim bowiem obserwowała, jak rozwija się znajomość Hala z Jackiem.