_ On nie umiera – powiedziała Sophie. – Zostałeś oszukany.
– Nie wierzę ci.
– To prawda.
– W takim razie muszę się upewnić, że nigdy go już nie zobaczysz. – Sanborne skinął na ochroniarza, który stał obok. – Zabij ją, Kirk.
Mężczyzna podniósł broń. Ona miała dużo lepszy zasięg niż ich broń.
– Nie! – krzyknął Royd i rzucił się na Sophie, powalając ją na ziemię. Podniósł swój pistolet i wystrzelił.
Ale w tym samym momencie rozległ się strzał z drugiej strony.
Dostał.
Krew. Z jego klatki piersiowej buchnęła krew. Zamknął powoli oczy.
– Royd!
Następny strzał. Kula utkwiła w pomoście. Instynktownie zasłoniła Royda swoim ciałem. Uniosła pistolet i wycelowała.
Ciało Sanborne'a osunęło się na podłogę motorówki. Dostał w głowę. Ochroniarz upuścił broń, kiedy zorientował się, że Sanborne dostał, teraz pochylał się nad jego ciałem.
– Czy go trafiłem? – Royd otworzył oczy i spoglądał na nią.
– Tak. – Po jej policzkach płynęły łzy. – Zamknij się. Nie mów nic. – Rozpięła mu koszulę. – Dlaczego to zrobiłeś? _ Jej głos się załamywał – Nie powinieneś był tego robić, do cholery.
– Nie mogłem… inaczej… – Znowu zamknął oczy. – Mówi¬łem ci…
Oddałbym za ciebie zycie.
– Nie waż mi się umierać. Słyszysz mnie? Nie chciałam, żebyś robił z siebie bohatera. – Boże, kula trafiła w górną część klatki piersiowej. Nie panikuj. Jest lekarzem. Musi się zacho¬wywać jak lekarz. – Trzymaj się. Nie zostawiaj mnie tu z po¬czuciem winy, że umarłeś przeze mnie. Wiesz, jakie mam problemy z poczuciem winy.
– Nie… pomyślałem o tym.
– Poprawisz się. – Sięgnęła po telefon i wybrała numer MacDuffa. – Jesteśmy na pomoście. Royd jest ranny.
– Zaraz przyślę pomoc.
– Dobrze. – Rozłączyła się. – Teraz sprawdzę, czy kula utkwiła w ciele, czy przeszła na wylot. To będzie bolało.
Nie odpowiedział. Był nieprzytomny.
– Sophie.
Podniosła głowę i zobaczyła MacDuffa i Campbella stoją¬cych nad nią.
– Dlaczego tak długo? – Przytuliła mocniej Royda. – Mógł umrzeć.
– Dziesięć minut – powiedział MacDuff, klękając przy niej.
– Pojawiliśmy się tak szybko, jak to było możliwe. Co z nim?
– Szok. Utrata krwi. – Potrząsnęła głową. – Nie wiem, co jeszcze. Zrobiłam, co mogłam. Musimy zawieźć go do szpitala. – Ostrożnie puściła Royda i usiadła. Nie chciała go zostawiać. Miała dziwne uczucie, że dopóki trzymała go w ramionach, dopóty był bezpieczny. – Od momentu, kiedy do ciebie dzwoni¬łam, jest nieprzytomny.
– Od razu zadzwoniłem po helikopter. Powinien tu zaraz być – powiedział MacDuff i zwrócił się do Campbella: – Idź go wyglądać, Campbell. Powiedziałem, żeby wylądował niedale¬ko domu.
– Tak jest. – Campbell odwrócił się i odszedł. MacDuff spojrzał na Sophie.
– Czy wszystko w porządku? Jesteś ranna?
– Nie. Kula była przeznaczona dla mnie, ale Royd przyjął ją na siebie.
– Sanborne?
– Nie żyje. royd go zastrzelił. Nie wiem, gdzie jest. Był na motorówce razem ze swoimi dwoma ochroniarzami. – Starała się opanować drżenie głosu. – Musicie go znależć. Miał ze sobą dysk z REM-4. muszę odzyskać te formuły. Zawsze stanowiły zagrożenie…
– Znajdziemy go – zapewnił. Wyciągnął rękę i uścisnął jej ramię. – Wszystko będzie dobrze, Sophie.
Zamknęła oczy. Puste słowa, kiedy Royd leżał tu i walczył o życie. Nie pozwoli mu umrzeć. Musi żyć, w przeciwnym razie jak ona będzie żyła?
Boże, jaka była samolubna. On zasługuje na długie i szcz꬜liwe życie i to nie ma nic wspólnego z nią. Powtarzała tę myśl w duchu, jak mantrę. On musi żyć. On musi żyć.
– Sophie – powiedział łagodnie MacDuff. – Chyba słyszę helikopter.
Otworzyła oczy. Też słyszała. Nagle wstąpiła w nią nadzieja.
– Zabierzmy go stąd.
Godzinę później byli już w szpitalu Santo Domenico w Cara¬cas. Przed chwilą Royd został zabrany na oddział chirurgiczny. – W porządku? – zapytał MacDuff, przyglądając się Sophie.
– Trzyma się. To dobry znak.
– Może wydobrzeć, ale równie dobrze jego stan może się pogorszyć – powiedziała Sophie. – Doceniam to, że starasz się mnie pocieszyć, ale zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji. Przynajmniej zrobili mu transfuzję krwi w helikopterze. To zwiększa szanse.
– Chodź, pójdziemy do poczekalni. Napijemy się kawy. Nie chciała iść. Chciała wedrzeć się na salę operacyjną i patrzeć na ręce lekarzom. Chciała mu pomóc, do cholery!
Odetchnęła głęboko.
– Za chwilę. Muszę wyjść na zewnątrz i zadzwonić. I tak miałam zadzwonić do Michaela. Royd mówił, że Michael jest z Jockiem. Czy nadal?
Skinął głową.
– W domu nad jeziorem, niedaleko Atlanty.
– Musi być doskonałym aktorem. Nie rozpoznałam jego głosu, a i Sanborne dał się osżukać. Przez chwilę nie wiedzia¬łam, co myśleć.
– Jock jest świetny we wszystkim, co robi – powiedział MacDuff, otwierając przed nią przeszklone drzwi. – Ale nie ryzykowałbym, żeby, imitował głos Franksa, bez pewnej tech¬nicznej sztuczki.
– Słucham?
_ Zanim dopadł Franksa, Jock przez półtora dnia bawił się z nim w kotka i myszkę. Pozwolił mu się zbliżyć i czmychnąć.
Zmarszczyła czoło.
– Nie rozumiem.
_ Jockowi było potrzebne nagranie Franksa, jak rozmawia przez telefon ze swoimi ludźmi, z Sanborne' em. Kiedy już mieli nagranie, Jock i Joe Quinn zabrali je do eksperta w miejscowym biurze FBI. Quinn pracował kiedyś w FBI i wciąż ma tam pewne kontakty. Przy telefonie, który Jock ukradł Franksowi, zamon¬towali urządzenie. – Uśmiechnął się. – I w ten oto sposób głos Jocka brzmiał, jak głos Franksa. Nieźle wykiwał Sanborne'a.
– I przeraził mnie. Uśmiech MacDuffa zniknął.
_ Dziwię się, że Royd nie powiedział ci, co się działo.
_ Mówił mi. Z grubsza. Zresztą, kiedy usłyszałam głos Franksa, byłam już na wyspie. Nie miałam wyboru. Musiałam zaufać Roydowi.
– I zaufałaś mu?
_ Po wielkich wewnętrznych bataliach – przyznała, opierając się o ścianę. – Nic, co związane z Roydem, nie jest proste. _ Ale, Boże, chciała, żeby ten trudny, nieokrzesany facet żył. _ Musiałam kierować się intuicją.
_ A może również czymś innym?'-: MacDuff nie czekał na odpowiedź: – Wykonaj swój telefon. Przyniosę ci kawę. Bez mleka?
Skinęła głową. MacDuff wszedł z powrotem do środka.
Coś innego? Sympatia? Może… miłość? Zacisnęła rękę na telefonie. Namiętność, bliskość, podziw, była świadoma tych uczuć. Teraz musiała pogodzić się z tą pustką i przerażeniem, które poczuła na myśl, że może go stracić.
Wciąż może go stracić. Oczy jej zapełniły się łzami. Musi się trzymać. Być czymś zajęta. Wybrała numer Jocka.
– Chyba nie chcesz rozmawiać ze mną, Sophie. Jest tu młody człowiek, który chce przejąć słuchawkę.
– Dobry byłem, mamo? – zapytał przejęty Michael. – Jock mówił, że muszę udawać, żebyś była bezpieczna.
– Bardzo dobrze, kochanie. Jak się masz?
– Dobrze. Tujest bardzo ładnie. Jane ma psa, wabi się Toby, jest półwilkiem. Jane uczy mnie też grać w pokera.
– Miałeś jakieś ataki?
– Jeden – powiedział szybko. – Jock powiedział, że jesteś teraz bezpieczna, bo pokonałaś tych drani. Kiedy przyjedziesz?
– Tak szybko, jak będę mogła. Muszę jeszcze załatwić jedną sprawę. Daj mi jeszcze na chwilę Jocka. Kocham cię.