Znalazły się na dachu, ale dokładnie naprzeciwko miejsca, gdzie chciały dotrzeć. Budynek liceum miał ponad sto lat i mieścił prawie dwa tysiące uczniów. Z biegiem lat przybyło kilka przybudówek, a więc i dachów. Były teraz na dachu głównego budynku, zbudowanego prawie osiemdziesiąt lat temu. Spencera znaleziono na dachu części wzniesionej w latach sześćdziesiątych.
Tia pobiegła po krytym papą dachu, a Betsy tuż za nią. Dachy były nierówne. W pewnej chwili musiały zeskoczyć z wysokości prawie jednej kondygnacji. Obie zrobiły to bez wahania.
– Za rogiem – zawołała Betsy.
Obie wybiegły na właściwy dach i stanęły jak wryte. Nie było tam żadnego ciała.
To najważniejsze. Adama tu nie było. Jednak ktoś tutaj był.
Zobaczyły potłuczone butelki po piwie. Niedopałki papierosów i czegoś, co wyglądało na resztki skrętów. Jointy? Karaluchy. Jednak nie dlatego Tia stanęła jak wryta.
Były tam świece.
Dziesiątki świec. Większość stopiła się w bezkształtną masę. Tia podeszła i dotknęła. Ich wosk stwardniał, lecz jedna czy dwie świece były jeszcze miękkie, jakby wypaliły się niedawno.
Tia się odwróciła. Betsy Hill stała i patrzyła. Nie ruszała się. Nie płakała. Tylko stała tam i patrzyła na świece.
– Betsy?
– To tutaj znaleźli ciało Spencera – powiedziała.
Tia przykucnęła i spojrzała na świece. Wyglądały znajomo.
– Dokładnie tu, gdzie są te świece. W tym miejscu. Przyszłam tutaj, zanim zabrali Spencera. Uparłam się. Chcieli go znieść na dół, ale nie pozwoliłam. Chciałam go najpierw zobaczyć. Chciałam wiedzieć, gdzie umarł mój chłopiec.
Betsy zrobiła krok naprzód. Tia nie ruszyła się z miejsca.
– Weszłam po gzymsie, tym, który rozebrali. Jeden z policjantów próbował mnie podsadzić. Powiedziałam mu, żeby zostawił mnie w spokoju. Kazałam im wszystkim się cofnąć. Ron myślał, że oszalałam. Próbował mnie powstrzymać. Jednak się wspięłam. I Spencer był tam. Tam, gdzie ty stoisz teraz. Leżał na boku. Z nogami podkurczonymi jak niemowlę. W takiej pozycji sypiał. Płodowej. Do dziesiątego roku życia ssał kciuk we śnie. Obserwujesz czasem swoje dzieci, kiedy śpią, Tia?
Tia skinęła głową.
– Myślę, że wszyscy rodzice to robią.
– Jak sądzisz, dlaczego?
– Ponieważ wtedy dzieci wyglądają tak niewinnie.
– Może. – Betsy uśmiechnęła się. – Jednak ja myślę, że po prostu dlatego, że wtedy możemy patrzeć na nie, podziwiać je i nie czuć się nieswojo. Gdybyś patrzyła tak na nie w dzień, wzięłyby cię za wariatkę. Jednak kiedy śpią… Zamilkła. Zaczęła rozglądać się wokół.
– Ten dach jest bardzo duży – powiedziała.
Ta nagła zmiana tematu zaskoczyła Tię.
– Chyba tak.
– Ten dach – powtórzyła Betsy – jest duży. Wszędzie leżą potłuczone butelki.
Spojrzała na Tię. Ta nie wiedziała, jak na to zareagować.
– W porządku.
– Ci, którzy zapalili te świece – ciągnęła Betsy – wybrali dokładnie to miejsce, gdzie znaleziono Spencera. Nie pisano o tym w gazetach. Skąd więc wiedzieli? Jeśli tamtej nocy Spencer był sam, to skąd wiedzieli, gdzie postawić świeczki?
■ ■ ■
Mike zapukał do drzwi.
Stał na ganku i czekał. Mo został w samochodzie. Znajdowali się jakiś kilometr od miejsca, gdzie poprzedniej nocy Mike został napadnięty. Chciał wrócić do tego zaułka i sprawdzić, czy zdoła przypomnieć sobie coś lub wygrzebać, cokolwiek. Naprawdę nie miał pojęcia co. Szukał po omacku w nadziei, że natrafi na jakiś ślad, który doprowadzi go do syna.
Wiedział, że tu ma na to największe szanse.
Zadzwonił do Tii i powiedział, że od Huffa niczego nie zdołał się dowiedzieć. Tia opowiedziała mu o swojej wizycie w szkole z Betsy Hill. Betsy wciąż była w ich domu.
– Od czasu tamtego samobójstwa Adam zamknął się w sobie – przypomniała Tia.
– Wiem.
– Może więc tamtej nocy wydarzyło się coś jeszcze.
– Na przykład co?
Cisza.
– Betsy i ja musimy jeszcze porozmawiać – oznajmiła Tia.
– Tylko uważaj, dobrze?
– O co ci chodzi?
Mike nie odpowiedział, ale oboje wiedzieli. Sęk w tym, że – chociaż może to zabrzmieć okropnie – ich interesy mogły już nie być zgodne z interesami Hillów. Oboje nie chcieli powiedzieć tego głośno, lecz o tym wiedzieli.
– Najpierw go znajdźmy – powiedziała Tia.
– Właśnie próbuję. Ty rób swoje, a ja swoje.
– Kocham cię, Mike.
– Też cię kocham.
Mike ponownie zapukał. Nikt nie otwierał drzwi. Podniósł rękę, żeby zapukać trzeci raz, gdy drzwi się otworzyły. Bramkarz Anthony wypełnił je swoim ciałem. Założył potężne ręce na piersi.
– Wyglądasz koszmarnie – powiedział.
– Dzięki za komplement.
– Jak mnie znalazłeś?
– Poszukałem w sieci najnowszych zdjęć drużyny futbolowej Dartmouth. Ukończyłeś ją w zeszłym roku. Twój adres jest na witrynie absolwentów.
– Sprytnie – rzekł ze słabym uśmiechem Anthony. – My z Dartmouth jesteśmy sprytni.
– Napadli na mnie w tym zaułku.
– Tak, wiem. Jak myślisz, kto wezwał policję?
– Ty?
Anthony wzruszył ramionami.
– Chodź. Przejdźmy się.
Zaniknął za sobą drzwi. Miał na sobie strój treningowy. Szorty i jedną z tych opiętych koszulek bez rękawów, które nagle stały się ostatnim krzykiem mody nie tylko wśród takich facetów jak Anthony, którym pasowały, ale i u gości w wieku Mike'a, którzy po prostu wyglądali w nich śmiesznie.
– To tylko letnia fucha – powiedział Anthony. – Moja praca w klubie. Jednak lubię ją. Na jesieni zaczynam studia prawnicze na Uniwersytecie Columbia.
– Moja żona jest prawnikiem.
– Tak, wiem. A ty lekarzem.
– Skąd o tym wiesz? Uśmiechnął się.
– Nie tylko ty umiesz wykorzystywać kontakty z college'u.
– Wyszukałeś mnie w sieci?
– Nie. Zadzwoniłem do obecnego trenera drużyny hokejowej – niejakiego Kena Karla, który jednocześnie jest trenerem linii obrony drużyny futbolowej. Opisałem cię i powiedziałem, że podobno występowałeś w ogólnokrajowych. Od razu podał mi twoje nazwisko. Mówi, że byłeś jednym z najlepszych hokeistów w historii szkoły. Kilku twoich rekordów nadal nikt nie pobił.
– Czy to oznacza, że coś nas łączy, Anthony?
Wielkolud nie odpowiedział.
Poszli portykiem. Anthony skręcił w prawo. Jakiś mężczyzna podążający w przeciwną stronę zawołał: „Cześć, Mrówa!” i obaj wymienili skomplikowany uścisk dłoni, zanim się rozeszli.
– Powiedz mi, co się zdarzyło zeszłej nocy – poprosił Mike.
– Trzech, może czterech facetów skopało ci tyłek. Usłyszałem hałas. Kiedy tam dobiegłem, już uciekali. Jeden miał nóż. Myślałem, że już po tobie.
– Ty ich spłoszyłeś?
Anthony wzruszył ramionami.
– Dzięki.
Znów wzruszenie ramion.
– Przyjrzałeś się im?
– Nie widziałem ich twarzy. Jednak to byli biali goście. Z mnóstwem tatuaży. Ubrani na czarno. Brudni i wychudzeni, i założę się, że naćpani jak cholera. Strasznie wkurzeni. Jeden trzymał się za nos i klął. – Anthony znów się uśmiechnął. – Sądzę, że mu go złamałeś.
– I to ty wezwałeś policję?
– Tak. Nie wierzę, że już wstałeś z łóżka. Sądziłem, że będziesz wyłączony z gry co najmniej na tydzień.
Szli dalej.
– Zeszłej nocy szedłem za tym chłopakiem w kurtce z nadrukiem szkoły – powiedział Mike. – Widziałeś go już przedtem?