Milczała również Bess, która zeszła na dół ze stanowczym postanowieniem zbesztania Jacka za to, że wiał udział w tej awanturze. Podczas rozmowy z Anną powiedziała wszystko, co powinna powiedzieć troskliwa matka, przez cały czas jednak intensywnie myślała. Ależ jej córka się zmieniła!
Jeszcze niedawno Anna koniecznie chciała poznać dworskie życie i łudzi, których podziwiała, a teraz nagłe zdawała się mieć to wszystko za nic. Podczas zaledwie kilku miesięcy niezwykle dojrzała i Bess przerażała myśl, że stało się to tak szybko. Do Greenwich wyjeżdżała zwykła trzpiotka, a teraz w wielkiej sali siedziała piękna, lecz jakby obca dama, wprowadzona we wszystkie tajniki eleganckiego życia, jakie Bess mogła sobie przypomnieć, a jednocześnie pełna wewnętrznej siły.
Harry przez cały posiłek rozpamiętywał ze smutkiem rozmowę z Hamiltonem. Dobrze znał Jacka i wiedział, że w tym znamienitym i śmiertelnie dla wrogów groźnym oficerze drzemie serce pełnego liryzmu poety. Jeśli Jack zdecyduje, że chce mieć Annę, to za nic nie ustąpi. Ralph Monterey, jakże stosowny kandydat, zostanie odsunięty na bok, skończy się też służba córki u Jej Wysokości, a powód tego wszystkiego może okazać się nadto prozaiczny.
Jack z uśmiechem na twarzy zajmował się najmłodszym Latimarem, ale i on miał chwile zwątpienia. Harry dotknął sedna sprawy. W jakim stopniu jego uczucie jest hołdem dla kobiety, którą Anna szybko się staje, a w jakim wynika z dręczących marzeń i snów o fizycznym zespoleniu, które ostatnio nawiedzają, go coraz częściej? Nie znał odpowiedzi na to pytanie.
– Są na mnie źli – westchnęła Anna, gdy Maiden Court znikł jej z oczu, a przed nią wiła się droga do stolicy.
– Naturalnie – potwierdził Jack. – Znają dworskie życie i obawiają się wstydu.
– Wiem. – Anna osłoniła głowę kapturem peleryny. Powietrze było chłodne, ale rzeźwiące, a droga, choć błotnista, nie stanowiła problemu dla podkutych koni. – Mimo to naprawdę chciałam zostać w domu.
Jack ocenił wprawnym okiem jej klacz. Jenny już doszła do siebie po kontuzji odniesionej w Transmere, podobnie jak jej pani, ale i tak obie wymagały jego czujnej troskliwości.
– Tak mi się zdawało. Musisz jednak wrócić, pani, do królowej, spuścić głowę i tańczyć tak, jak ci zagrają.
– Pfuj! Nie znoszę tego wyrażenia, zwłaszcza od czasu, gdy odkryłam, że na dworze jest mnóstwo ludzi, którzy uważają się za mistrzów w tańcu, chociaż nie mają o tym pojęcia.
Jack wybuchnął śmiechem. Ostatnio wchodziło mu to w nawyk, chociaż przedtem nie śmiał się latami. Z niepokojem uświadomił sobie, że i on chciałby zostać w Maiden Court, choć powinien myśleć tylko o powrocie do Ravensglass. Od dziesięciu lat, gdy tylko musiał opuścić twierdzę, zawsze dokładnie obliczał, jak szybko będzie mógł wrócić.
Bez głębszego namysłu nagle zapytał:
– Czy obawiasz się, pani, reakcji Ralpha na swoją eskapadę?
– Och, nie – odrzekła niezbyt przytomnie Anna. – On na pewno nie zauważył mojej nieobecności.
– Nie zauważył…
Jack ugryzł się w język, zanim wymsknęły mu się kompromitujące słowa: „Gdybyś była moja, zauważałbym wszystko, co robisz od rana do wieczora! Doskonale widziałbym nawet najzwyczajniejsze, codzienne czynności. A gdybyś w taką pogodę wyjechała, nie zaznałbym spokoju, póki nie wróciłabyś cała i zdrowa”.
Spojrzał w niebo. Dobry Boże, pomyślał, czy to jest miłość? Jeśli tak, to nigdy dotąd nie zaznał tego uczucia. Z pewnością nie jest podobne do czci, jaką otaczał Marie Claire, jak również nie przypominało tego, o czym wspominał Harry, to znaczy czysto cielesnej żądzy.
Najtrudniej mi się pogodzić z tym, myślał dalej, że z prostej drogi sprowadziło mnie nie pożądanie, lecz coś o wiele głębszego. Poczytywał to sobie za zwykłą zdradę wobec Marie Claire, której tak długo dochował wierności.
– To dobrze – powiedział beztrosko – bo nie chciałbym się znaleźć drugi raz w tej samej sytuacji, co przed świętami.
– Jak to się skończyło, Jack? W jaki sposób się z tego wykręciłeś?
Właściwie mógł jej streścić fakty. Poszedł do Montereya i bez ogródek powiedział:
– Nie jestem żółtodziobem i nie dam się tak łatwo wyprosić na tamten świat, jak twoi poprzedni przeciwnicy. Możesz wybrać dowolną broń, i tak będę górą, na pewno sam to wiesz, bo radziłem sobie z lepszymi. Co wolisz, Ralph? Zawieramy przyjacielską umowę, że szanujemy naszą różnicę zdań, czy spotykamy się o świcie w jakimś ustronnym miejscu, którego najpewniej nie opuścisz żywy?
Ralph natychmiast odzyskał rozum, W gruncie rzeczy wcale nie miał do Hamiltona pretensji o Transmere, jego niechęć narodziła się w dużo dawniejszych czasach. Co więcej, królowa, której łaski spływały na niego ostatnio bardzo obficie, absolutnie nie tolerowała rozstrzygania spraw honorowych przez pojedynki, nie chciał więc sprowadzić na siebie jej gniewu. Poza tym był bardzo pewny Anny, no i w duchu przyznawał, że Hamiltonem lepiej nie zaczynać. Dlatego wycofał się z godnością, gdy tylko nadarzyła mu się okazja.
Jack szukał teraz wyjaśnienia, które zadowoliłoby dziewczynę.
– Ralph tak naprawdę wcale nie chciał się pojedynkować – powiedział w końcu. – Nie tylko z obawy o to, że będziesz się tym martwić, pani, lecz również dlatego, że jestem wypróbowanym przyjacielem twojego ojca. Postawiłby się w bardzo niezręcznej sytuacji, gdyby dążył do starcia.
– Cieszę się – powiedziała Anna. – W tym Ralph ma rację. Mój ojciec byłby bardzo niezadowolony z waszej waśni. Rozumiem więc, że wszystko zostało po staremu.
Nie bardzo, pomyślał Jack i przez resztę drogi dumał nad swoimi kłopotami.
Przede wszystkim czuł wielką niechęć do powrotu na królewski dwór, nie chciał bowiem znowu znaleźć się blisko Ralpha Montereya. Wprawdzie nie znosił tego człowieka, był jednak jego bratem w szlachectwie, a co za tym idzie powinien przestrzegać określonego kodeksu, lecz teraz, choć zaledwie w myślach, postępował wobec niego nielojalnie. Wprawdzie zaręczyny Anny z jej kawalerem jeszcze nie zostały oficjalnie ogłoszone, powszechnie jednak wiedziano, że należy ich oczekiwać, toteż każdy inny mężczyzna wkraczający na teren Ralpha łamał podstawowe reguły.
Jacka gryzło sumienie również z tego powodu, że nie oświadczył się Annie wprost, ale z uwagi na jej miłość do Montereya i poglądy Harry'ego, może jednak postąpił właściwie, zwłaszcza że nie bardzo umiałby znaleźć słowa dla wyrażenia swoich uczuć.
Anna naturalnie zauważyła jego zaabsorbowanie, ponieważ jednak nie znała przyczyn, poczuła się urażona mrukliwością towarzysza. Wyglądało na to, że gdy ona postąpi jeden krok w celu zacieśnienia ich przyjaźni, Jack natychmiast robi dwa kroki do tyłu.
Zamglone, perłowe słońce, które ani na chwilę nie przebiło się przez chmury, wolno znikało za horyzontem, gdy przed ich oczami zamajaczyła sylweta pałacu w Greenwich.
Na stajennym dziedzińcu Jack pomógł Annie zsiąść z klaczy. Chciał ją natychmiast pożegnać i odejść, ale mu na to nie pozwoliła.
– Jack – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy – cokolwiek się stanie, a przypuszczam, że znowu wpadłam w tarapaty, chcę ci podziękować, że zawiozłeś mnie do domu. To był z twojej strony dowód prawdziwej przyjaźni. Gdybym mogła ci, panie, odwdzięczyć się w jakiś sposób, koniecznie daj mi znać.
Przyjrzał się jej uroczej twarzy i zauważył, że mimo męczącej podróży, Anna nie wydaje się szczególnie utrudzona. Porównania są nieuniknione… no cóż, Harry miał rację, bo Jack zestawiał teraz Annę z Marie Claire. Jednakże panna Latimar wcale nie wypadała w tym porównaniu niekorzystnie.