Выбрать главу

– Wysp Owczych?

– Tak, to rzadki widok. Potem wyprzedziły nas dwa wodoloty, 1305 i 1306, „Jaskółka” i „Królowa Fal”. Potem zapisałem włoski niszczyciel przy Langelinie. I dwa małe niemieckie frachtowce we Frihavnen. To wszystko.

– Zanotuję te nazwy – powiedział Martin Beck. – Czy mogę zajrzeć do notesu?

– Nie. Ale mogę je panu przeliterować.

Przeliterował nazwę statku z banderą Wysp Owczych. Martin Beck powie Benny’emu Skackemu, by to sprawdził.

Ale w głębi duszy był już pewny: Bertil Mård ma mocne alibi. Teraz trzeba sprawdzić coś innego.

– Przepraszam, że pana męczę – podjął. – Ale skąd pan wiedział, że Folke Bengtsson jest sąsiadem pana byłej żony?

– Bo sama mi o tym powiedziała.

– Mówi pan, że nie był u niej w domu od ponad półtora roku. Wtedy jeszcze Bengtsson się tam nie wprowadził.

– A kto do diabła mówi, że słyszałem to, będąc u niej? Sigbrit przyszła do mnie, bo chciała wyciągnąć pieniądze. Dałem jej trochę. Przecież ją lubiłem. I ruchanko na dokładkę. Tu na podłodze. Krzyczała jak zarzynana świnia, kiedy doszła. Wtedy mi powiedziała o tym zboczeńcu. To był zresztą ostatni raz, kiedy ją widziałem.

Mård wbił swój dziwny wzrok w podłogę.

– Cholerne ścierwo. Udusił ją, prawda? Gdzie go trzymacie?

– Nie będziemy teraz o tym rozmawiać.

– To o czym do diabła mamy rozmawiać? O dziwkach? Interesował się pan burdelami. Mam podać kilka adresów?

– Dziękuję, nie trzeba.

Bertil Mård znów jęknął. Przycisnął pięść do prawej strony brzucha pod żebrami. Nalał sobie do pełna i wypił. Martin Beck czekał. Potem powiedział:

– Jest jeden punkt, w którym pan ewidentnie kłamie, kapitanie Mård.

– Przez cały dzień nie zełgałem ani razu. Który zresztą dzisiaj jest?

– Piątek szesnastego listopada.

– Powinienem chyba zapisać to w dzienniku pokładowym. Dzień bez kłamstwa. Choć jeszcze się nie skończył.

– Chociaż Bengtsson, jak sam pan mówi, nie wprowadził się do Domme, zanim pan definitywnie opuścił to miejsce, widział pana dwa razy.

– Łże jak pies. Moja noga tam nie postała.

Martin Beck myślał, pocierając nasadę włosów. Potem powiedział:

– Czy wiedział pan o związku pana byłej żony z mężczyzną o imieniu Kaj?

– Czy to ma być jakiś żart?

– Nie, to nie żart.

– Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Nie tolerowałbym zresztą związków Sigbrit z innymi facetami.

– Nie zna pan żadnego Kaja?

– Nie tak szybko. Kiedyś chyba spotkałem kogoś, kto się tak nazywał. Ale to nie ma nic wspólnego z Sigbrit. To zresztą cholernie głupie imię.

– Nie rozumiem, czemu Bengtsson miałby kłamać. Twierdzi z całym przekonaniem, że widział pana dwa razy koło domu.

– Typowe – odrzekł Mård. – To skończony wariat. Udusił dwie kobiety. A pan, niby komisarz policji, siedzi tutaj i się dziwi, jak on mógłby kłamać.

Mård splunął na podłogę.

– Nie, tamten automatyczny glina, o którym mówiłem, byłby lepszy.

Martin Beck nagle zaskoczył. Trochę za późno, pomyślał.

– Jaki pan ma samochód, kapitanie Mård?

– Saab. Stary zielony grat. Mam go już sześć lat. Stoi gdzieś na dworze, z kartką na szybie, że mam zapłacić na poczcie trzydzieści pięć koron łapówki. Rzadko jestem na tyle trzeźwy, by prowadzić.

Martin Beck długo mu się przyglądał.

Mård milczał.

Po chwili Martin Beck przerwał milczenie.

Powiedział:

– Pójdę już i prawdopodobnie nigdy tu nie wrócę.

– Byłoby świetnie.

– Lubię pana w jakimś sensie – stwierdził Martin Beck. – Dziękuję za okazaną mi cierpliwość.

– Mam gdzieś, czy ludzie mnie lubią, czy nie.

– Chce pan mojej szczerej rady?

– Może mi się przyda.

– Niech pan sprzeda tę restaurację czy co tam jeszcze ma. Weźmie gotówkę i wyjedzie. Kupi bilet do Panamy czy Hondurasu i tam się zamustruje. Nawet jako oficer pokładowy.

Mård patrzył na niego mrocznym spojrzeniem brązowych oczu, które potrafiły tak szybko zmieniać wyraz od szaleństwa do zupełnego spokoju.

– To jest myśl – powiedział.

Martin Beck zamknął za sobą drzwi.

Był dokładny, więc poprosi Benny’ego Skackego, by sprawdził te statki.

Ale to już nie było takie ważne.

Folke Bengtsson dwa razy widział mężczyznę w beżowym volvo koło domu w Domme.

I nie był to Bertil Mård.

Rozdział 17

Kiedy Martin Beck wrócił do Anderslöv, poszedł na komisariat, by porozmawiać z Herrgottem Nöjdem.

W recepcji nie było nikogo, ale przy kontuarze stał starszy mężczyzna w chodakach, mnąc w rękach podniszczoną karakułową czapkę. Drzwi do pokoju Nöjda były uchylone, więc Martin Beck otworzył je i zajrzał do środka. Przy biurku stała Britta, sekretarka, szukając czegoś w papierach.

– Herrgott pojechał w jakiejś sprawie do Hönsinge – poinformowała. – Powinien wrócić za godzinę.

Martin Beck, zastanawiając się, stał w progu. Chciał z kimś porozmawiać, ale nie miał ochoty czekać na Nöjda całą godzinę, a Kollberg też nie był dostępny. W końcu powiedział:

– Proszę mu przekazać, że jadę do Trelleborga i wrócę wieczorem.

Zamknął drzwi i poszedł do sekretariatu zadzwonić po taksówkę. Mężczyzna w chodakach położył karakułową czapkę na blacie i powiedział:

– Chciałem prosić o prawo jazdy.

Martin Beck pokręcił głową i oznajmił:

– Nie mogę go panu wydać.

– Ale to tylko na konia i wóz – rzekł mężczyzna błagalnym tonem.

– Proszę porozmawiać z sekretarką – odparł Martin Beck i podniósł słuchawkę.

Starszy człowiek sprawiał wrażenie tak zgnębionego i nieszczęśliwego, że Martin Beck dodał:

– Zaraz przyjdzie. Na pewno da się to załatwić.

Prawo jazdy na konia i wóz, pomyślał.

Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Taksówkarz był rzadko spotykanym w tym zawodzie typem milczka.

Prowadził, a Martin Beck myślał. Próbował zebrać wszystko, co wiedział o mężczyźnie, który był kochankiem Sigbrit Mård.

Miał na imię Kaj.

Pisał do niej liściki na papierze, który wyglądał jak wyrwany z notesu. Jaką drogą dostawała wiadomości? Na pewno nie przez pocztę.

Prawdopodobnie był żonaty z kobietą o imieniu Sissy, która miała brata.

Spotykał się z Sigbrit w czwartki. Sporadycznie widywali się w inne dni tygodnia, ale zawsze w czwartki. Z wyjątkiem świąt i tygodni w czerwcu i lipcu. Mógł mieć wtedy urlop.

W sierpniu spotykali się niezwykle często. Może Sissy wyjechała na wieś, a on był słomianym wdowcem?

Prawdopodobnie miał beżowe volvo.

Nazywał ją Sigge.

Nie było wielu punktów zaczepienia.

Martin Beck myślał o kluczu w torebce Sigbrit Mård – tym, który nie pasował do żadnego zamka. Herrgott ustalił, że nie miała własnego klucza w pracy. Czy był to klucz do mieszkania Kaja albo mieli swoje miłosne gniazdko?

Miał wiele pytań – w większości były to tylko spekulacje oparte na dwóch świstkach i literze K w kalendarzu Sigbrit.

Litera mogła oznaczać co innego. Kawiarnia? Może w te dni pracowała na drugą zmianę? Kurs? Może uczęszczała na jakiś? Ale nic w jej domu na to nie wskazywało ani nikt, kto ją znał, o czymś takim nie wspomniał.