Tak, Cassandra umarła, a wtedy upewnił się, że to wszystko jest ponurym żartem losu i kiedy jej zabrakło, Nash nie miał już siły nadal powstrzymywać szaleńca. Nie było takiej potrzeby. Tak więc uwolnił go, nagle i niespodziewanie. A kiedy raz to zrobił, nie mógł go już zamknąć z powrotem.
Jej rodzina próbowała go pocieszyć. Mieli wiarę i raz po raz wyjaśniali, że był szczęściarzem, bo miał ją przez jakiś czas, i że ona będzie na niego czekać w jakimś pięknym miejscu, gdzie połączą się na wieki. Pewnie tego potrzebowali. Ta rodzina dopiero co podniosła się po innej tragedii – najstarszy brat Cassandry, Curtis, został trzy lata wcześniej zabity podczas jakiegoś nieudanego napadu rabunkowego – ale przynajmniej Curtis zakończył życie pełne kłopotów. Cassandra była zrozpaczona po śmierci brata, płakała wiele dni, aż w końcu Nash pragnął uwolnić szaleńca, żeby znaleźć jakiś sposób ulżenia jej cierpieniom, ale ci, którzy mieli wiarę, zdołali wytłumaczyć jej śmierć Curtisa. Wiara pozwoliła im uznać tę śmierć za część jakiegoś boskiego planu.
Lecz jak wyjaśnić utratę kogoś tak kochającego i ciepłego jak Cassandra?
Nie można. Tak więc jej rodzice próbowali, ale sami w to nie wierzyli. Nikt nie wierzył. Po co płakać, gdy się umiera, jeśli się wierzy w wieczystą szczęśliwość w przyszłym życiu? Dlaczego opłakiwać utratę kogoś bliskiego, jeśli ta osoba jest teraz w lepszym świecie? Czyż niepozwalanie ukochanej osobie na przejście do lepszego świata nie jest okropnie samolubne? I jeśli wierzysz, że spędzisz wieczność w raju z tą ukochaną osobą, nie musisz się już niczego bać – życie jest zaledwie krótkim tchnieniem w porównaniu z wiecznością.
Nash wiedział, że człowiek rozpacza i płacze, ponieważ w głębi serca wie, że to bujda.
Cassandra nie pławiła się w światłości ze swoim bratem Curtisem. To, co z niej zostało, czego nie zabrał rak i chemoterapia, gniło w ziemi.
Na pogrzebie jej rodzina mówiła o przeznaczeniu, boskich planach i tym podobnych bzdurach. Takie było przeznaczenie jego ukochanej – żyć krótko, radować wszystkich swoim istnieniem, wynieść go na szczyt szczęścia, z którego runął z trzaskiem. Takie było i jego przeznaczenie. Zastanawiał się nad tym. Nawet kiedy był z nią, zdarzały się chwile, gdy skrywanie swojej prawdziwej natury – jego rzeczywistej, najbardziej pokrewnej Bogu natury – przychodziło mu z trudem. Czy zdołałby osiągnąć spokój ducha? Czy też od początku było wiadomo, że pewnego dnia wróci w to mroczne miejsce i zacznie szerzyć zniszczenie, nawet gdyby Cassandra żyła, bo takie było jego przeznaczenie?
Nigdy się tego nie dowie. Tak czy inaczej, oto jego przeznaczenie.
– Ona nic by nie powiedziała – rzekła Pietra.
Wiedział, że mówi o Rebie.
– Tego nie wiemy.
Pietra spojrzała przez boczną szybę.
– Policja w końcu zidentyfikuje Marianne – powiedział. – Albo ktoś zauważy, że zaginęła. Policja zbada sprawę. Będą rozmawiali z jej znajomymi.
– Poświęcasz wiele istnień.
– Dotychczas dwa.
– I ich bliscy. Ich życie też zostało zmienione.
– Tak.
– Dlaczego?
– Wiesz dlaczego.
– Zamierzasz twierdzić, że rozpoczęła to Marianne?
– Rozpoczęła to niewłaściwe słowo. Zmieniła dynamikę.
– Dlatego umarła?
– Podjęła decyzję, która zmieniała i mogła zniszczyć życie innych.
– Dlatego umarła? – powtórzyła Pietra.
– Wszystkie nasze decyzje rodzą konsekwencje, Pietra. Wszyscy codziennie bawimy się w Boga. Kiedy kobieta kupuje sobie nową parę drogich butów, nie daje tych pieniędzy na jedzenie dla kogoś, kto umiera z głodu. W pewnym sensie te buty są dla niej ważniejsze niż ludzkie życie. Wszyscy zabijamy, żeby uczynić nasze życie wygodniejszym. Nie przedstawiamy tego w taki sposób, jednak to właśnie robimy. Nie spierała się.
– Co się dzieje, Pietra?
– Nic. Zapomnij, że pytałam.
– Obiecałem Cassandrze.
– Tak. Tak mówiłeś.
– Musimy to wyciszyć, Pietra.
– Myślisz, że możemy?
– Myślę, że tak.
– Ile jeszcze osób zabijemy?
Zdumiało go to pytanie.
– Naprawdę cię to obchodzi? Masz już dość?
– Ja tylko teraz pytam. Dziś. Po tym. Ile jeszcze osób zabijemy?
Nash się zastanowił. Teraz zdawał sobie sprawę z tego, że być może Marianne od początku mówiła prawdę. Jeśli tak, to powinien powrócić do źródła i zdusić ten problem w zarodku.
– Przy odrobinie szczęścia tylko jedną.
■ ■ ■
– O rany – powiedziała Loren Muse. – Czy można znaleźć nudniejszą kobietę?
Clarence uśmiechnął się. Przeglądali wydruki operacji przeprowadzonych za pomocą karty kredytowej Reby Cordovy. Nie znaleźli niespodzianek. Kupowała artykuły spożywcze, szkolne i ubrania dla dzieci. Kupiła odkurzacz u Searsa i zwróciła go. Kupiła mikrofalówkę w PC Richard. Jej karta kredytowa była zarejestrowana w restauracji Baumgarts, gdzie co wtorek zamawiała dania na wynos.
Jej poczta elektroniczna była równie nudna. Korespondowała z innymi rodzicami, ustalając terminy wspólnych zabaw dzieci. Kontaktowała się z instruktorem tańca córki i trenerem piłkarskim syna. Otrzymywała pocztę z Willard School. Pisała do członków swojego klubu tenisowego, ustalając terminy spotkań i zastępstw, jeśli ktoś z nich nie mógł przyjść. Otrzymywała zawiadomienia o nowych ofertach Williams – Sonoma, Pottery Barn i PetSmart. Pisała do siostry, pytając o nazwisko logopedy, ponieważ jej córka Sarah miała problemy z czytaniem.
– Nie wiedziałam, że tacy ludzie naprawdę istnieją – powiedziała Muse.
Jednak wiedziała. Te zabiegane, sarniookie kobiety widywała w Starbucksie. Uważały kawiarnię za idealne miejsce na wyprawę typu „mamusia i ja”, holując ze sobą Brittany, Madison i Kyle, które później biegały wokół, podczas gdy mamusie – absolwentki college'u, dawne intelektualistki – bez końca ględziły o swoim potomstwie, jakby żadne inne dzieci nie istniały. Ględziły o ich kupkach – tak, naprawdę, o wypróżnieniach! – o pierwszych wypowiedzianych słowach, uzdolnieniach, przedszkolach, zajęciach gimnastycznych oraz płytach DVD dla małych Einsteinów, a wszystkie miały ten odmóżdżony uśmiech, jakby jakiś kosmita wyssał im mózgi. Muse z jednej strony gardziła nimi, z drugiej – im współczuła i cholernie się starała nie zazdrościć.
Oczywiście, Loren Muse przysięgała, że jeśli kiedyś będzie miała dzieci, to nie będzie taka jak te mamuśki. Jednak kto wie? Takie stanowcze deklaracje przypominały jej o ludziach mówiących, że gdy będą starzy, prędzej umrą, niż skończą w domu starców lub staną się ciężarem dla swych dorosłych dzieci – a teraz niemal każdy z jej znajomych miał rodziców w domu starców lub będących ciężarem i jakoś nikt z tych starych ludzi nie chciał umierać.
Jeśli patrzy się na coś z boku, łatwo wygłaszać nieprzemyślane i niepochlebne sądy.
– Co z alibi męża? – zapytała.
– Policja z Livingston przesłuchała Cordovę. Ma solidne alibi.
Muse ruchem brody pokazała papiery.
– Czy jest równie nudny jak jego żona?
– Jeszcze przeglądam wszystkie jego e – maile, rejestry rozmów telefonicznych i transakcje wykonane za pomocą karty kredytowej, ale owszem, na razie tak.
– Co jeszcze?
– No cóż, założyliśmy, że ten sam zabójca lub zabójcy załatwili Rebę Cordovę i NN, więc wysłaliśmy patrole, aby sprawdzały, czy nie podrzucono nowych zwłok w któreś z miejsc, gdzie roi się od prostytutek.