Выбрать главу

Ale była dobrą dziewczyną i ją lubił.

Przesiadła się do jego stolika i rozmawiali o dawnych czasach. Kasper postanowił w końcu opowiedzieć jej o swoim problemie. Powiedział wszystko, dokładnie tak, jak było.

Maggan czytała gazety i od razu zrozumiała jego dylemat, a kiedy skończył, powiedziała:

– Biedactwo. To nie jest rozsądne. Właściwie powinnam ci doradzić, żebyś poszedł do glin i wszystko im opowiedział, ale tego nie zrobię, bo nie ufam draniom.

Zastanawiała się przez chwilę, a Kasper nie odzywał się i czekał. W końcu zaproponowała:

– Możesz pomieszkać u mnie. Mam teraz mieszkanie w Kransen. Mój facet nie będzie oczywiście zadowolony, ale jemu też nie po drodze z glinami, więc chyba zrozumie. W głębi jest porządnym człowiekiem.

Kasper nie miał wystarczającego zasobu słów, by wyrazić swoją ulgę i wdzięczność, ale powiedział:

– Super z ciebie dziewczyna, Maggan, zawsze tak myślałem.

Maggan zapłaciła nawet jego rachunek i poszli do Skeppsbron po samochód.

– W twojej sytuacji nie ryzykowałabym mandatu za wycieraczką – stwierdziła. – A ja mam pieniądze na benzynę, więc się nie martw.

Pojechali więc do Midsommarkransen. Maggan prowadziła, a Ronnie przez całą drogę śpiewał, ile sił w płucach.

Rozdział 24

Herrgott Nöjd pstryknął kciukiem i dwoma palcami za prawym uchem tak, że kapelusz przesunął mu się do przodu nad lewe oko. Wyglądał jak Huckleberry Finn, tylko o trzydzieści pięć lat starszy.

– Dziś pojedziemy ustrzelić bażanta. A potem go zjemy. Jestem cholernie dobry w gotowaniu. To jedna z zalet kawalerskiego życia. Człowiek uczy się przyrządzać dobre żarcie.

Martin Beck mruknął coś nieokreślonego.

Sam był najgorszym kucharzem, jakiego można sobie wyobrazić. Może dlatego, że zbyt późno został kawalerem. Ale chyba nie. Kiedy tylko brał się do prac domowych, czuł się, jakby miał dwie lewe ręce.

– A gdzie będziemy polować? Masz tu jakieś tereny łowieckie?

– Ma się w końcu przyjaciół – rzekł Nöjd. – Możemy czuć się zaproszeni. Pożyczę ci swoje buty. I dubeltówkę, mam dwie.

Nöjd z uśmiechem przełożył papiery na biurku.

– O ile nie uważasz, że ciekawsze jest orzeźwienie duszy poprzez wymianę myśli z Folkem – dodał.

Martin Beck wzruszył ramionami. Rozmowy z Folkem Bengtssonem weszły w fazę totalnej stagnacji. Mniej więcej jak partia szachów, w której obaj gracze mają tylko po królu i skoczku na szachownicy.

– Przeczytałem tu coś ciekawego – powiedział Nöjd, wyjmując zagraniczne czasopismo policyjne. – W Dayton w Ohio, mieście o wielkości zbliżonej do Malmö, popełniono w tym roku sto pięć morderstw, czyli proporcjonalnie dziesięć razy więcej niż w Nowym Jorku. Jedyne miasto z gorszymi wiarygodnymi statystykami to Detroit. Siedemdziesiąt jeden spośród tych zabójstw popełniono przy użyciu broni palnej. To na pewno gorzej niż w Sztokholmie.

– Piszą, ile mają tam napadów i rozbojów?

– Nie. Jeśli porównamy to teraz z rejonem policyjnym Trelleborg, mieliśmy tu jedno morderstwo. I jest to niezwykle wysoki wskaźnik.

– Jedno – podkreślił Martin Beck. – Wystarczy jednak, by spędzać mi sen z oczu. W nocy znów śnił mi się Bengtsson.

Nöjd się roześmiał.

– Folke? Nic bym nie powiedział, gdyby przyśniła ci się Sigbrit.

Nöjd dotknął tu przypadkiem psychologicznego fenomenu, jaki dotyczył Martina Becka i z pewnością innych policjantów o podobnym stopniu służbowym. Generalnie mógł wyjść i obejrzeć zmasakrowane lub poćwiartowane ludzkie ciało bez reakcji silniejszej niż uniesienie brwi. Nawet jeśli miał nieprzyjemne wewnętrzne odczucia, był w stanie zrzucić je z siebie jak stary płaszcz, gdy tylko wracał do siebie do domu. Dręczyły go natomiast sytuacje, kiedy czuł, że coś jest nie tak, jak w historii z Sigbrit Mård i Folkem Bengtssonem. Mężczyzna, który został z góry skazany i nie mógł się bronić. To przypominało trochę lincz.

– Druga wiadomość dnia dotyczy badania miejsca zbrodni – powiedział Nöjd. – Szmatki, którą znalazłem w pobliżu zwłok, kiedy tam byliśmy. Prawdę mówiąc, zupełnie o niej zapomniałem.

Wybuchnął śmiechem.

– No i co z nią? – zapytał Martin Beck.

– Zbadali ją technicy kryminalni – odrzekł Nöjd. – Tu jest raport. Ma w sobie włókna bawełny, żwir, błoto, glinę, tłuszcz, olej i opiłki niklu. Żwir i błoto mają dokładnie taki sam skład, jak próbki pobrane z glinianki, w której leżała Sigbrit. Z drugiej strony była ziemia, gdzie ją znalazłem, zupełnie innego rodzaju. Można wysunąć teorię, że ten, kto zamordował Sigbrit, użył tej szmatki do wytarcia butów. Na pewno miał na nogach wysokie buty.

– Opiłki niklu – powtórzył Martin Beck. – To dość nietypowe.

– Też tak sądzę. W każdym razie nic, co wskazywałoby na Folkego jako sprawcę.

Ale to Folke Bengtsson zostanie skazany, pomyślał Martin Beck. Chyba że…

– Wystarczy, teraz jedziemy na polowanie – zarządził Nöjd.

Polowanie było szczególnym przeżyciem dla Martina Becka, który nigdy nie brał udziału w czymś podobnym. Ubrany w zapasowe buty Nöjda, dżinsy, budrysówkę i czapkę zrobioną szydełkiem przez żonę Everta Johanssona, maszerował przez łąki u boku Nöjda, który trzymał na smyczy opierającego się Timmy’ego. Martin Beck niósł śrutówkę, zapasową broń Nöjda, spoczywającą w zgięciu lewego łokcia. Widział kiedyś, prawdopodobnie na filmie, że tak robią prawdziwi myśliwi.

– Pierwszy strzał twój – rzekł Nöjd. – W końcu to ty jesteś gościem. Mój będzie drugi.

Łąka uginała się miękko pod nogami, trawa była wysoka i zmarznięta po zimnej nocy.

Uparte kwiaty opierały się nadchodzącej wielkimi krokami zimie, a w niektórych miejscach rosły spore skupiska zielonkawych grzybów.

– Gąski – powiedział Nöjd. – Na pewno jadalne. Możemy później trochę zebrać i mieć jako dodatek do obiadu. To się chyba tak nazywa.

Kapelusze grzybów były zmarznięte, całkowicie lub częściowo, ale jak na tak późną porę roku dzień był piękny. Martin Beck szedł w milczeniu – słyszał, że myśliwy powinien się tak zachowywać. I myślał tylko trochę o uduszonych rozwódkach, wypuszczonych na wolność mordercach seksualnych, kluczach, które nie pasują do niczego, i szmatkach z opiłkami niklu.

Powietrze było rześkie i czyste, niebo błękitne z pojedynczymi postrzępionymi chmurkami. Wyglądało to naprawdę ładnie.

I wtedy pofrunął w górę ptak, z odległości dwudziestu centymetrów od jego nóg. Martin Beck był zupełnie zaskoczony, wzdrygnął się i wystrzelił, a ptak odleciał jak wyrzucony z katapulty.

– O Jezu – sapnął Nöjd i zachichotał. – Nie chciałbym cię mieć w drużynie w strzelaniu do rzutków. Miło z twojej strony, że nie postrzeliłeś Timmy’ego albo mnie.

Martin Beck też się roześmiał. Uprzedzał przecież, że jego doświadczenia w tej dziedzinie są, delikatnie mówiąc, ograniczone.

Następny bażant wzleciał jakieś czterdzieści minut później i Nöjd go zestrzelił z taką łatwością, jakby to robił od niechcenia.

W drodze powrotnej Martin Beck zajmował się zbieraniem grzybów.

– Tak, z grzybami jest łatwiej – stwierdził Nöjd. – Nie ruszają się.

Kiedy wrócili do pomidorowego samochodu Nöjda, Martin Beck powiedział:

– Opiłki niklu? Skąd mogły się tam wziąć?

– Jakiś warsztat mechaniczny zajmujący się wyspecjalizowaną produkcją. Skąd mam wiedzieć?

– To może być ważne.

– Może – zgodził się Nöjd.

Wyglądało na to, że myśli teraz wyłącznie o obiedzie.