Anthony milczał.
– I rozpoznałeś na zdjęciu mojego syna.
Anthony przystanął. Wyjął zza dekoltu okulary przeciwsłoneczne i założył je. Zasłoniły mu oczy. Mike czekał.
– To, co nas łączy, Mike, nie sięga tak daleko.
– Powiedziałeś, że zdziwiło cię, że już wstałem z łóżka.
– Owszem.
– Chcesz wiedzieć dlaczego?
Wzruszył ramionami.
– Mój syn Adam nadal się nie odnalazł. Ma szesnaście lat i myślę, że jest w niebezpieczeństwie.
Anthony szedł dalej.
– Przykro mi to słyszeć.
– Potrzebuję informacji.
– Czy ja ci przypominam żółte strony z książki telefonicznej? Mieszkam tutaj. Nie gadam o tym, co widzę.
– Nie wciskaj mi kitu, że tak nakazuje uliczny kodeks.
– A ty mnie, że faceci z Dartmouth trzymają się razem.
Mike położył dłoń na ramieniu wielkoluda.
– Potrzebuję twojej pomocy.
Anthony odsunął się i przyspieszył kroku. Mike dogonił go.
– Nie odejdę, Anthony.
– Wcale nie sądziłem, że to zrobisz – rzekł. Przystanął. – Podobało ci się tam?
– Gdzie?
– W Dartmouth.
– Tak – powiedział Mike. – Nawet bardzo.
– Mnie też. To był inny świat. Wiesz, o czym mówię?
– Wiem.
– Nikt w tej okolicy nie słyszał o tej szkole.
– Jak się tam znalazłeś?
Uśmiechnął się i poprawił okulary.
– Pytasz, jak wielki czarny brat z ulicy trafił do białego jak lilia Dartmouth?
– Taak. Właśnie o to pytam.
– Byłem dobrym zawodnikiem, może nawet świetnym. Werbowano mnie do pierwszej ligi. Mogłem wejść do Wielkiej Dziesiątki.
– Tylko że…?
– Tylko że znałem swoje możliwości. Nie byłem dość dobry, by przejść na zawodowstwo. Jaki więc miałoby to sens? Bez wykształcenia i zawodu. Tak więc poszedłem do Dartmouth. Zdobyłem dyplom magistra nauk humanistycznych. Obojętnie, co się stanie, zawsze będę absolwentem jednej ze szkół Ivy League.
– A teraz idziesz na prawo na Uniwersytet Columbia.
– Tak.
– A potem? No wiesz, kiedy ukończysz studia.
– Zostanę w tej okolicy. Nie robię tego, żeby się stąd wyrwać. Podoba mi się tutaj. Chcę tylko, żeby było tu lepiej.
– Dobrze być dobroczyńcą.
– Racja, ale źle donosicielem.
– Nie możesz tak się z tego wykręcić, Anthony.
– Tak, wiem.
– W innych okolicznościach z przyjemnością gawędziłbym z tobą o naszej szkole – rzekł Mike.
– Jednak masz dzieciaka do uratowania.
– Właśnie.
– Myślę, że już widziałem twojego syna. No wiesz, oni wszyscy wyglądają dla mnie jednakowo z tymi swoimi czarnymi strojami i ponurymi minami, jakby świat dał im już wszystko, co okropnie ich wkurza. Nie potrafię im współczuć. Tutaj się ćpa, żeby uciec. Od czego, do diabła, chcą uciec te dzieciaki. Od ładnego domu i kochających rodziców?
– To nie jest takie proste – rzekł Mike.
– Zapewne.
– Ja też zaczynałem od zera. Czasem myślę, że tak jest łatwiej. Ambicja jest czymś naturalnym, jeśli nic nie masz. Wiesz, do czego dążysz.
Anthony nic nie powiedział.
– Mój syn to dobry dzieciak. Teraz przechodzi jakiś kryzys. Moim obowiązkiem jest chronić go, dopóki się nie odnajdzie.
– Twoim. Nie moim.
– Widziałeś go zeszłej nocy, Anthony?
– Być może. Niewiele wiem. Naprawdę.
Mike tylko na niego spojrzał.
– Jest tam taki klub dla nieletnich. Ma to być bezpieczne miejsce, w którym mogą przesiadywać. Mają tam doradców, psychoterapeutów i takie rzeczy, ale podobno to tylko przykrywka.
– Gdzie to jest?
– Dwie lub trzy przecznice od mojego klubu.
– Mówiąc o przykrywce, co dokładnie masz na myśli?
– A jak sądzisz? Narkotyki, sprzedaż alkoholu nieletnim, takie sprawy. Krążą plotki o praniu mózgów i takie bzdury. Ja w to nie wierzą. Jedno jest pewne. Inni trzymają się od tego miejsca z daleka.
– Co oznacza?
– Co oznacza, że są uważani za niebezpiecznych. Może są powiązani z mafią, nie wiem. Jednak nikt nie sprawia im kłopotów. Tylko to chciałem powiedzieć.
– I myślisz, że mój syn tam poszedł?
– Jeśli był w tej okolicy i ma szesnaście lat, to owszem. Tak, myślę, że zapewne tam poszedł.
– Czy to miejsce ma jakąś nazwę?
– Chyba klub Jaguar. Mam adres.
Podał mu go. Mike wręczył mu swoją wizytówkę.
– Są na niej wszystkie numery moich telefonów – powiedział.
– Hm.
– Gdybyś zobaczył mojego syna…
– Nie jestem niańką, Mike.
– W porządku. Mój syn nie jest dzieckiem.
■ ■ ■
Tia trzymała zdjęcie Spencera Hilla.
– Nie wiem, skąd miałaś pewność, że to Adam.
– Nie miałam – odparła Betsy Hill. – Dopóki z nim nie porozmawiałam.
– Może po prostu wstrząsnął nim widok zdjęcia nieżyjącego przyjaciela.
– Może – przyznała Betsy w sposób wyraźnie mówiący: Nie ma mowy.
– I jesteś pewna, że to zdjęcie zostało zrobione tej nocy, kiedy umarł?
– Tak.
Tia pokiwała głową. Zamilkły. Były w domu Mike'a i Tii.
Jill była na piętrze i oglądała telewizję. Z góry sączyły się dźwięki Hannah Montana. Tia siedziała i milczała. Betsy Hill też.
– Jak sądzisz, co to oznacza, Betsy?
– Wszyscy mówili, że tamtej nocy nie widzieli Spencera. Że był sam.
– Sądzisz, że to zdjęcie dowodzi, że nie był?
– Tak.
– A jeśli nie był sam, co to oznacza? – naciskała Tia.
Betsy zastanawiała się nad tym.
– Nie wiem.
– Dostaliście list pożegnalny, prawda?
– Wiadomość tekstową. Każdy mógł ją napisać.
Tia ponownie zdała sobie sprawę z sytuacji. W pewnym sensie był to konflikt interesów. Jeśli to, co Betsy Hill mówiła o tym zdjęciu, było prawdą, to Adam kłamał. A jeśli Adam kłamał, to kto wie, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy?
Tak więc Tia nie wspomniała o wymianie wiadomości z CeeJay8115. Jeszcze nie. Dopiero kiedy będzie wiedziała więcej.
– Przeoczyłam kilka sygnałów – oznajmiła Betsy.
– Jakich?
Betsy Hill zamknęła oczy.
– Betsy?
– Kiedyś go szpiegowałam. Właściwie nie szpiegowałam, ale… Spencer siedział przy komputerze i kiedy wyszedł z pokoju, zakradłam się. Chciałam zobaczyć, co robi. Wiesz? Nie powinnam. Takie naruszenie jego prywatności było nie w porządku.
Tia nic nie powiedziała.
– W każdym razie nacisnęłam tę strzałkę powrotu, no wiesz, w lewym górnym rogu przeglądarki.
Tia skinęła głową.
– No i… odwiedzał strony o samobójstwach. Chyba były tam historie dzieciaków, które się zabiły. Takie rzeczy. Nie patrzyłam długo. I nigdy nic nie zrobiłam w tej sprawie. Po prostu starałam się o tym nie myśleć.
Tia spojrzała na zdjęcie Spencera. Szukała jakichś oznak tego, że za kilka godzin będzie martwy, jakby można to wyczytać z jego twarzy. Nie znalazła, lecz cóż właściwie to oznaczało?
– Pokazałaś to zdjęcie Ronowi? – zapytała.
– Tak.
– I co on na to?
– Zapytał, co to zmienia. Nasz syn popełnił samobójstwo, powiedział, więc czego ty próbujesz dowieść, Betsy? Uważa, że staram się zamknąć tę sprawę.
– A nie jest tak?
– Zamknąć – powtórzyła Betsy, niemal wypluwając to słowo, jakby pozostawiało przykry smak w ustach. – A co to właściwie oznacza? Tak jakby gdzieś tam były drzwi, przez które przejdę i zamknę je za sobą, pozostawiając Spencera po drugiej stronie? Nie chcę tego, Tia. Możesz sobie wyobrazić coś okropniejszego od takiego zamknięcia?