Выбрать главу

Trzy pary przeszły do salonu, gdzie stały miski pełne orzechów i oliwek oraz taca z miękkimi serami francuskimi. Przez blisko kwadrans mężczyźni dyskutowali o taktykach walki o pozycję w pracy, a Dodo i Carolina analizowały osobowość nowej współpracownicy Dodo, młodej dziewczyny z naboru, która podobno krzywo na nią patrzyła. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi; rozmowy na moment ucichły, po czym wszyscy z udawaną obojętnością powrócili do dyskusji.

Drzwi otworzyła Sally. Po przybyciu pierwszych gości Dodo zawsze „pozwalała" jej otwierać drzwi; mówiła, że „robi to specjalnie dla niej", żeby Sally zyskała więcej doświadczenia potrzebnego pani domu. Nie zmieniało to faktu, że Sally czuła się jak służąca. Dziś jednak z wielką chęcią zabawiła się w kamerdynera – dzięki temu pierwsza miała zobaczyć Janey Wilcox. Nie mogła się już doczekać.

Według Dodo Janey miała być „zabójczą laską". Sally, która uczęszczała do prywatnej szkoły, wiedziała, co to jest zabójcza laska, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z dorosłym okazem tego gatunku. Nigdy też nie widziała z bliska modelki. Dodo ostrzegała ją, że wyglądają one dobrze tylko na zdjęciach, ale Sally jakoś nie mogła w to uwierzyć, a już w żadnym razie nie była przygotowana na wizję, która spłynęła na nią, kiedy otworzyła drzwi. Zdjęta nabożnym podziwem, cofnęła się o krok, nieomal wywracając się na orientalnym dywaniku.

Sally był wysoka i wiedziała o tym – w wieku szesnastu lat miała ponad metr siedemdziesiąt pięć – lecz Janey, wydawało się, była zbudowana jak Amazonka. Tak idealnej figury Sally nie widziała dotąd u nikogo i nie podejrzewała nawet, że na świecie żyją tacy ludzie. Kiedy zaś Janey przemówiła, jej głos był jak ożywczy deszcz.

– Czy zastaliśmy twoich rodziców?

– Właściwie… – wyjąkała Sally, szarpiąc nerwowo za klamkę – to nie są moi rodzice… Mieszkam po sąsiedzku… – Zabrakło jej słów.

– To bardzo miło. – Janey rozejrzała się wokół, a jej spojrzenie wydało się Sally rozbawione i pełne pogardy. W hollu wisiał olbrzymi portret przedstawiający Dodo w peniuarze i perłach, niezbyt udany, bo malowany na podstawie fotografii. Na jego widok twarz Janey rozjaśnił leciutki uśmieszek, a Sally nagle poczuła, że wstydzi się za Dodo.

– Wszyscy czekają w salonie. – Z zapartym tchem odprowadziła Janey i Seldena wzrokiem, po czym wróciła do kuchni w radosnych podskokach. Dodo się wścieknie: Janey Wilcox była dokładnie taka sama jak na fotografiach! Sally nalała sobie lampkę białego wina (państwo Macadu piją tak dużo, że na pewno tego nie zauważą) i pomyślała, że idealny obraz Janey psuje tylko ten jej mąż. Kobieta z taką urodą powinna wyjść za aktora, a nie za przeciętniaka, który wygląda jak jej ojciec, pan Macadu albo pierwszy lepszy sąsiad.

– Mark! – zawołał Selden od progu.

Zebrani w salonie spojrzeli w stronę drzwi, a następnie równie szybko odwrócili głowy – wszyscy z wyjątkiem Marka, który podszedł do Rose'ów z otwartymi ramionami. Chwycił dłoń Seldena w obie ręce, po czym obaj poklepali się po plecach.

– To moja żona, Janey – przedstawił Selden.

Mark przywołał na twarz wyważony uśmiech i podał jej rękę.

Dodo od razu zauważyła, że wszyscy mężczyźni starają się nie patrzeć na Janey, a ich wysiłki, pomyślała z irytacją, przynoszą odwrotny efekt; tym wyraźniej przez to widać, że marzą o tym, aby pożreć ją wzrokiem. W oczach Dodo Janey była ucieleśnieniem męskich pragnień: pospolitą, seksowną idiotką. Nie spiesząc się, wstała z kanapy i przeszła przez pokój.

– Witam. Ty pewnie jesteś Janey.

– Zgadza się. A ty…?

– Dodo Blanchette, żona Marka. – Głos Dodo był chłodny, ale w środku aż gotowała się z wściekłości. Czy Selden nie przedstawił jej nikogo, nawet gospodyni? Wytłumaczyła sobie jednak, że zapewne to zrobił, ale Janey była zwyczajnie zbyt głupia, żeby to zapamiętać. – Trafiliście bez problemów do tej naszej pustelni? – zapytała.

– Prawdę mówiąc, kierowca zgubił drogę – wyznała Janey.

– Wybaczcie nam – powiedział Mark. – Dodo nie ma za grosz orientacji przestrzennej… Nawet w torbie na zakupy nie potrafi niczego znaleźć.

Dodo rzuciła mu złe spojrzenie, nie wiedząc już, komu bardziej życzy śmierci: mężowi czy… Janey Wilcox.

– Proponuję wznieść toast. – Dodo uderzyła nożem w szklankę na wodę. Wstała chwiejnie, ryzykownie balansując kieliszkiem czerwonego wina. Zdążyła już sporo wypić, a koki też poszło więcej, niż planowała. Czuła, że jest na niezłym haju. – Za nowego członka naszej małej rodzinki! Witamy Janey Wilcox!

– Witamy!

Janey wyprostowała się na krześle, pociągając łyk wina. Zmusiła się do uśmiechu, myśląc jednocześnie, że nigdy nie zostanie członkiem tej rodzinki, choćby nie wiedzieć jak bardzo się starała. Była jak cudzoziemiec, który nie zna tutejszego języka; siedząc przy tym stole, czuła się samotna jak bezpański pies.

Na przykład ta Dodo, pomyślała. To jakaś wariatka! Zanim zasiedli do kolacji, Dodo niemalże siłą oprowadziła Janey po całym domu. Co chwilę przy tym zaznaczała, że oczywiście, mogliby mieszkać w mieście, ale za pięć milionów w Greenwich można kupić większą posiadłość… W sypialni Janey odmówiła działki kokainy, ale i tak musiała przesiedzieć z Dodo blisko kwadrans w łazience. Dowiedziała się wtedy wszystkiego o praktykowanej przez Dodo metodzie antykoncepcyjnej, polegającej na stosowaniu testu owulacyjnego i powstrzymywaniu się od współżycia w dni płodne.

– Wyobrażasz sobie mnie z dzieckiem? – dopytywała się Dodo. – A facetom tylko to w głowie. Mamy im dawać ciała i rodzić dzieci. A ja pracuję, i to ciężko! Do tego muszę się zajmować domem i Markiem, bo on przecież nic nie zrobi…

Była jeszcze Carolina. Jej twarz cechowały arystokratyczne rysy, które dwieście lat temu uznano by za szczyt piękności. Pod tą piękną maską kryły się jednak złe, czujne oczy kobiety, która wie, że mąż ją zdradza, ale nie zdobyła na to jeszcze niezbitych dowodów. Ale pójdzie jej szybko, pomyślała Janey, patrząc, jak Dodo klei się do Paula, szepcze mu na ucho żarciki i trąca go kolanem…

No i jeszcze ta biedna mała Constance, tak chuda, że w każdej chwili mogła zemdleć z wycieńczenia. Nikt nie zwracał na nią uwagi, jakby była wielką lalką posadzoną przy stole.

Całe towarzystwo było zarozumiałe i bardzo z siebie zadowolone.

– Nadal uważam, że republikanie rozwalą nam gospodarkę – gorączkował się Ross.

– Wiesz dobrze, że to bzdura – przekonywał go Selden. – Gospodarka idzie własnym kursem bez względu na to, czy prezydent jest republikaninem, czy demokratą…

– Jako jedyna osoba w tym gronie, która naprawdę pracuje w telewizji, oświadczam, że niedługo obroty giełdy powrócą do dawnego poziomu – powiedziała Dodo.

– Ross, kochany, zupełnie zapomniałeś o Reaganie – zauważyła Carolina.

Janey kłuła widelcem swoją porcję jagnięciny i milczała. Mięso było o wiele za krwiste jak na jej gust; zaczęła się obawiać, że niedosmażoną jagnięcina można się zatruć. Nagle Ross ją zapytał:

– Zainwestowałaś pieniądze na giełdzie?

– Trochę – odpowiedziała.

– Janey pewnie ma agenta do spraw finansowych – powiedziała Dodo. – Tak robią modelki, prawda? Nie muszą się znać na giełdzie.

– Wiele modelek osobiście obraca swoimi pieniędzmi – odparła Janey.

– Rozmawiałem ostatnio z jednym gościem związanym z tym biznesem – wtrącił Paul. – Według niego sekret sukcesu wielu top-modelek polega na tym, że są one bystre. Inaczej nie zaszłyby tak wysoko.

– Daj spokój, Paul – nie wytrzymała Carolina. – Bystre w porównaniu z kim? – Zapadła martwa cisza i Carolina musiała szybko dodać: – Nie mówię o tobie, Janey.