Выбрать главу

Nieustanne, rytmiczne odgłosy uderzeń piłki tenisowej działały usypiająco. Wielkim wysiłkiem woli Janey powstrzymała opadające powieki i zmusiła się do stworzenia choćby pozorów zainteresowania grą. Siedziała na małym pagórku wznoszącym się ponad kortem. Widać stąd było prawie całą wyspę. Przed nią rozciągał się uroczy obrazek: zielone pola poprzecinane czarnymi wstążkami asfaltowych szos, a zupełnie niedaleko szerokim kręgiem roztaczało się Morze Karaibskie. Ścieżką wiodącą do kortu wspinały się powoli dwie pokojówki w wykrochmalonych szarych uniformach. Gawędziły wesoło, jakby zupełnie im nie przeszkadzało, że ich życie to nieskończony ciąg dni podobnych do siebie jak dwie krople wody…

Na korcie Selden zmagał się ze swoim ojcem, Richardem Rose'em, a jego brat Wheaton sędziował. Cała trójka była w białych strojach do tenisa, zgodnie z tradycją sportową, której hołdowały władze wyspy Mustique. Wheaton, stojący przy linii końcowej pola Seldena, nagle skrzyżował ramiona.

– Aut! – zawołał. – Piłka była na aucie. Przykro mi, tato.

– Nie przejmuj się. Jeszcze dołożę skurczybykowi… – sapnął Richard Rose, podrzucając piłkę i zamierzając się rakietą.

– Richard! – krzyknęła ostrzegawczo matka Seldena, Paula Rose, siedząca na trawie obok Janey. Wszyscy panowie drgnęli i obrócili się w jej kierunku.

– Staruszek dostaje baty i zaczyna gonić w piętkę! – zawołał z dumą Selden do Janey, która uśmiechnęła się blado w odpowiedzi. Pani Rose upomniała go – i męża – ostrym tonem:

– Tylko nie zapominajcie o dobrym wychowaniu! – Po czym zwróciła się do Janey, kręcąc głową: – Chłopcy uwielbiają tenisa. Popełniłam chyba największy błąd mojego życia, pozwalając Richardowi wybudować kort u nas w Chicago.

Janey podrapała się w nogę, w miejsce, gdzie ugryzł ją moskit.

– Doprawdy? – zapytała, udając zainteresowanie. Przylecieli tutaj trzy dni temu, a Selden z miejsca powitał ojca słowami: „No, tato, znalazłeś już kort?". Podrapała rankę mocniej, aż do krwi i dopiero wtedy poczuła ulgę. Na wyspie roiło się od moskitów. Moskitiery nie były dostatecznym rozwiązaniem, bo wściekłe bzyczenie owadów i tak nie dawało Janey spać. Selden czuł się świetnie, ale ona była półżywa. Gdybym tylko mogła się porządnie wyspać, pomyślała, to może nie zwariuję przed końcem tego wyjazdu…

– Pogoda w sam raz na grę w tenisa, prawda? Nie za ciepło… – zauważyła żona Wheatona, Isabelle. Isabelle stanowiła ucieleśnienie zalet charakteru cenionych na środkowym zachodzie Stanów: była serdeczna, miła i absolutnie nijaka. Jej osobowość nie miała ciekawych stron ani nawet żadnych kantów.

– I dzięki Bogu – powiedziała pani Rose. – Na Karaibach można grać albo wcześnie rano, albo dopiero późnym wieczorem. Sześć lat temu pojechaliśmy do Round Hill… – I popłynęła długa opowieść o problemach z zarezerwowaniem kortu w klimacie, w którym gra jest możliwa wyłącznie w ciągu dwóch, trzech godzin dziennie. Janey szybko przestała słuchać. O wiele bardziej interesowała ją mrówka ciągnąca listek, którą wypatrzyła w trawie obok swojej stopy. Jak się okazało, dekoncentracja była błędem, bo nagle Paula zagadnęła ją:

– Co o tym sądzisz, Janey?

– Hm? – Janey z trudem zdobyła się na uśmiech. Po trzech dniach sztucznych uśmiechów bolały ją już wszystkie mięśnie twarzy. – Co sądzę…?

– Richard dostał udaru – poinformowała ją pani Rose, zerkając na Isabelle.

– Dzięki Bogu, że nic mu się nie stało. – Janey podjęła ryzykowną próbę włączenia się do rozmowy.

– W końcu, oczywiście, poczuł się lepiej – pani Rose spojrzała na nią jak na ostatnią idiotkę – ale już byłam pewna, że to zawał. W dwie godziny objechaliśmy wszystkich lekarzy na Jamajce. Prosiłam Richarda: „Jeśli chcesz umierać, to przynajmniej poczekaj, aż wrócimy do Chicago". Tak więc teraz, kiedy wyjeżdżamy na urlop, zawsze mi obiecuje, że będzie na siebie uważał aż do powrotu do domu…

Isabelle zaśmiała się usłużnie, ale Janey nie potrafiła zdobyć się na żadną reakcję. Naprawdę bardzo usilnie starała się zgrać z rodziną Seldena, ale byli to ludzie tak całkowicie od niej różni, że czasami miała wrażenie, że łatwiej byłoby się z nimi porozumieć, gdyby pochodzili z innego kraju, chociażby ze Szwecji…

Ich maniery były rzecz jasna nienaganne – na pozór. Janey spojrzała ukradkiem na panią Rose, która skończyła już opowiadać swoją anegdotkę i teraz najzwyczajniej w świecie ją ignorowała, udając pochłoniętą meczem. Paula była kobietą z rodzaju tych, o których mówi się, że „dobrze się trzymają". Co rano pojawiała się w białej, świeżo wyprasowanej koszulce z krótkim rękawem i w szortach khaki, z apaszką od Hermesa na szyi, starannym makijażem oraz umytymi i wysuszonymi włosami. Była atrakcyjną kobietą i cieszyła się poważaniem całej rodziny, ponieważ pomimo wieku zachowała stanowisko w redakcji dziennika „Chicago Sun-Times". Pierwszego dnia była dla Janey niezwykle uprzejma, pokazała jej swój pokój, pochwaliła jej „prześliczną" garderobę, buty i torebki, a zachowywała się przy tym z takim wdziękiem, że Janey wydawało się nawet, że zostaną przyjaciółkami, a pani Rose zastąpi jej matkę, której nigdy nie miała… Przy obiedzie Janey siedziała obok ojca Seldena, miłego mężczyzny o nieco zbyt wyrazistej twarzy. Zanim Richard Rose przeszedł na emeryturę, pracował w tej samej firmie prawniczej co Wheaton; obecnie głównym jego zajęciem były dieta i ćwiczenia, dzięki którym, jak się chwalił, dotąd „nie capnął go rak". Janey, czując się niepewnie w nowym towarzystwie, poświęciła mu chyba zbyt wiele uwagi, bo następnego dnia atmosfera stała się wyraźnie chłodniejsza…

Mecz zakończył się raptownie; Selden zakończył mecz z ojcem silnym forhendem, rzucił rakietę na ziemię i ogłosił się zwycięzcą. Cała trójka weszła na pagórek, na którym siedziały panie. Janey wstała, mając cichą nadzieję, że na dziś mają już dość tenisa i że uda jej się wyrwać dokądś z Seldenem – podobno w okolicy był niezły bar, w którym pojawiał się sam Mick Jagger…

– Kort mamy opłacony jeszcze przez godzinę. – Selden dyszał ciężko. – Kto chce teraz zagrać? Może ty, Janey?

– Wiesz, że nie gram w tenisa. – Chciała zaproponować wspólny wypad we dwójkę, ale uprzedził ją Richard.

– Na naukę nigdy nie jest za późno – oświadczył. – Selden, musisz udzielić jej kilku lekcji.

– Nie mam kondycji… – zaprotestowała bezradnie.

– Isabelle zaczęła grać dopiero po trzydziestce – poinformował ją Wheaton – a już doszła do niezłej formy. Czasami wygrywa nawet ze mną.

– Kiedy masz dzień dobroci dla mnie. – Isabelle się roześmiała.

– Paula, zagrasz? – zapytał Richard.

– Muszę wrócić do domu i dopilnować, żeby kucharka przyrządziła jak należy pieczeń wołową na świąteczną kolację. – Pani Rose pokręciła głową. – Czy supermarket jest jutro czynny?

– Do południa – powiedział Selden.

– To bardzo dobrze. – Paula westchnęła z ulgą.

Janey miała dość.

– Zagraj z Wheatonem – powiedziała do Seldena. – Ja chyba wrócę do domu. Jestem zmęczona…

– Zmęczona! – zdziwił się Richard. – Jesteś młodsza od nas wszystkich.

– To przez te moskity – wyjaśniła. – Nie dają mi spać.