Dodo z natury była silnej budowy. W szkole grała w piłkę nożną, a na studiach (studiowała w Tufts University w Medford w stanie Massachusetts) zdobyła nawet krajowe mistrzostwo juniorów. Jej duże, obwisłe piersi, które upychała w uwydatniających biust stanikach, fascynowały mężczyzn, odkąd tylko sięgała pamięcią. Niemniej to nie wystarczyło: już dwa razy musiała zrobić sobie liposukcję, od pasa aż do kolan. Potęgę swoich piersi odkryła równocześnie z urokami kokainy, w wieku dwudziestu dwóch lat, kiedy była stażystką w „New York Timesie". Wyleciała z pracy po pół roku, oficjalnie za notoryczne spóźnienia, a faktycznie za to, że spała ze swoim szefem; kiedy jego żona odkryła romans, zmusiła go, żeby zwolnił Dodo. Od tego czasu Dodo opanowała swój nałóg kokainowy, ale już nigdy nie przemogła żądzy, jaką budzili w niej mężczyźni mający władzę. Podświadomie starała się dorównać wyglądem modelkom z reklam, lecz jednocześnie przerażało ją to, jak wielki wpływ na facetów mają słodkie idiotki. Książka „Piękność: Jak oczekiwania mężczyzn zrujnowały kobietom życie" należała do jej ulubionych lektur; często cytowała ją w towarzystwie, przytaczając zdania w stylu: „Obserwowana od niedawna obsesja mężczyzn na punkcie kobiecej urody jest jednym z powodów upadku współczesnej rodziny". Ale Dodo nie mogła oprzeć się fantazjom o mężczyźnie u szczytu władzy, ogarniętego obsesją na punkcie jej urody…
Stanęła przed lustrem w łazience, żeby umalować usta. Dotknęła górnej wargi; kilka zastrzyków z kolagenu i nie musiałaby już zazdrościć Janey Wilcox… A czego ja jej właściwie zazdroszczę, zastanowiła się. Janey Wilcox to manekin, a w tym środowisku nawet najpiękniejsza kobieta, jeśli nie jest wykształcona, nie zna się na biznesie i polityce, a do tego właściwie nic nie robi, zwykle szybko traci zainteresowane mężczyzn.
Ale nawet te wszystkie umiejętności nie dawały gwarancji utrzymania faceta przy sobie, pomyślała Dodo z goryczą. Już od pół roku czuła, że jej mąż zaczyna się nią nudzić; do tej pory codziennie oglądał o piątej jej materiał, ale ostatnio przyznał się, że „zapomniał" o nim. Musiała zwrócić mu uwagę, nie przebierając w słowach, że własna żona to nie są klucze, o których można zapomnieć. Zwykle takie wybuchy przynosiły pożądane efekty, ale coraz częściej zdarzało się, że Mark tylko przewracał oczami i szedł oglądać telewizję. Można więc powiedzieć, że winę za romans Dodo z jego najlepszym przyjacielem, Paulem Loveladym, ponosił nie kto inny jak on sam.
Paul Lovelady i jego żona Carolina, pianistka (podawała się za jakąś rosyjską księżniczkę, w co Dodo ani trochę nie wierzyła), byli zaproszeni dziś na kolację. Dodo miała więc tego popołudnia dwa zmartwienia: Janey Wilcox i Paula, który mógł się czymś zdradzić. Zaczęło się przed miesiącem i od tej pory spali ze sobą dwukrotnie. Za każdym razem spotykali się w weekend, kiedy Mark był na siłowni, a Carolina miała próbę w Lincoln Center. Codziennie około godziny rozmawiali przez telefon; Paul prawił jej, że jest „błyskotliwa" i „piękna", a choć Carolina należała do jej najlepszych przyjaciółek, to jednak Dodo nie czuła wyrzutów sumienia. Już dawno temu doszła do wniosku, że sumienie tylko utrudnia życie, a zdrada męża to problem żony, nie kochanki.
Rozprowadziła na ustach błyszczyk i wyszła z łazienki. Wychodząc z pokoju, usłyszała nieubłagany zew torebeczki z działką kokainy. Zapowiadał się długi wieczór; pozwoliła sobie jeszcze na dwa małe strzały, żeby poprawić samopoczucie i łatwiej przez niego przebrnąć. Obiecała sobie, że więcej już nie weźmie. Dziś.
W tym samym czasie Mark podkradał się do kuchni z duszą na ramieniu, wyczulony na wszelkie oznaki nieszczęścia. Trzy lata małżeństwa z Dodo nauczyły go być zawsze gotowym na wszystko; kilka razy zdarzyło się, że musiał gasić ogień w kuchni. Śmiertelnie bał się pożarów, ale Dodo to nic nie obchodziło. Oświadczyła mu, że dla dyplomowanego kucharza (za jakiego się uważała) ogień w kuchni to rzecz zwyczajna. Mark wątpił, czy dwutygodniowy kurs gotowania czyni z człowieka kucharza, ale Dodo postawiła na swoim, a on zdążył się już nauczyć również tego, że pobłażanie żonie ułatwia życie – nawet jeśli kłamie ona w żywe oczy.
Dziś jednak do katastrofy nie doszło. Oczywiście, w kuchni panował chaos, ale to akurat była normalka. Mark zastał tam Sally, przemiłą dziewczynkę (wyrośniętą jak na dziewczynkę, pomyślał) sąsiadów. Sally miksowała coś w rondelku, a z piekarnika dochodził aromat pieczonego jagnięcia.
– Dobry wieczór panu – powiedziała Sally.
– Posłuchaj – Mark podszedł do lodówki i wyjął butelkę białego wina – możesz mi mówić Mark. Nie jestem twoim ojcem…
– Wiem, proszę pana – odparła.
Mówili to sobie przy każdym spotkaniu. Mark wyjął z szuflady specjalistyczny korkociąg i uśmiechnął się do Sally. Pomyślał sobie, jacy mili i kulturalni są mieszkańcy przedmieść w porównaniu z ludźmi z miasta.
Carolina i Paul Lovelady zjawili się dokładnie o wpół do ósmej. Carolina, całując Dodo na powitanie, szepnęła jej do ucha:
– Masz coś?
Dodo skinęła głową i odrzekła, też szeptem:
– W szufladzie z bielizną.
Dodo przyjaźniła się z Carolina już od dwóch lat. Połączyła je namiętność do kokainy, skrzętnie skrywana przed mężami.
Paul, widząc tę konspirację, nagle przeraził się, że Dodo powiedziała Carolinie o ich romansie. Zapytał, łypiąc okiem na Marka:
– A o czym wy tak szepczecie?
– O niczym – odparła Dodo. – Obgadujemy tę modelkę.
– Paul myśli o niej od rana – powiedziała Carolina. – Nie przyzna się, ale ja zawsze dokładnie wiem, co mu chodzi po głowie. Prawda, że wiem, najdroższy? – Poklepała go po policzku.
Paul znów wpadł w panikę i po raz kolejny zaczął żałować, że przespał się z Dodo. Dla niego to miał być przyjacielski numerek po sąsiedzku, tymczasem po drugim razie Dodo zaczęła wydzwaniać do niego do biura. Codziennie! Postanowił raz na zawsze z tym skończyć, ale zmienił zdanie, kiedy tylko rzucił okiem na jej cycki. Pod marynarką miała sam stanik, a biust prężył się w rozcięciu pomiędzy klapami. Paul widział dokładnie niebieską koronkę stanika, tego samego, który zdjął z niej, kiedy pierwszy raz poszli do łóżka. W jednej chwili przypomniał sobie pokrzepiający ciężar tych pełnych piersi i zdecydował, że jeszcze jeden raz nikomu nie zaszkodzi. A żona? Natura nie wyposażyła jej nawet po części równie szczodrze. Carolina była kobietą ze wszech miar elegancką, ale przestała go podniecać już po roku małżeństwa.
– Jestem amerykańskim samcem pełnej krwi. Czy to moja wina… – powiedział.
– … że ptaszek rwie się z klatki? – dokończyła Dodo ze znaczącym uśmiechem.
– Idę do łazienki – powiedziała Carolina, wchodząc na piętro.
Ross i Constance Jaredowie dotarli kilka minut później. Zdaniem Dodo, Constance jak zwykle była w dziwnym stroju; niebieska marszczona koszula i welwetowa spódnica upodabniały ją do niewinnej nastolatki, którą była, kiedy po raz pierwszy wystąpiła w American Ballet Theatre. Carolina twierdziła, że Constance jest jakaś dziwna, ale Dodo zawsze jej broniła, mówiąc, że to zwyczajna, miła dziewczyna, a że ma trochę pomieszane w głowie… Trudno się dziwić komuś, kto przez całe życie wciskał stopy w baletki. Najbardziej jednak Dodo lubiła Constance za to, że nigdy nic nie mówiła, a tym samym nie odwracała uwagi ogółu od niej samej.