Martin Beck patrzył z namysłem na Mårda.
Możliwe, że próbował się przedstawić w lepszym świetle.
– Byliście długo małżeństwem – powiedział.
– Tak. Sigbrit miała zaledwie osiemnaście lat, kiedy się ochajtnęliśmy. W dwa tygodnie później wypłynąłem. A potem byłem przez cały czas na morzu, ale przyjeżdżałem do domu na miesiąc czy dwa każdego roku i było nam dobrze.
– Seksualnie?
– Tak. Podobało się jej. Mawiała, że to tak, jakby przejechał po niej pociąg.
– A przez resztę roku?
– Mówiła, że jest mi wierna, a ja nigdy nie miałem dowodu, że nie jest. Ale zawsze sądziłem, że to trochę dziwne, że jest taka napalona przez miesiąc, a potem potrafi się powstrzymać przez jedenaście. Powiedziała jednak, że to żadna sztuka. Wystarczy o tym nie myśleć.
– A pan?
– Jasne, że szedłem do burdelu, kiedy byliśmy w porcie.
– W stu ośmiu krajach?
– Nie, nigdy nie liczyłem burdeli, ale było ich dość dużo. Mogę oczywiście podać adresy, jeśli pan chce. Ale w niektórych krajach nie ma dziwek. Pamiętam jeden. Rumunię. Leżałem w Konstancy na jakąś wysypkę przez trzy miesiące. W całym mieście nie było ani jednej dziwki. Pojechałem pociągiem do Bukaresztu. Tam też ani jednej. W życiu czegoś podobnego nie widziałem.
– Co pan wtedy zrobił?
– Pojechałem do Pireusu. Tam były tysiące. Chlałem, pieprzyłem się i nie wychodziłem z łóżka przez dwa tygodnie. Tak, do diabła.
Mård wpatrywał się w szklankę, ale nie pił.
– Myśli pan teraz, że marynarz nic nie robi, tylko lata po burdelach w każdym porcie, a to dowodzi tylko jednego.
– Czego?
– Że nic pan nie wie o ludziach morza. Pływałem z chiefem przez siedem lat. Miał żonę w Bergkvara. I mógłbym przysiąc, że nie tknął żadnej cizi przez te wszystkie siedem lat. Myślę, że to bardzo dobrze. Facet powinien być taki. I znam wielu innych.
– Co mówił pan wtedy w domu?
– Sigbrit? Mówiłem oczywiście, że byłem wierny jak cholera i tylko czekałem na urlop. Musiałem tylko pilnować, żeby nie wrócić do domu z zadrapaniami i malinkami na całym ciele. Na szczęście jest penicylina. Ale jej przysięgałem na wszystko, że nawet nie spojrzałem na inną dziewczynę. Teraz też bym się nie przyznał, gdyby nie to, że już jest za późno. To nie ma już znaczenia.
– Dlatego, że Sigbrit nie żyje?
Jeżeli Martin Beck spodziewał się wybuchu ze strony swego rozmówcy, był w błędzie.
Mård pociągnął mały łyk, trzymając szklankę bardzo pewną ręką.
– Próbuje mnie pan zwabić w jakąś pułapkę – powiedział spokojnie. – Ale to się nie uda. Po części dlatego, że siedziałem wtedy na promie, a po części dlatego, że nie sądzę, by Sigbrit nie żyła.
– Zatem co pan sądzi?
– Nie wiem. Ale wiem parę rzeczy, o których pan nigdy by nie pomyślał.
– Na przykład co?
– Sigbrit jest trochę snobką. Uważała, że to świetnie być żoną kapitana i siedzieć w tamtym pięknym domu. Jej pensja i moja dawały niezły dochód. Poza tym przez cały czas miałem trochę własnych pieniędzy. Potem się rozwiedliśmy i było okej, ale nie uważałem, że ona powinna coś dostać za to, że się ode mnie uwolniła, więc nie było alimentów ani nic w tym stylu. Po rozwodzie zrobiło się zatem dość cienko.
– Czemu się rozwiedliście?
– Nie wytrzymywałem bezczynnego siedzenia w tej cholernej dziurze. Więc tylko chlałem i wrzeszczałem na nią, by czyściła mi buty i sprzątała, i lałem ją, a ona już tak dłużej nie mogła. W sumie nie takie dziwne. Cholernie potem żałowałem. I tutaj mogę siedzieć i żałować. Mogę też żałować, że przez piętnaście lat wypijałem dwie flaszki wódki dziennie. Na zdrowie!
Mård wypił drinka jednym haustem. Jakieś trzysta mililitrów sześćdziesięcioprocentowego alkoholu. Wlał to w siebie jak wodę, na jednym oddechu.
– Jedno mnie zastanawia – powiedział Martin Beck.
– Co?
– Czy mieliście kontakty seksualne po rozwodzie?
– Pewnie. Przyjeżdżałem tu i przeciągałem ją parę razy. Ale ostatnio dość dawno. Jakieś półtora roku temu.
– I co mówiła?
– Nadal uważała, że to jak być przejechanym przez lokomotywę od ekspresu. Super. Z wiekiem jej cipka stawała się coraz większa i bardziej wilgotna. Wtedy miałem jeszcze nadzieję, że to naprawimy, ale teraz jest już za późno.
– Dlaczego?
– Z wielu powodów. Między innymi dlatego, że jestem chory. Ale również dlatego, że właściwie nie ma czego naprawiać. Co był wart związek zbudowany w dużej mierze na oszustwie i kłamstwie? Nawet jeśli tylko ja kłamałem. A jednak naprawdę kocham Sigbrit.
Martin Beck zastanawiał się przez moment. Potem powiedział:
– Kapitanie Mård, z tego, co pan mówi wynika, że ma pan duże doświadczenie z kobietami.
– No, można tak powiedzieć. Dobre dziwki coś potrafią. Potrafią się pieprzyć. No i co z tego?
– Czy pana żona była, lub jest, szczególnie pociągająca seksualnie?
– No jasne. Nie tylko dla rozrywki przyjeżdżałem do Anderslöv co najmniej na miesiąc każdego pieprzonego roku.
Martin Beck czuł się niepewnie. Im dłużej trwała rozmowa, tym mniej wiedział, w co ma wierzyć. Nie był nawet pewny, czy nadal nie znosi Mårda.
– Te sto osiem krajów robi wrażenie – przyznał. – Że pan naprawdę to pamięta.
Mård włożył rękę do kieszeni i coś z niej wyjął. Był to mały notes w skórzanej oprawie, prawie tak gruby jak psałterz.
– Powiedziałem przecież, że ciągle się uczę. Proszę spojrzeć.
Kartkował notes, częściowo wypełniony notatkami. Strony miały czarne linie z bardzo małymi odstępami.
– Tu – oznajmił Mård. – Tu jest cała lista. Zaczynając od Szwecji, Finlandii, Polski, Danii, a kończąc na Ras Al Kaimie, Malcie, Południowym Jemenie i Górnej Wolcie. Na Malcie byłem dużo wcześniej, ale nie wpisałem jej na listę, zanim nie stała się niepodległa. To jest cholernie dobry notes. Kupiłem go w Singapurze przeszło dwadzieścia lat temu i nigdy nie widziałem równie dobrego.
Schował notes i powiedział:
– Jest jak dziennik pokładowy mojego życia. Na ludzkie życie nie trzeba więcej niż takiego małego notesu. A dla większości znacznie mniej.
Martin Beck wstał. Mård uczynił to samo. Podniósł się błyskawicznie, wyciągając swoje wielkie dłonie.
– Ale jeśli ktoś zrobił jakieś draństwo Sigbrit, daj mi się nim zająć. Zresztą nikt inny nie może jej dotknąć. Jest moja.
Jego mroczne oczy błysnęły.
– Rozerwę go na kawałki – wychrypiał. – Te ręce rozrywały już ludzi na kawałki.
Martin Beck spojrzał na jego dłonie.
– Może powinien pan jednak pomyśleć o tym, co robił siedemnastego, kapitanie Mård. Tamto alibi nie wydaje się wiele warte.
– Alibi – rzucił szyderczo Mård. – Na co?
Przemierzył podłogę paroma wielkimi krokami i otworzył drzwi.
– Jedź już do diabła – warknął. – Szybko, zanim się naprawdę wścieknę.
– Do widzenia, kapitanie Mård – powiedział grzecznie Martin Beck.
Kiedy zobaczył jego twarz w świetle, zwrócił uwagę na silnie zażółcone białka oczu.
– Szczur lądowy – stwierdził Mård. I zatrzasnął z całej siły drzwi.
Martin Beck przeszedł jakieś sto metrów w stronę miasta. Potem skręcił do portu. Kiedy dotarł do Savoya, wszedł do baru i usiadł.
– Dzień dobry – powiedział barman.
Martin Beck skinął głową i rzekł: